— Nawet gdyby tak się stało, i tak było warto. Bardzo się cieszę, że udało mi się wyrwać z domu choć na chwilę — wyznała Kit. — Znalazłam odpowiedź na jedno z pytań, które mi zadałaś wczoraj wieczorem. Ta jadalnia, którą opisałaś — jasna boazeria, różowe zasłony, fortepian — to restauracja A La Carte. Posłuchaj sama, przeczytam ci opis. „W luksusowej restauracji a La Carte jasna boazeria z orzecha pięknie kontrastuje z ozdobnym dywanem Rose du Barry. Krzesła obito różową tkaniną Aubusson”.
— W którym miejscu znajdowała się ta jadalnia?
— Na pokładzie z promenadą, z tyłu statku — wyjaśniła Kit.
— Na rufie. — Z oddali dobiegł głos pana Briarleya.
— Właśnie, na rufie — potwierdziła Kit. — W pobliżu znajdowały się schody drugiej klasy. Z całą pewnością istniały dwie klatki schodowe, a wydaje mi się, że nawet trzy, ale nie potrafię tego powiedzieć na pewno. W jednej książce jest mowa o schodach na rufie i jeszcze jednych, z tyłu. Trudno mi zagwarantować, czy w obu wypadkach chodzi o ten sam obiekt. Wiem za to, że główne schody znajdowały się pośrodku statku.
Joanna pomyślała, że musi ją znaleźć. Rano zadzwoniła do Vielle, która rzeczywiście odłączyła aparat. Nikt nie odpowiadał. Kiedy Joanna dotarła do pracy, na automatycznej sekretarce nie zastała żadnych wiadomości. Rozbierając się przed sesją, pomyślała, że powinna była zajrzeć do przyjaciółki. Postanowiła, że jeśli po eksperymencie wciąż nie zastanie żadnej informacji, wpadnie do Vielle.
— Właśnie dzwonili z centrali — oświadczył Richard, kiedy wyszła z przebieralni. — Tish nie ma w pracy. Wczoraj po południu poszła do domu. Grypa.
— Czy to oznacza, że przekładamy sesję? — Joanna ucieszyła się, że będzie mogła podjechać do Vielle, żeby sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.
— Mają przysłać zastępstwo — wyjaśnił Richard. — Gdy tylko kogoś znajdą. Podobno ludzie masowo chorują. Właśnie, jak się czujesz?
— Wyśmienicie.
— Świetnie. Tym razem zwiększam dawkę. Dzięki temu nasili się stymulacja w płacie skroniowym i zmienią poziomy endorfin. W rezultacie otrzymasz inny bodziec, co wywoła odmienny obraz ujednolicający.
Joanna pomyślała, że nic z tego. Surowa kobieta po sześćdziesiątce w milczeniu nasunęła jej na głowę słuchawki, a na oczy nałożyła maskę. To niemożliwe, rozumowała Joanna, bo to jest Titanic, a ja to udowodnię. Znajdę główne schody. Nagle znalazła się w przejściu. Spojrzała na drzwi. Były na wpół przymknięte, a zza nich dochodziło światło i wytłumione głosy.
— …hałas… — stwierdził jakiś mężczyzna.
— Jaki… hałas…? — spytał niespokojnie kobiecy głos, zdaniem Joanny należący do młodej kobiety w koszuli nocnej. Otworzyła drzwi.
Młoda kobieta rozmawiała z młodym mężczyzną, który przyszedł dowiedzieć się czegoś bliższego.
— Powiedziałeś, że słyszałeś hałas. — Chwyciła biały rękaw jego swetra. — Czy przypominał odgłos miażdżenia?
— Nie — zaprzeczył mężczyzna. — Raczej płacz dziecka.
Joanna zerknęła na ścianę. Obok lampy wisiała kamizelka ratunkowa, lecz nie mogła odczytać umieszczonego na niej napisu. Tęgi mężczyzna w tweedowym ubraniu stał przed kamizelką. Joanna ruszyła w jego stronę.
— Powiedzieli, w czym rzecz? — Tęgi mężczyzna zwrócił się do swojego przyjaciela.
Joanna wytężyła słuch, aby usłyszeć odpowiedź, lecz była ona zbyt cicha. Mężczyzna nie mógł powiedzieć: „Zderzyliśmy się z górą lodową”, jego otyły przyjaciel rozsiadł się bowiem na leżaku i otworzył książkę, ale przynajmniej zszedł Joannie z drogi. Ręką zasłoniła oczy przed światłem i wytężyła wzrok, aby odczytać napis na kamizelce.
Myliła się. Nie widniał na niej żaden napis. Niczego nie napisano także z tyłu leżaków ani na metalowych schowkach, ani na drzwiach. Joanna pomyślała, że jedne z nich muszą prowadzić do głównych schodów i zaczęła po kolei naciskać klamki.
Dwoje pierwszych drzwi było zamkniętych. Za trzecimi znajdowała się goła żarówka i prowadzące w dół stalowe schody. Joanna uznała, że to schody dla załogi, i ruszyła dalej.
Kolejne drzwi również nie ustąpiły, lecz następne prowadziły do ciemnych drewnianych schodów, szerszych niż te, którymi poprzednio wchodziła na górę. Barierki i słupki były wytwornie rzeźbione, a stopnie przykrywał różowy dywan.
Joanna przypomniała sobie, że schody powinny być marmurowe i zdziwiła się, że jest tak ciemno. Na ścianach zamontowano lampy, lecz nigdzie nie dostrzegała włącznika. Podeszła do poręczy i spojrzała w górę. Odniosła wrażenie, że wysoko, kilka pokładów nad nią, dostrzegła szarość. Niebo? Może biała marynarka stewarda? Albo jeszcze coś innego? Istniał tylko jeden sposób, aby to sprawdzić. Joanna położyła rękę na poręczy i zaczęła wspinać się po schodach.
W miarę pokonywania kolejnych stopni ogarniały ją coraz większe ciemności. Z trudem dostrzegała schody i nie widziała nic wokół siebie. Zatrzymując się na podeście, doszła do wniosku,, że gdzieś w pobliżu powinien się znajdować salon jadalniany pierwszej klasy. Nie, przypomniała sobie, że usytuowano go na pokładzie salonowym, ale w tym miejscu powinna widzieć cherubina, a także Honor i Chwałę, koronujące Czas, oraz niebo.
Niebo rozpościerało się nad jej głową, tworząc wielką, szarą kopułę. Dostrzegła je, kiedy wchodziła po trzecich schodach. Widziała też wykute z żelaza mocowania, ciemniejsze między fragmentami przyciemnionego szkła. Nigdzie nie zauważyła jednak cherubina. Słupki balustrady wyrzeźbiono w formie koszy owoców. Na szczycie schodów znajdował się zegar, lecz jego tarcza była kwadratowa i drewniana. Mimo to Joanna na pewno stała na głównych schodach. Na jednym statku nie zbudowano by tak wspaniałych świetlików. Joanna zastanowiła się, czy przypadkiem Richard nie ma racji i rzeczywiście jest to połączenie różnych statków? Otworzyła drzwi na szczycie schodów.
Ponownie znalazła się na pokładzie łodziowym, wciąż pustym i ciemnym. Nawet na mostku nie świeciło światło. Spojrzała w stronę dziobu, usiłując wypatrzyć migotanie lampy sygnalizacyjnej lub usłyszeć zgrzyt poruszanych w urządzeniu żaluzji. Na pokładzie panowała jednak grobowa cisza. Łodzie po prawej stronie wciąż wisiały na swoich żurawikach, owinięte płótnem.
Joannie przyszło do głowy, że szalupy powinny nosić oznaczenia statku. Usiłowała unieść fragment płótna na najbliższej, lecz było zbyt mocno przywiązane, a liny splątano w węzły wielkości pięści. Nie udało się jej uchylić płótna nawet o centymetr.
Przeszła wzdłuż linii łodzi, sprawdzając, czy któraś z nich nie jest przykryta luźniejszym materiałem, lecz wszystkie zabezpieczono równie solidnie jak pierwszą. Po drugiej stronie statku świeciło światło. Czyżby dobiegało z mostku? Nie, jego źródło znajdowało się bliżej. W otwartych drzwiach na końcu kwater oficerskich. Joanna podeszła bliżej i zajrzała do środka.
Ujrzała coś w rodzaju sali gimnastycznej. Zgromadzono w niej maczugi i piłki lekarskie, ułożone w stosy pod ścianą, a także sprzęt do ćwiczeń, rozrzucony po podłodze w biało-czerwone kafelki. W pomieszczeniu stał też mechaniczny koń i urządzenie do wiosłowania, a także wysoki czarny przyrząd do podnoszenia ciężarów, kształtu i rozmiaru gilotyny. Z sufitu zwisał worek bokserski.
Naprzeciwko ściany z prawej strony ustawiono szereg rowerów treningowych. Młody mężczyzna w podkoszulku i szarych spodniach dresowych zacięcie pedałował na jednym z nich. Na ścianie przed nim zawieszono duży zegar z czerwoną i niebieską wskazówką.