Mężczyzna pedałował do chwili, w której obydwie wskazówki znalazły się na ostatniej cyfrze na zegarze. W ostatnim momencie nacisnął mocno na pedały i pochylił się nad kierownicą. Czerwona i niebieska wskazówka zatrzymały się na zerze, a mężczyzna przestał pedałować i uniósł pięści niczym biegacz po zwycięskim wyścigu. Zszedł z roweru i schylił się, aby podnieść licznik. Wtedy Joanna ujrzała jego twarz.
— Och — westchnęła z przejęciem i wypuściła powietrze z płuc.
To był Greg Menotti.
Rozdział 29
„Umieram, ale nie oczekuję szybkiego zejścia. Czy to nie dziwne, że wspomnienia z dawnych lat i sceny z dzieciństwa wkradły się do mojego umysłu…?”
— Znam cię — oznajmił Greg Menotti, przykładając ręcznik do twarzy. Podszedł bliżej do miejsca, w którym stała.
— Nazywam się… — Joanna przez krótką, koszmarną chwilę nie pamiętała swojego nazwiska. — Joanna Lander. Doktor Lander — uzupełniła, gdy sobie przypomniała, że tak mu się przedstawiła.
— Doktor Lander? — powtórzył, usiłując sobie przypomnieć, gdzie się poznali. — Wyglądasz znajomo… o, zaraz, pamiętam cię. To ty zadawałaś mi te wszystkie pytania w dniu, kiedy dostałem w głowę. Nie chciałaś mi dać numeru telefonu. Co ty tu robisz? Zmieniłaś zdanie?
— Dostałeś w głowę?
— Tak, kawałkiem lodu z przejeżdżającej furgonetki. Wykopywałem samochód z rowu i straciłem przytomność, więc zabrali mnie na oddział nagłych wypadków, a potem przyszłaś i zadawałaś mi mnóstwo pytań o tunele, światła i anioły. Nie mów tylko, że nic nie pamiętasz.
— Nie mówię — odparła powoli Joanna. — Pamiętam.
— W kółko powtarzałem to tym ludziom z oddziału, ale oni się upierali, że miałem zawał. — Rozbawiony pokręcił głową. — A więc dlatego tu przyszłaś? Zdecydowałaś, że jednak dasz mi swój numer?
— Nie — odparła Joanna, dochodząc do wniosku, że Greg nic wie, że nie żyje. — Przyszłam, żeby się dowiedzieć, jak się nazywa ten statek.
— Statek? — powtórzył, nic nie rozumiejąc. — Jaki znowu siatek? To siłownia. Przychodzę tu trzy razy w tygodniu. Nigdy tu wcześniej nie byłaś? Chodź, oprowadzę cię. — Wziął ją pod rękę i zaprowadził do rowerów treningowych. — Widzisz tę tarczę? Niebieska strzałka wskazuje przebytą odległość, a ta czerwona mierzy prędkość.
Podeszli do urządzenia przypominającego mechanicznego byka, tylko że na jego grzbiecie znajdował się niewygodny garb.
— To jest mechaniczny wielbłąd, a tam przyrząd do wiosłowania. Wyśmienite ćwiczenie na serce. Jest jeszcze kort do squasha, basen, sala masażu…
Joanna wpatrywała się w stertę maczug i piłek lekarskich. Powinny na nich widnieć napisy: „Własność…” i nazwa statku. Wyszarpnęła rękę z uścisku Grega i podeszła bliżej. Z trudem podniosła jedną z ciężkich piłek. Greg odebrał ją od niej i rzucił o ścianę. Piłka odbiła się z głośnym hukiem.
Joanna schyliła się i przyjrzała innej piłce, a potem maczugom, lecz na żadnej nie dostrzegła jakiegokolwiek napisu. Przypomniała sobie, że Greg nie może jej pomóc, bo nawet nie wie, że się znajduje na statku.
— Greg, słyszałeś coś?
— Czy coś słyszałem? — Znowu cisnął piłką o ścianę.
— Właśnie.
— Co takiego? — Huk.
— Jakby zatrzymujące się silniki. Albo zderzenie? — Uświadomiła sobie, że sugeruje odpowiedź.
— Zderzenie? Nie, chwała Bogu. Zwłaszcza że to był jeden z tych jeepów cherokee. To wielkie maszyny. — Ponownie rąbnął piłką o ścianę. — Nie, tylko trochę walnęło mnie w głowę, ale musiałem nieźle odlecieć, skoro paramedycy uznali, że to zawał serca. Powiedziałem im: „Nie mogę mieć zawału…”
— Bo ćwiczę trzy razy w tygodniu na siłowni — zakończyła Joanna i pożałowała tego, bo Greg znieruchomiał, przyciskając ciężką piłkę do klatki piersiowej i spoglądając na Joannę ze strachem. Podszedł do maszyny do wiosłowania, usiadł i zaczął przyciągać do siebie wiosła mocnymi, miarowymi ruchami.
— Greg… — zaczęła Joanna i kątem oka dostrzegła poruszającą się postać. Podbiegła do drzwi. Steward. Szedł w stronę mostka, trzymając w dłoni złożoną kartkę papieru.
Joanna rzuciła się za nim. Minął kwatery oficerskie i wszedł w nie oświetlony korytarz. Joanna podążyła za nim, skręciła za rogiem, przeszła krótkim, wąskim przejściem i znowu skręciła. Zupełnie jak w labiryncie, pomyślała. Minęła jeszcze jedno przejście i wydostała się na pokład po przeciwnej stronie. Tutaj także znajdowały się łodzie ratunkowe. Może właśnie do nich szedł oficer, chciał z nich zdjąć płótno?
Nie. Zapukał do drzwi i nacisnął klamkę. Pokład zalało złociste światło, a Joanna usłyszała szmer głosów.
— Może nigdy nie nadarzy się kolejna sposobność — oświadczył oficer i wyszedł z rozbawionym wyrazem twarzy. Skierował się ku rufie: najwyraźniej zmierzał w stronę schodów. Joanna udała się za nim, zatrzymując się obok wciąż otwartych drzwi.
Jasnowłosy mężczyzna w białej koszuli siedział odwrócony plecami do wejścia. Pochylił się nad stołem i rytmicznie stukał kluczem telegraficznym. Płaszcz przewiesił przez oparcie krzesła, a na uszach miał staromodne słuchawki z dwoma pałąkami — jednym z tyłu, a drugim na czubku głowy. Nad nim, między dwoma słupkami, rozbłyskiwała niebieska iskra, migocząc i trzeszcząc podczas naciskania klucza.
To pomieszczenie radiotelegrafisty, uznała Joanna i momentalnie zapomniała o oficerze, za którym podążała. A mężczyzna siedzący przy stole to Jack Phillips, z przejęciem wysyłający wiadomości. Joanna przyjrzała się niebieskiej iskrze, tańczącej wesoło nad głową radiotelegrafisty, przypomniała sobie śmiech oficera i doszła do wniosku, że to nie SOS. Zresztą Jack nie miał jeszcze na sobie kamizelki ratunkowej.
Na pewno wysyła wiadomości od pasażerów, nadrabia zaległości z weekendu. Joanna przypomniała sobie, jak pan Briarley opowiadał na lekcji, że radiotelegraf był wówczas taką nowinką, że każdy pasażer chciał przesłać chociaż jedną wiadomość. Tuż przed zderzeniem Jack Phillips był tak zapracowany, że kiedy Californian usiłował przekazać ostrzeżenie o górach lodowych, radiotelegrafista zerwał z nim łączność, kazał mu się wyłączyć, bo musiał utrzymywać kontakt ze stacją przekaźnikową na przylądku Race.
Poza tym sygnały SOS były proste. Trzy kropki, trzy kreski, trzy kropki. Pamiętała, że pan Brialey wspominał, dlaczego SOS stało się sygnałem alarmowym. Po prostu te litery były tak proste, że każdy mógł je wysłać. Wiadomości wysyłane przez Jacka Phillipsa nie były proste. „Cudownie się bawimy”, pomyślała Joanna, wsłuchując się w skomplikowany stukot. „Szkoda, że was tu nie ma”.
Pochyliła się, usiłując rozpoznać jakiś schemat, odcyfrować wiadomość, ale sygnały rozlegały się zbyt szybko, aby mogła odróżnić kropki od kresek, a brzęczenie iskry pod sufitem utrudniało jej koncentrację.
Podeszła bliżej i dobiegło ją ciche mruczenie. Domyśliła się, że mężczyzna mówi wystukiwane litery.
— C — powiedział radiotelegrafista i szybko wystukał kod. — Q… D… C… Q… D… — Nie słowo. Szyfr? Sygnały identyfikacyjne Titanica?
Gdzieś na pokładzie rozległ się huk. Joanna pomyślała, że to Greg Menotti tłucze piłką lekarską o ścianę sali gimnastycznej, zerknęła na Jacka Phillipsa, który nie podniósł głowy i nie przestał wystukiwać wiadomości.