Выбрать главу

— Nie — zaprzeczyła. — To było to samo przejście. Znajdowało się w tym samym miejscu, a wyjście prowadziło na tę samą część pokładu. To miejsce istnieje naprawdę. Drzwi zawsze wychodzą na te same schody, pokład łodziowy znajduje się zawsze w tej samej odległości, łodzie ratunkowe, kwatery oficerów i mostek są niezmiennie usytuowane w tych samych punktach względem siebie.

— Wspomniałaś, że tym razem widziałaś salę gimnastyczną — odezwał się z powątpiewaniem Richard.

— Zawsze się tam znajdowała, tylko wcześniej drzwi były zamknięte. To nie jest sen, w którym wszystko się miesza i raz jesteś w jednym miejscu, a raz w drugim, nigdzie nie chodząc. To prawdziwe miejsce.

— Prawdziwe — powtórzył, a na jego twarzy ponownie pojawiło się powątpiewanie i ostrożność. Wyglądał, jakby lada chwila miał ją znowu nazwać Bridey Murphy.

— Nie chodzi mi o to, że to miejsce istnieje — przyznała pokonana. — Rzecz w tym, że jest trójwymiarowe.

— Na obszarze korowego ośrodka orientacji przestrzennej nie dostrzegam żadnej aktywności. — Pokręcił głową. — A co z początkiem? Był taki jak zawsze?

— Nie — zaprzeczyła. — Tym razem znalazłam się na miejscu nieco później, kiedy przyszedł już młody mężczyzna, chcąc się dowiedzieć, co to za hałas.

— Ale ludzie byli ci sami, i mówili to, co wcześniej?

— Zasadniczo tak.

— Zasadniczo tak… — mruknął, wpatrując się w monitory. — Chociaż płat skroniowy oraz indeksy lateralizacyjne są całkowicie odmienne. O czym myślałaś, zanim przeszłaś do fazy płytkiego snu? Może twoja świadomość wpływa na to, co widzisz.

— O Titanicu — przyznała Joanna, a Richard wyglądał na pokrzepionego. — Ale poprzednim razem myślałam o Pompejach, a przed trzema pierwszymi sesjami na pewno nie przychodził mi do głowy Titanic, a jednak zawsze trafiałam w to samo miejsce.

— A na samym początku zawsze słyszysz ten sam dźwięk. — Richard zamyślił się i zaczął coś pisać na klawiaturze.

Joanna zeszła do gabinetu, aby spisać relację i sprawdzić, co słychać u Vielle. Nikt nie podnosił słuchawki, więc postanowiła odsłuchać siedem wiadomości na swojej sekretarce. Każdą z nich przewijała, gdy tylko przekonała się, że to nie Vielle. Archiwum. Maisie. Guadalupe.

Na pewno nie odsłuchała wiadomości ode mnie, uznała Joanna. I pewnie wróciła już do pracy, a Tish miała rację, że ta grypa nie trwa długo. A skoro jest w pracy, to nie miała kiedy oddzwonić. Wcisnęła przycisk „następna wiadomość”. Pan Mandrake. Wcisnęła „skasuj”. Betty Peterson.

— Znalazłam ten tytuł — oświadczył głos Betty, a Joanna cofnęła palec, który zawisł nad przyciskiem „następna wiadomość” i wysłuchała nagrania. — Nie masz pojęcia, jak mi się to udało! — entuzjazmowała się Betty. — Wczoraj wieczorem przeglądałam swój egzemplarz szkolnej księgi rocznikowej, żeby sprawdzić, kto jeszcze był w naszej klasie, i obejrzałam sobie rozdział ze zdjęciami — i wiesz co? Mój Boże, ale miałyśmy włosy! I te ubrania! A kiedy przeglądałam te zdjęcia, zobaczyłam Nadine Swartheiemer — pamiętasz Nadine? Rozczochrana czupryna i sandały — w środku zimy? Zresztą nieważne, podpisała mi się na zdjęciu, no i trafiony, zatopiony! Ale to nie wszystko, znalazłam coś jeszcze. Musisz do mnie przekręcić. Na razie!

Nie wierzę, stwierdziła w duchu Joanna. Po takiej przemowie nie powiedziała mi, jak brzmiał ten tytuł, a teraz muszę oddzwaniać i pewnie przez tydzień będziemy się bawiły w telefonicznego berka. Jak to możliwe, że Betty miała same piątki?

Joanna postanowiła oddzwonić zaraz po wysłuchaniu pozostałych wiadomości. Szybko sprawdziła ich treść. Znowu pan Mandrake — do skasowania. Jeszcze niejaki Leonard Fanshawe.

Vielle nie dzwoniła. Joanna spróbowała jeszcze raz do niej zatelefonować, ale wciąż nikt nie odpowiadał. Najlepiej od razu pójdę na oddział nagłych wypadków i sprawdzę, czy wróciła, a jeśli nie, sama do niej pojadę, zdecydowała i sięgnęła po płaszcz, klucze i torebkę. Właśnie miała nacisnąć klamkę, kiedy rozległ się dzwonek telefonu. Joanna zaczekała, aż włączy się sekretarka.

— Cześć — przywitała się Vielle, a Joanna rzuciła się do słuchawki.

— Jak się czujesz? — spytała.

— Lepiej — oświadczyła Vielle i rzeczywiście, jej głos brzmiał już normalnie. Przynajmniej częściowo odzyskał siłę i energię. — Zostanę jeszcze w domu przez dwa dni i nie, nie musisz mi niczego przynosić. Nie chcę, żebyś się zaraziła.

— Nie ma sprawy — zgodziła się Joanna. — Chociaż jeśli to się miało stać, to już jestem zarażona. Tish zachorowała, i Guadalupe też.

— Tak czy owak, nie zarazisz się ode mnie. Zamknęłam drzwi na klucz i nie zamierzam cię wpuszczać. Nawet nie myśl o odwiedzinach.

— Dobrze — zobowiązała się Joanna. — Ale ty musisz mi obiecać, że będziesz dzwonić, opowiadać mi, jak się czujesz, i mówić, czy czegoś nie potrzebujesz. — Zanim Vielle zdążyła zaprotestować, dodała: — Spokojnie, mogę wszystko zostawić pod drzwiami.

— Obiecuję, że będę się meldowała — oznajmiła Vielle i chciała odłożyć słuchawkę.

— Zaraz, zaraz — powstrzymała ją Joanna. — A co z wiadomo czym?

— Jakim wiadomo czym?

— Skąd mam wiedzieć? Sama to tak nazwałaś. Zostawiłaś mi wiadomość, że mam do ciebie zadzwonić, bo masz wiadomo co. Wczoraj. Zanim poszłaś do domu na chorobowe. Dzwoniłaś na mój pager.

— Ach. — Vielle wreszcie sobie przypomniała. — Tak. Przyjęliśmy pacjenta z atakiem pęcherzyka żółciowego. Przypadkiem wspomniał, że parę lat temu przeszedł śmierć kliniczną. Skierowaliśmy go na operację. — Joanna zastanawiała się, czy chodzi o Leonarda Fanshawe’a, który zostawił jej wiadomość, lecz Vielle dokończyła: — Nazywa się Eduardo Ortiz.

— Kto jeszcze słyszał, jak ten człowiek o tym wspomina?

— Tylko ja. Pomyślałam, że to może być dobry materiał, bo nic nie zagraża jego życiu, więc można powiedzieć, że lata poza zasięgiem radaru pana Mandrake’a.

Joanna podzielała opinię Vielle. Kiedy tylko skończyła rozmowę, zadzwoniła do centrali, aby sprawdzić numer pokoju pacjenta, a potem zatelefonowała na chirurgię.

— Dzisiaj rano przeszedł operację, wciąż jest nieprzytomny — oznajmiła pielęgniarka.

— Kiedy wraca do domu?

— Jutro — padła odpowiedź. Oto, jak funkcjonują nasze ubezpieczalnie, pomyślała Joanna. Pacjenci są zbyt krótko w szpitalu, aby zdążyć poinformować kogokolwiek, że mieli przeżycia graniczne, nie mówiąc już o ich opisywaniu. Pielęgniarka sądziła, że pan Ortiz obudzi się koło południa, dzięki czemu Joanna zyskiwała sporo czasu na nagranie i spisanie swojej relacji.

Zrobiła jedno i drugie, a następnie zaniosła wydruk Richardowi, który wpatrywał się w monitor.

— Jak ci idzie? — spytała, wręczając mu tekst.

— Koszmarnie. Sądziłem, że może bodziec początkowy odpowiada za kształt obrazu ujednolicającego i właśnie dlatego ciągle widziałaś Titanica, chociaż bodźce były różne, ale w ostatnim badaniu nie zaobserwowałem żadnej aktywności w korowym ośrodku słuchu. — Przeczesał włosy ręką. — Brakuje mi danych. Udało ci się umówić z panią Haighton?

— Nie.

— A pan Pearsall nie dzwonił, że wraca?

Pokręciła przecząco głową.

— Wobec tego muszę się dowiedzieć, co budzi panią Troudtheim, i to wyeliminować. Ona jest nam potrzebna.

— Jeszcze zadzwonię do pana Pearsalla i do pani Haighton — obiecała Joanna. I pojadę do Klubu Wiosennych Przyjemności, czy też gdziekolwiek, gdzie można ją zastać, a następnie osobiście ją sprowadzę, uzupełniła w myślach. Wróciła do gabinetu, żeby zadzwonić, lecz gospodyni nie wiedziała, gdzie jest pani.