Выбрать главу

Kiedy kuter wystartował, Dick powiedział:

— Widzisz te czerwone skały? Musimy lecieć w tamtą stronę. Za nimi jest jaskinia, w której za pierwszym razem nocowaliśmy. Nie spiesz się, bo zgubię drogę.

Kuter leciał bardzo wolno, ale i tak niebawem dotarł nad wąwóz, którym płynął bystry strumień. W wąwozie snuły się strzępy mgły przemykające nad zwałami śniegu i Dick pomyślał, że Oleg nie miał tu łatwej drogi.

Wznieśli się nad płaskowyż. Dick rozpoznał miejsce, w którym znalazł manierkę koniaku, a potem miejsce, gdzie zginął Tomasz.

— Tutaj zginął Tomasz — powiedział. — Olega ugryzła śnieżna pchła, Tomasz go nie puszczał i sam zginął.

Sally skinęła głową, chociaż po raz pierwszy usłyszała o Tomaszu. Wiedziała, że jeszcze nieraz tę historię usłyszy i Tomasz stanie się jej równie bliski jak żywi.

Kuter sunął jakieś sto metrów nad śniegiem, potem Sally opuściła go jeszcze niżej i całkiem zwolniła, gdy dostali się w gęste chmury. Bała się przegapić ludzi.

— Oni powinni być już dalej — powiedział Dick. — Pewnie już dochodzą do „Polusa”. Jeśli dotarli na miejsce, to pół biedy. Mogą przeczekać złą pogodę na statku.

Sally omal mu się nie przyznała: „A my chcieliśmy „Polusa” wysadzić w powietrze”. W porę się jednak powstrzymała. Dick by podobnego świętokradztwa nie zrozumiał. Jak człowiekowi wychowanemu w lesie wytłumaczyć, co to jest instrukcja?

Po dalszych kilku minutach przebili chmury i znaleźli się pod granatowym, rozgwieżdżonym niebem.

Dick był na razie spokojny. Czekał na pojawienie się „Polusa”.

Statek leżał w kotlinie, dokładnie taki sam jak rok temu. Zatoczyli nad nim koło. Śladów Siergiejewa i Olega nigdzie nie było widać.

— Może są w środku? — powiedział Dick. — Jest bardzo zimno.

Sally wylądowała obok włazu, z którego zwisał trap pozostawiony przez lekkomyślnego Pawłysza. Dobrze, że Sława jest taki lekkomyślny, pomyślała Sally.

Obiegli statek, zajrzeli do sterówki i magazynu, potem zajrzeli do przedziału, w którym stał kuter planetarny, ponieważ Oleg z Siergiejewem mogli tam wejść, żeby nawiązać łączność.

Nie znaleźli nikogo.

Wyszli z „Polusa”. Dick ponuro milczał. Dookoła panowała złowieszcza kosmiczna cisza.

— Będziemy szukać dalej? — zapytał po chwili Dick, lękając się, że Sally odpowie: „Zmęczyłam się, trzeba wracać”. Przecież Oleg i Siergiejew byli dla niej obcy.

— Poczekaj — odparła Sally. — Najpierw porozumiemy się z bazą.

Uruchomiła nadajnik i powiedziała Pawłyszowi, że była w osadzie, a teraz poleciała do „Polusa”, ale nie znalazła ludzi. Potem zapytała, jak się czują dzieci. Dick lekko się uśmiechnął: mówić o Mariannie „dziecko”! Śmieszne.

Pawłysz odparł, że wszystko w porządku i dodał:

— Lećcie tu jak najszybciej. Zmienię was.

— Nie czuję się zmęczona.

— Zapomniałaś, że mam bioindykator. Bez niego ich nie znajdziecie. Mogli zabłądzić, mogło ich zasypać śniegiem.

— Masz rację — zgodziła się Sally.

— Co on ma? — zapytał Dick z nadzieją.

— Przyrząd, który odnajduje materię organiczną.

Sally zorientowała się, że Dick nigdy nie słyszał tego słowa i zaczęła szukać jakiegoś zastępczego wyrazu, ale Dick powiedział:

— Zrozumiałem.

Naprawdę zrozumiał. Veitkus uczył ich chemii. Kuter ostro wzniósł się nad kotliną.

— Tylko poproszę cię, żebyśmy nie lecieli prosto, tylko najpierw zrobili koło nad górami — powiedział Dick.

— Pawłysz ma rację, z bioindykatorem będzie łatwiej.

— Wiem — powiedział Dick.

— Dobrze — zgodziła się Sally.

Dick też ma rację. Nikt tego wprawdzie głośno nie powiedział, ale wszyscy doskonale rozumieli, że jeśli ludzie zabłądzili, to przy tym mrozie o ich życiu decydowały minuty. Naturalnie, gdyby na miejscu Sally znalazła się Klaudia, nigdy nie zgodziłaby się tracić czasu na bezproduktywne krążenie nad górami. Przekonywałaby wszystkich, że dla dobra samych zaginionych lepiej poświęcić pół godziny na lot do stacji, a potem użyć bioindykatora. Ale Sally nie była tak rozsądna. Polecieli więc w dół zygzakiem, przeczesując pas o szerokości paru kilometrów.

I dobrze zrobili.

Kiedy już zbliżali się do górnej granicy chmur i zrozumieli, że trzeba będzie przerwać poszukiwania, bystrooki Dick zobaczył daleko z prawej czarny punkcik na śniegu.

— Zawróć! — krzyknął.

Punkcik był nieruchomy. Sally też go spostrzegła i tak gwałtownie skręciła, że Dick ledwie utrzymał się w fotelu.

Punkt szybko się powiększał i w pewnej chwili spostrzegli, że się porusza. To była dziwnie bezkształtna bryła, która zdawała się rosnąć i puchnąć. Już będąc blisko zorientowali się, że tworzy ją dwóch ludzi, którzy padając i znów się podnosząc, byli tak mocno ze sobą sczepieni, że wyglądali jak jedna istota.

Kiedy kuter opadł na śnieg o dwadzieścia metrów od Olega i Siergiejewa, ale ci wcale tego nie zobaczyli, bo oślepli od śnieżnego blasku. Na oczach Dicka i Sally, którzy wyskoczyli z kutra, obaj znów upadli i z trudem, głucho warcząc, zaczęli podnosić się na klęczki.

— Oleg! — krzyknął Dick, rzucając się ku podrygującemu kłębkowi ciał. — Oleg, jestem tutaj! Słyszysz mnie? Oleg, to ja!… To my! Przylecieliśmy!