Выбрать главу

Melissa Taylor mogła pomóc.

— A co z Candy Simons? — spytała Joanna. — To ta, którą nazywaliśmy Raszpunką, bo ciągle czesała włosy. Wiesz, gdzie jej szukać?

— Och — westchnęła zaskoczona Betty. — Więc nic nie słyszałaś. Zmarła dwa lata temu. Rak jajnika.

— Nie wiedziałam — powiedziała cicho Joanna i przypomniała się jej Candy, bezustannie czesząca długie blond włosy. Pewnie jej wypadły podczas chemioterapii, pomyślała wstrząśnięta.

Betty nie przestawała trajkotać. Przypominała sobie rozmaitych uczniów, lecz żaden z nich nie chodził na drugi semestr angielskiego. Mówiła też o sobie. Pracowała w firmie komputerowej, miała męża i troje dzieci.

— Trudno mi uwierzyć, że jeszcze nie wyszłaś za mąż — oświadczyła zupełnie jak Vielle, a Joanna poinformowała ją, że musi kończyć i podyktowała swój numer telefonu, „na wypadek, gdybyś jeszcze coś sobie przypomniała”.

— Postaram się — obiecała Betty. — Ojej, zaczekaj. Właśnie coś mi przyszło do głowy w związku z tą książką. Na okładce znajdował się rysunek królowej Elżbiety w sukni z krezą.

Królowa Elżbieta? Nie statek?

— Jesteś pewna? — spytała Joanna.

— Całkowicie. Pamiętam to dlatego, że Ricky Inman dorysował jej okulary i wąsy.

Joanna pamiętała to zdarzenie jak przez mgłę, lecz przypominała sobie także statek. Melissa Taylor, do której zatelefonowała po lunchu, również wspomniała o statku. Co dowodziło wyłącznie tego, że pamięć ludzka jest zawodna.

Usłyszała piszczenie pagera, a kiedy zadzwoniła do szpitalnej centrali, usłyszała wiadomość od Vielle: „Mam dla ciebie wiadomo co”. Albo kolejny przypadek śmierci klinicznej, albo nowy zestaw pytań. Joanna uznała, że pewnie jedno i drugie. Postanowiła zatelefonować do Vielle, a nie schodzić na jej oddział. W ten sposób zawsze mogła się rozłączyć, jeśli pielęgniarka zacznie się o coś dopytywać. Najpierw jednak musiała zadzwonić do pani Haighton. Jej gospodyni stwierdziła, że pani wyszła na imprezę dobroczynną na rzecz Związku Teatrów w Denver.

Joanna zatelefonowała na oddział nagłych wypadków. Przez dłuższy czas nikt nie odbierał, więc przyszło jej do głowy, że jednak będzie musiała się tam udać osobiście. Właśnie miała odłożyć słuchawkę, kiedy dobiegł ją męski głos. Pomyślała, że to jeden ze stażystów, do których Vielle krzyczała: „I co ty robisz?”, a następnie wyrywała im słuchawkę.

— Mówi doktor Lander. Jest tam gdzieś Vielle?

— Vielle? — powtórzył mężczyzna, jakby pierwszy raz usłyszał takie imię. Bez wątpienia stażysta.

— Tak, Vielle Howard. Mogę ją prosić do telefonu?

— Ja… jeden moment… — W słuchawce rozległ się szmer niezrozumiałej rozmowy.

— Kto mówi? — spytał po chwili kobiecy głos.

— Joanna Lander. Usiłuję się skontaktować z Vielle Howard. Zostawiła mi wiadomość z prośbą o telefon.

— Pani doktor, dzień dobry. Vielle wyszła. Kazała pani powtórzyć, że idzie do domu, bo jest chora.

— Chora? — Vielle nigdy nie zwalniała się z pracy z powodu choroby, nawet kiedy słaniała się na nogach. — Wszystko z nią w porządku? Czy to ta epidemia grypy?

— Miałam pani jeszcze powtórzyć, że Vielle zadzwoni później.

— A mówiła coś na temat tej wiadomości, którą mi zostawiła? — dopytywała się Joanna, chociaż Vielle raczej nie informowałaby nikogo o kolejnej śmierci klinicznej ze względu na węszącego wszędzie pana Mandrake’a.

— Nie, nic nie wspominała o żadnej wiadomości. — Pielęgniarka potwierdziła przypuszczenia Joanny. — Mówiła tylko, że do pani zadzwoni — dodała i odłożyła słuchawkę.

Joanna miała nadzieję, że podczas jej rozmowy z gospodynią pani Haighton, Vielle nie dzwoniła z prośbą o podwiezienie jej do domu. Wykręciła jej numer, lecz nikt nie odpowiadał. Joanna uznała, że Vielle ma pewnie wyłączony telefon, żeby jej nikt nie przeszkadzał, ale ta myśl zaniepokoiła ją jeszcze bardziej. Skoro Vielle poszła do domu, to musiała stać jedną nogą w grobie, a zatem sama nie powinna prowadzić samochodu.

Joanna ponownie zadzwoniła na oddział nagłych wypadków, aby się dowiedzieć, czy ktoś odwiózł Vielle do domu i kiedy, ale nikt nie odpowiadał. Przyszło jej do głowy, że mogłaby podjechać do Vielle, gdyby pani Troudtheim nie była umówiona. Na szczęcie jej sesja nie mogła trwać długo.

I rzeczywiście. Pani Troudtheim ocknęła się po zaledwie jednym skanie i nic nie pamiętała. Kiedy wyszła z laboratorium wraz ze swoimi robótkami, Joanna ponownie zadzwoniła do Vielle. Tym razem numer okazał się zajęty.

— Pewnie zdjęła słuchawkę z widełek — zasugerowała Tish. Jeśli to ta sama odmiana grypy jak ta, na którą zachorowała moja współlokatorka, Vielle pewnie czuje się tak, jakby zwaliła się na nią ciężarówka cegieł. Szybko jej przejdzie, ale przedtem będzie myślała, że umiera.

Joanna nie uznała tych słów za szczególnie pokrzepiające i ponownie zadzwoniła do koleżanki. Tym razem Vielle podniosła słuchawkę.

— Cześć, to ja — przywitała się Joanna. — Poty dzban wodę nosi, co?

— Co? — spytała zaskoczona Vielle.

— Na oddziale powiedzieli mi, że pojechałaś do domu z powodu grypy. Dzwoniłaś do mnie, żeby mnie poprosić o podwiezienie? Jeśli tak, jest mi ogromnie przykro. Usiłowałam się umówić na wywiad z ochotniczką.

— Nie. — W głosie Vielle słychać było zmęczenie, graniczące z płaczem. — Nie dzwoniłam do ciebie.

— Jak dotarłaś do domu? — spytała Joanna. Ponieważ Vielle milczała, ciągnęła: — Nie siadłaś sama za kierownicą, prawda?

— Nie. Jedna osoba ze szpitala mnie podrzuciła.

— No i dobrze. Wpadnę do ciebie. Mam ci coś przynieść? 7Up? Albo chińską zupkę błyskawiczną?

— Nie — sprzeciwiła się Vielle. — Nie chcę, żebyś przyjeżdżała. Nic mi nie jest.

— Jesteś pewna? Mogłabym przynajmniej poprawić ci poduszki i zrobić herbatę.

— Lepiej nie. Nie chcę, żebyś się ode mnie zaraziła. Dam sobie radę. Po prostu zdecydowałam, że tym razem zostanę w domu, żeby wydobrzeć, a nie ignorować grypę i kończyć w naprawdę fatalnym stanie. Gdy tylko odłożę słuchawkę, kładę się do łóżka.

— Dobry pomysł — pochwaliła Joanna. — Mam coś załatwić za ciebie w szpitalu? Może przekazać jakieś informacje na twój oddział?

— Nie ma potrzeby. Już wiedzą, że przez kilka dni mnie nie będzie.

— Dobrze. Rano zajrzę do ciebie po drodze do pracy, żeby sprawdzić, czy czegoś nie potrzebujesz.

— Nie — stanowczo zaprotestowała Vielle. — Wyłączam dzwonek do drzwi i telefon. Zamierzam dużo spać.

— Jak wolisz — odparła z powątpiewaniem Joanna. — W razie czego możesz do mnie dzwonić. Obiecuję, że nie wyłączę pagera. I dbaj o siebie. Ta grypa to podobno nie byle co. Wolałabym, żebyś nie zapadła w stan śmierci klinicznej.

— Będę pamiętać. — W głosie Vielle ponownie zabrzmiało wyczerpanie.

— A teraz odpoczywaj. Pogadamy jutro.

— Zadzwonię do ciebie — oznajmiła Vielle.

Kiedy tylko odłożyły słuchawki, Joanna uświadomiła sobie, że nie spytała Vielle o informację „mam dla ciebie wiadomo co”. Przyszło jej nawet do głowy, że zadzwoni jeszcze raz, ale Vielle w swoim stanie nie powinna się przejmować cudzymi doświadczeniami granicznymi. Zresztą minęło już kilka godzin i pan Mandrake zapewne dotarł do potencjalnego rozmówcy Joanny. W takiej sytuacji zatelefonowała do Kit, aby poinformować ją, że być może zaraziła się grypą.