Выбрать главу

— Błagam, powiedz, że aspiranta Denzela!

— Niezupełnie. Siostrzenicę mojego nauczyciela angielskiego z liceum. To właśnie do niej pojechałam parę dni temu, kiedy pożyczyłam od ciebie samochód. Pan Briarley — wyjaśniła Joanna, zastanawiając się, jak wytłumaczy przyczyny swojej wizyty u niego. — Cierpi na chorobę Alzheimera.

— Alzheimer — powtórzyła Vielle, kręcąc współczująco głową. — Czy wydał polecenie wstrzymania się od reanimacji? Jego najbliżsi powinni załatwić tę sprawę na wypadek, gdyby znowu do tego doszło. Dostajemy tutaj pacjentów w końcowej fazie Alzheimera i ratowanie ich to marna przysługa — wyznała, a Joanna uświadomiła sobie, że jej przyjaciółka sądzi, że pan Briarley przeżył śmierć kliniczną i teraz opowiada o swoich doświadczeniach.

Może powinnam pozwolić jej dalej tak myśleć, zastanowiła się Joanna. Tylko że Kit pewnie coś chlapnie, a Vielle jest przecież jej najlepszą przyjaciółką. Okłamywanie najlepszych przyjaciół to głupota. Nie mogła jednak powiedzieć jej prawdy. Skoro powiedziała o Titanicu…

— Pamiętasz, jak któregoś wieczoru rozmawiałyśmy o najlepszej śmierci? — przypomniała Vielle. — No więc Alzheimer to chyba najgorszy rodzaj umierania. Zapominasz wszystko, co kiedykolwiek wiedziałaś, kogo kochałaś, kim byłaś i zdajesz sobie z tego sprawę. Lubiłaś go jako nauczyciela?

— Tak. Potrafił recytować Keatsa i Szekspira całymi stronami i zawsze przygotowywał potwornie trudne klasówki.

— Prawdziwy skarb — skomentowała sarkastycznie Vielle.

— Żebyś wiedziała. Miał takie rzeczowe poczucie humoru i wiedział wszystko o literaturze, pisarzach i historii. Zawsze opowiadał nam o najbardziej fascynujących zdarzeniach. Wiedziałaś, że siostra Charlesa Lamba zadźgała ich matkę nożem kuchennym podczas kolacji?

— Najwyraźniej bardziej uważałaś na lekcjach angielskiego niż ja — podsumowała Vielle.

I tak niewystarczająco, pomyślała Joanna, bo nie pamiętam, co powiedział o Titanicu.

— Wiedział wszystko. Właśnie dlatego poszłam go odwiedzić — wyznała, licząc na to, że Vielle nie zażąda bliższych wyjaśnień. — Nie wiedziałam, że ma Alzheimera, poznałam jego siostrzenicę i zaprosiłam ją na wieczór. Jest całodobową opiekunką do chorego i nigdy nigdzie nie wychodzi, z wyjątkiem krótkich wypraw po zakupy. Nikt jej nie odwiedza…

— Gilbert i Sullivan usiłują uratować kolejną tonącą ofiarę — mruknęła Vielle.

— Nie usiłuję… No dobrze, może i tak, ale ona jest naprawdę bardzo sympatyczna, od razu ją polubisz.

— To dlatego tak pośpiesznie wyjechałaś moim samochodem i zniknęłaś na przeszło cztery godziny — przypomniała sceptycznie Vielle. — Chciałaś zadać swojemu byłemu nauczycielowi pytanie? O siostrę Charlesa Lamba?

— Nie. Czy jest jakiś konkretny film, który mam pożyczyć? Oprócz Chwały?

— Może Joe Black? — zasugerowała Vielle. — To o kobiecie, która tak bardzo zakochuje się w śmierci, że niemal umiera.

— Wezmę jakąś komedię — oświadczyła Joanna i poszła zobaczyć się z Guadalupe, której zresztą nie zastała.

— Nie ma jej dzisiaj — stwierdziła nieznajoma pielęgniarka dyżurna. — Zachorowała na tę szalejącą wszędzie grypę.

— Hm — mruknęła Joanna. — No cóż, wobec tego prosiłabym, aby pani jej przekazała, jak wróci, że wciąż chciałabym, aby spisywać słowa pana Aspinalla.

— Zostawię jej wiadomość — postanowiła pielęgniarka i sięgnęła po karteczki samoprzylepne. — Wciąż chciałaby… spisywać… pan Aspinall — zanotowała i podniosła głowę. — Jest pani pewna, że chodzi właśnie o niego? On…

— Tak, wiem, że jest w stanie śpiączki. Guadalupe będzie wiedziała, co oznacza wiadomość.

Przyjrzała się, jak pielęgniarka kończy spisywanie informacji i przylepiają w szafce Guadalupe, a następnie udała się do pokoju Carla Śpiączki. Przy łóżku zastała jego żonę, czytającą na głos jakąś książkę.

— „Teraz go mamy”, wycedził Buck, ściągając lejce. „Tędy się nie przedostanie. Nawet tropiciel z plemienia Apaczów zgubiłby się w tych kanionach” — usłyszała Joanna.

Spojrzała na Carla. Minął tydzień od jej ostatnich odwiedzin i stan chorego wyraźnie się pogorszył. Jego klatka piersiowa i policzki wyglądały na jeszcze bardziej zapadnięte i poszarzałe. W dodatku podłączono go do kolejnych kroplówek i urządzeń kontrolnych.

— Pani doktor! — wykrzyknęła przyjemnie zaskoczona pani Aspinall. Zamknęła książkę.

— Przyszło mi do głowy, że wpadnę na moment, żeby sprawdzić, jak się miewa pan Aspinall.

— Nie jest najgorzej — oświadczyła pani Aspinall, a Joanna zastanowiła się, czy żona chorego stosuje taki sam system negacji faktów jak matka Maisie, lecz widać było po niej, że nie. Straciła na wadze, a na twarzy uwidoczniło się napięcie. — Carl? — Pani Aspinall pochyliła się, aby dotknąć ręki męża. — Carl, pani doktor Lander przyszła cię odwiedzić.

— Dzień dobry, Carl — przywitała się Joanna.

Pani Aspinall odłożyła na nocną szafkę książkę z rysunkiem galopującego konia i jeźdźca na okładce.

— Czytam Carlowi na głos — wyjaśniła. — Pielęgniarki twierdzą, że mnie słyszy. Sądzi pani, że to prawda?

Joanna pomyślała, że nie, i przypomniała sobie ciszę, panującą na pokładzie łodziowym, oraz ciemność za burtami. Nawet gdyby Tish zdjęła słuchawki, a Richard wrzeszczał jej prosto do ucha, i tak nic by nie usłyszała.

— Czasami wydaje mi się, że naprawdę mnie słyszy — ciągnęła pani Aspinall — ale kiedy indziej wydaje się taki… Tak czy owak, to na pewno nie zaszkodzi. — Uśmiechnęła się.

— Za to może pomóc — potwierdziła Joanna. — Niektórzy pacjenci twierdzą, że podczas śpiączki zdawali sobie sprawę z obecności bliskich.

— Mam nadzieję. — Pani Aspinall poklepała chorego po bezwładnej dłoni. — Chciałabym, żeby wiedział, że jestem tutaj i ze zrobiłabym dla niego wszystko. Wszystko — powtórzyła stanowczo.

Joanna przypomniała sobie o Maisie.

— Nie wątpię — stwierdziła, a pani Aspinall zrobiła zakłopotaną minę, jakby zapomniała o obecności innej osoby.

— To bardzo miło z pani strony, że odwiedza pani Carla. — Pani Aspinall wzięła książkę.

— Cieszę się z naszego spotkania — odparła Joanna. — Trzymaj się, Carl — zwróciła się do chorego, chociaż nie wątpiła, że znajdował się w miejscu, do którego nie dociera jej głos.

Bocznymi korytarzami wróciła do gabinetu, a zanim wyszła z klatki schodowej, ostrożnie uchyliła drzwi. Nie zauważyła pana Mandrake’a, lecz na sekretarce znajdowały się trzy wiadomości od niego. Dzwoniła także pani Troudtheim, która stwierdziła, że jednak nie zachorowała na grypę i nie wie, kiedy ma przyjść na sesję. Kit nie telefonowała.

Joanna liczyła na wiadomość od niej, chociaż wieczorem ze sobą rozmawiały. Zresztą gdyby Kit ponownie zadzwoniła, to zapewne po to, by odwołać spotkanie z powodu złego samopoczucia pana Briarleya. Joanna miała jednak nadzieję, że usłyszy komunikat typu: „Titanic nawiązał łączność z Baltikiem i Frankfurtem” albo: „W jadalni znajdowały się różowe lampy i dywan”. Dzięki temu mogłaby przekonać Richarda, że jednak widziała Titanica, a nie kombinację różnych statków.

Miała pewność, że się nie myli. Nie ujrzała wyłącznie serii obrazów o tematyce morskiej, przywołanych przez długotrwałą pamięć. Nie widziała Titanica bez powodu. Pan Briarley zatrzasnął książkę, położył ją na biurku i oznajmił… Joanna zapatrzyła się w automatyczną sekretarkę, usiłując sobie przypomnieć. Pomyślała, że na dworze było mglisto, i nagle ujrzała przed oczyma słoneczny dzień, z promieniami światła migoczącymi i błyszczącymi w śniegu i w soplach lodu…