— Czyj?
— Dziewczynki — odparła, jakby to było coś oczywistego. — Z pożaru cyrku w Hartford. Co roku zostawiają jej kwiaty. Myśli pani, że jej mama zmarła?
— Trudno powiedzieć — stwierdziła Joanna. Śmierć matki w płomieniach wyjaśniałaby, dlaczego nikt nie przyszedł zidentyfikować ciała dziewczynki, ale skoro rozpoznano wszystkie pozostałe ciała, to także matki, a jeśli tak, to dlaczego nie dziecka? — Nie wiem.
— Strażacy pochowali ją na cmentarzu i co roku kładą kwiaty na jej grobie — mówiła Maisie. — Wznieśli nagrobek i w ogóle. Napisali na nim „Mała Panienka 1565”, a także rok śmierci i wszystko, ale to nie to samo, co imię i nazwisko.
— Nie — przyznała Joanna. — To nie to samo.
— Chodzi o to, że przynajmniej wiadomo było, jak się nazywają wszystkie małe dzieci na Titanicu, Lorraine Allison, Beatrice Sandstrorn, Nina Harper i Sigrid… Czy Sigrid to chłopiec czy dziewczynka?
— Dziewczynka.
— I Sigrid Andersen. Oczywiście, żadne z nich nie ma swojego nagrobka, ale gdyby…
— Maisie…
— Może pani włożyć kasetę? — Maisie położyła się na poduszkach.
— Jasne. Którą? Kubusia Puchatka? — Joanna przeglądała tytuły. — Czarnoksiężnika ze Szmaragdowego Grodu?! Alicję w krainie czarów?
— Czarnoksiężnika ze Szmaragdowego Grodu — odparła dziewczynka.
— To dobry film. — Joanna wsunęła taśmę do magnetowidu i wcisnęła przycisk odtwarzania.
— Aha. Podoba mi się trąba powietrzna — przytaknęła Maisie.
Jakżeby inaczej, pomyślała Joanna. Bo niby co?
— I jeszcze, kiedy kończy się piasek w klepsydrze — dodała Maisie. — I zostaje im niewiele czasu.
Rozdział 26
„Do zobaczenia rano”
Joannie nie udało się dotrzeć do Carla Śpiączki. Zanim zdołała się wydostać z pokoju Maisie — dziewczynka koniecznie musiała opowiedzieć kilka szczegółów, dotyczących trąby powietrznej z Waco w Teksasie, w 1953 roku — minęła czwarta.
Guadalupe na pewno już poszła do domu. To zresztą nie miało znaczenia. Joanna chciała porozmawiać z Barbarą, spytać ją o stan Maisie i dowiedzieć się, o co chodziło z tą sprawą z opaską na przegubie. Barbara była jednak zajęta trzyletnim chłopcem z zaawansowaną białaczką, bezskutecznie usiłowała podłączyć mu kroplówkę.
Joanna wróciła do gabinetu i resztę popołudnia spędziła na przygotowywaniu listy osób, które przeżyły więcej niż jedną śmierć kliniczną. Zauważyła, że tę grupę pacjentów można podzielić na dwie równe części — tych doświadczających całkowicie różnych wizji i tych za każdym razem widzących to samo. Pan Tabb ujrzał kolejno: otwór, z którego wydobywało się światło, a w środku stały,,jasne postaci”, schody, czerwonawe ciemności, a poza tym miał poczucie intensywnego ciepła. Z kolei chora na cukrzycę, wrażliwa pani Burton, czterokrotnie reanimowana, za każdym razem widziała to samo:,,i stąd wiem, że to rzeczywistość”.
Joannie wydało się, że dowodem na istnienie wcześniej zakodowanego w umyśle doświadczenia jest jego powtarzalność, ciągłe przywoływanie go przez mózg, jakby było uszkodzoną płytą gramofonową. Żałowała, że nie spytała pani Burton, co dokładnie ma na myśli, mówiąc „rzeczywistość”, wyrzucała sobie, że nie zadała wszystkim swoim pacjentom pytania, czy to miejsce wydawało się realne, czy sądzili, że tam naprawdę przebywają.
Właśnie tak się czuła, chociaż zdawała sobie sprawę, że doznała wyłącznie halucynacji i wcale nie opuściła laboratorium, cały czas leżała na stole do badań, bez butów, a Tish kontrolowała jej ciśnienie krwi i flirtowała z Richardem. Niemniej miała poczucie realizmu, trójwymiarowości, tak samo jak w gabinecie z bluszczem i pudełkiem po butach, pełnym wywiadów do przepisania.
Joanna zajęła się oddzielnymi relacjami pani Burton, które rzeczywiście prezentowały się identycznie. Z kolei przeżycia pana Rutledge’a różniły się nieco między sobą, chociaż on sam także utrzymywał, że są identyczne.
Znalazła dwa wywiady z panią Woollam. Joanna powiedziała Richardowi, że pani Woollam dwukrotnie przebywała w tunelu, jednak pani Woollam oświadczyła, że nie sądzi, aby chodziło o to samo miejsce. Za drugim razem tunel był podobno węższy, a podłoga bardziej nierówna. Najwyraźniej „ciemne, otwarte miejsce”, w którym przebywała cztery pozostałe razy, było ciągle tym samym, lecz przypatrując się relacjom pani Woollam, Joanna nabrała wątpliwości. Pacjentka twierdziła, że było zbyt ciemno, aby cokolwiek dostrzec. To samo dotyczyło mgły Maisie. A kilku ludzi zostało całkowicie oślepionych przez światło.
Joanna dopiero po siódmej zdołała przygotować szczątkową listę, a potem włożyła płaszcz i zabrała ją do laboratorium. Richard wciąż tam siedział, wpatrując się w skany z głową opartą na dłoniach. Kiedy wręczyła mu listę, ledwie wymamrotał podziękowanie.
— Jutro wieczorem organizujemy wieczór smakołyków. Przyjdziesz?
— Jasne. — Odwrócił się do monitora.
No cóż, trudno to nazwać szalonym entuzjazmem, pomyślała Joanna i wyszła na korytarz. Przynajmniej nie odmówił. Zbliżając się do końca korytarza, usłyszała dzwonek windy, więc podbiegła, żeby ją zatrzymać. Otworzyły się drzwi, a ze środka wyszedł pan Mandrake.
— O, świetnie się składa, pani doktor — uradował się. — Cieszę się, że jeszcze panią zastałem. Od dwóch dni usiłuję się z panią skontaktować. — Ściągnął usta.
— Obawiam się, że to nie jest dobra pora na rozmowę, proszę pana — wyjaśniła Joanna, wiedząc, że sprawa jest przegrana. Widać było, że idzie do domu, więc nie mogła utrzymywać, że się śpieszy na spotkanie. Może na randkę? Nie, wtedy po prostu powie: „To zajmie tylko kilka minut”.
— To zajmie tylko kilka minut — stwierdził pan Mandrake. — Chciałem tylko się dowiedzieć czegoś bliższego w związku z pani eksperymentami.
Wiedział, że przeprowadzała na sobie eksperymenty! Kto mu o tym powiedział? Tish? Zdenerwowała się, że Richard nie chce się z nią umówić, więc opowiedziała wszystko innej pielęgniarce i ujawniła, że Joanna poddała się eksperymentowi, a potem plotka obiegła cały szpital! A może Heidi widziała ją podczas rozmowy z Vielle i domyśliła się wszystkiego, łącznie z Titanikiem?
— Moimi eksperymentami? — powtórzyła, niespokojnie patrząc w stronę drzwi do laboratorium.
— I doktora Wrighta, jak najbardziej — potwierdził pan Mandrake. — O ile, oczywiście, udało się państwu przeprowadzić te tak zwane symulacje śmierci klinicznej na swoich ochotnikach. Właśnie, udało się państwu tego dokonać?
— Tak. — Joanna odprężyła się, że pan Mandrake nic nie wie, i momentalnie pożałowała swojej odpowiedzi.
— Czy badani ujrzeli tunel, światło i oczekujących ich zmarłych?
Tak, pomyślała Joanna, a także pokład łodziowy, lampę sygnalizacyjną i czerwoną tenisówkę.
— Doświadczenia graniczne okazały się zróżnicowane — odparła wymijająco.
— Co oznacza, że żaden z badanych nie widział tego, co wymieniłem. Spodziewałem się tego. Czy doświadczyli retrospekcji życia lub objawienia tajemnic kosmosu?
— Nie.
— A może przeżyli ofiarowanie mocy?