— Nie, nie to mnie interesuje. — Zamilkła na długość niemal jednego kwartału, a kiedy Joanna przystanęła na światłach, odezwała się ponownie: — Co Titanic ma wspólnego z twoim projektem? Myślisz, że go widzisz, kiedy masz te doświadczenia graniczne?
Joanna pomyślała, że nie musi jej tego mówić. Wystarczy, że stwierdzi, że wyniki badań są objęte tajemnicą. Jednak podobnie jak Maisie, Kit domyśliła się już wszystkiego, i tak samo jak dziewczynka, zasługiwała na szczerą odpowiedź.
Żałowała, że Kit nie zadała tego pytania tak jak Vielle, aby odpowiedź mogła brzmieć „nie”. Joanna naprawdę sądziła, że właśnie ten statek ujrzała, pomimo niewłaściwych barw w jadalni pierwszej klasy i nieodpowiednich statków wymienionych przez oficera. To musiało mieć związek ze słowami pana Briarleya. Joanna uznała, że on i Kit to jedyne osoby, które mogą jej pomóc.
— Tak, wydaje mi się, że widzę Titanica — wyznała, a Kit wzięła głęboki oddech. — Ale nie wiem tego na pewno, a gdybym zaczęła czytać o Titanicu, żeby się o tym przekonać…
— Wówczas nie będziesz mogła stwierdzić, czy książki o nim nie wywołały u ciebie kolejnych takich wizji. Titanic — mruknęła Kit. — Okropność.
— Niezupełnie — sprostowała Joanna. — To, co widzę, jest bardzo niecodzienne. Mam poczucie pełnego realizmu, ale jednocześnie wiem, że to nieprawda. — Spojrzała na Kit. — Boisz się, co to może oznaczać w związku z halucynacjami twojego wujka, prawda? Moje wizje nie są porównywalne z obrazami zazwyczaj dostrzeganymi przez ludzi, których mózgi przestają normalnie funkcjonować. Wszystko wskazuje na to, że mam dość wyjątkowe doznania. Większość ludzi czuje ciepło i trudno im opisać swoje wrażenia. Poza tym widzą światła i anioły. Właśnie dlatego przyszłam spytać pana Briarleya, co powiedział na lekcji, bo myślę, że mój umysł dostrzegł jakiś związek między jego słowami oraz standardowymi doświadczeniami granicznymi, przez co powstała tak niezwykła wizja.
— Przecież wujek Pat jest specjalistą od spraw związanych z Titanikiem. Czy on nie wytworzy takiej samej wizji?
— Niekoniecznie. — Joanna wyjaśniła znaczenie acetylocholiny oraz zwiększonych zdolności skojarzeniowych mózgu. — Doktor Wright sądzi, że to kombinacja przypadkowych obrazów z mojej pamięci długotrwałej, ale ja jestem przekonana, że moja wizja nie pojawiła się bez powodu, a Titanic coś oznacza. — Spojrzała na Kit. — Jeśli już nie chcesz mieć z tym nic wspólnego, zrozumiem to. Kiedy usiłuję wszystko wyjaśnić, sama widzę, że to szaleństwo. Nie ma powodu, abym cię w to wciągała. Ani pana Briarleya.
Joanna poczuła ulgę, że się zwierzyła, nawet gdyby Kit miała stwierdzić: „Wolę się do tego nie mieszać” albo spojrzeć na nią jak na wariatkę opowiadającą bzdury o swoich doświadczeniach granicznych.
Kit zachowała się inaczej.
— Wujek z ochotą pomógłby ci, gdyby istniała taka możliwość, a skoro nie istnieje, ja spróbuję. A właśnie, wciąż jeszcze nie opowiedziałam ci o zatrzymaniu pracy silników. Chyba natrafiłam na to, co cię interesuje. Znalazłam to w książce Waltera Lorda SOS Titanic. Pasażerowie zauważyli, że ustał pomruk silników, więc wyszli na pokład, aby sprawdzić… Zaczekaj. — Przerwała i zaczęła grzebać w kieszeni płaszcza. — Wzięłam z domu tekst, żeby ci przeczytać fragment…
Wyciągnęła książkę w miękkiej okładce, a Joanna włączyła lampkę przy lusterku i zerknęła niespokojnie w stronę domu, zastanawiając się, czy pan Briarley zobaczy samochód i oświetloną Kit.
— Jest. „…plątali się bez celu lub stali przy burcie, zapatrzeni w mrok nocy, wyczekując jakiejś wskazówki, świadczącej o kłopotach”, odczytała Kit, a Joanna rzuciła okiem na książkę.
Była to stara i zniszczona pozycja, z pozaginanymi rogami i takim samym rysunkiem Titanica na okładce, jaki zamieszczono w książce Maisie: rufa sterczała nad wodą, łodzie na pierwszym planie były pełne ludzi okrytych kocami i wodzących wokół przerażonym wzrokiem. Takie obrazki widniały na każdej książce poświęconej Titanicowi, z tym że na tym dominowała czerwień, jakby autor utrwalił scenę z piekła. Morze krwistoczerwone, statek w kolorze burgunda, gigantyczne kominy ciemnoczerwone.
Wielokrotnie widziała, jak pan Briarley odczytywał fragmenty z tej książki, powoływał się na nią. Wyglądała równie znajomo jak jej podręcznik do angielskiego na drugi semestr. Nie dlatego jednak wpatrywała się w książkę. Tamtego dnia właśnie ją widziała w ręku pana Briarleya. Zatrzasnął ją głośno i rzucił na biurko. To jednak nie chodziło o podręcznik, tylko o SOS Titanic. Ale podręcznik też się musiał pojawić na lekcji. Wciąż widziała jego niebieską okładkę i złote litery, a poza tym książki w miękkich okładkach nie da się głośno zatrzasnąć ani hałaśliwie rzucić na biurko. Niemniej znalazła to, czego szukała.
— „…ubrani byli w osobliwą mieszaninę szlafroków, strojów wieczorowych, futer, golfów…” — czytała Kit.
— Kit — przerwała Joanna. — Czy jadalnia pierwszej klasy była jedyną restauracją na pokładzie? — Skąd, oczywiście, że nie, z pewnością były także jadalnie drugiej i trzeciej klasy, ale srebra, kryształy i fortepian musiały się znajdować w pierwszej. — Chodzi mi o to, czy istniała jeszcze inna jadalnia pierwszej klasy?
— Nie. Było jeszcze kilka mniejszych restauracji. Palm Court, kawiarnia Verandah…
— A schody? Skonstruowano tylko jedne?
— Chodzi ci o schody dla załogi czy pasażerów?
— Pasażerskie — stwierdziła Joanna.
— Wiem, że istniały przynajmniej dwie klatki schodowe — odparła Kit, zaglądając na koniec książki. — Możliwe… Cholera, to jedna z książek bez indeksu. Mogę pobiec do domu i…
— Nie, nie ma potrzeby. Nie muszę tego wiedzieć w tej chwili. Możesz do mnie zadzwonić, kiedy się dowiesz.
— Chcesz wiedzieć, ile wzniesiono klatek schodowych i jadalni?
— Tak — potwierdziła Joanna. — A dokładnie potrzebna mi informacja, czy istniała jadalnia wyłożona boazerią z jasnego drewna oraz z różowym dywanem i krzesłami w tym samym kolorze.
— Poza tym mam sprawdzić, z którymi statkami Titanic próbował nawiązać łączność — przypomniała Kit.
Joanna skinęła głową i pomyślała, że to będą Baltic oraz Frankfurt. Ledwie dosłyszała, jak Kit jej dziękuje i się żegna.
Joanna zdecydowała, że musi sprawdzić, czy Betty Peterson widnieje w książce telefonicznej, a jeśli nie, następnego dnia będzie jej musiała poszukać w Internecie.
Betty figurowała w książce i nadal mieszkała w Englewood. Kiedy rankiem Joanna zadzwoniła do niej z gabinetu, usłyszała w głosie swojej dawnej koleżanki szczerą radość. Joanna spytała czy Betty pamięta tytuł podręcznika.
— Powinnam — usłyszała w odpowiedzi. — Pamiętam, że miał niebieską okładkę ze złotymi literami, a tytuł zaczynał się na L. A w środku znajdowało się „i”. L cośtam i cośtam.
Joanna zapytała o Titanica.
— Z tamtego kursu zapamiętałam tylko tyle, że pan Briarley kazał mi czterokrotnie zmieniać przypisy do mojej pracy semestralnej. Dlaczego nie zwrócisz się do niego?
Joanna wyjaśniła, że zachorował na Alzheimera.
— Ach, rzeczywiście. Pamiętam, słyszałam o tym. To straszne.
— Przypominasz sobie, kto jeszcze chodził z nami na lekcje?
— Psiakość, kto jeszcze… — zastanowiła się Betty. — Ricky Inman. Wiedziałaś, że teraz jest maklerem? Wyobrażasz sobie? — Joanna sobie nie wyobrażała. — John Ferguson, nie, pojechał do Japonii. Melissa Taylor?