— Na jakimś zebraniu — stwierdziła. — Ma ich tak wiele, że wszystkie mi się mylą.
U pana Pearsalla nikt nie podnosił słuchawki.
Joanna zanotowała sobie, żeby jeszcze spróbować do nich zatelefonować, a potem odsłuchała wiadomości, które wcześniej przewinęła. Guadalupe chciała, aby Joanna się z nią skontaktowała. Maisie miała jej coś ważnego do powiedzenia. Leonard Fanshawe stwierdził: „Jak rozumiem, jest pani zainteresowana doświadczeniami granicznymi. Pół roku temu przeżyłem coś podobnego i od tamtego czasu odkryłem w sobie niezwykłą moc: telekinezy, jasnowidzenia, widzenia na odległość i teleportacji. Chciałbym z panią o tym porozmawiać”. Pan Fanshawe zostawił swój numer telefonu.
Joanna oddzwoniła i podyktowała mu numer pana Mandrake’a. Następnie ponownie spróbowała się skontaktować z panem Pearsallem. Bezowocnie. Zadzwoniła więc do Betty Peterson. Zajęte.
Wydrukowała jeszcze jeden egzemplarz swojej relacji, aby dołączyć go do archiwum, a potem zapatrzyła się w monitor komputera, usiłując cokolwiek z tego wszystkiego zrozumieć. To z całą pewnością był Titanic, nie miała żadnych wątpliwości, pomimo schodów, worka z pocztą i braku aktywności w korowym ośrodku słuchu.
Zatelefonowała do Kit, aby ją spytać, jakie były litery wywoławcze Titanica i na którym pokładzie umieszczono salę gimnastyczną. Poza tym interesowało ją, czy wśród dostępnych tam urządzeń znajdował się mechaniczny wielbłąd. Uznała, że tak konkretnego szczegółu na pewno nie mogłaby wymyślić, a kiedy wystukiwała numer do Kit, przypomniała sobie pana Wojakowskiego i Dzieciaki w opałach.
U Kit było zajęte. Joanna spojrzała na zegarek. Wpół do dwunastej. Postanowiła spróbować szczęścia u pana Ortiza, który mógł ocknąć się nieco wcześniej, i zeszła na oddział chirurgiczny. Pacjent był przytomny, lecz właśnie rozmawiał z lekarzem.
— A potem zabieramy go na badanie pooperacyjne — poinformowała Joannę pielęgniarka, wyznaczona w zastępstwie Patricii. — To potrwa jakieś dwadzieścia minut.
Dwadzieścia minut. Za mało czasu, aby wrócić do gabinetu i zrobić coś pożytecznego. Mogła wpaść do Maisie — pediatria znajdowała się zaledwie dwa piętra wyżej, w tym samym skrzydle — ale prawdopodobieństwo zakończenia rozmowy z dziewczynką w czasie krótszym niż jedna godzina było niemożliwe. W tej sytuacji Joanna postanowiła zajrzeć do Guadalupe i udała się do windy.
Przed drzwiami stały dwie nie znane Joannie pielęgniarki, toczące cichą rozmowę.
— …i wtedy powiedziała: wystarczy, nie przepracuję na nagłych wypadkach ani jednego dnia więcej — opowiadała jedna.
— Wcale się jej nie dziwię — skomentowała druga.
Joanna pomyślała, że Vielle powinna tego posłuchać, i wtedy drzwi się rozsunęły.
W środku stał pan Mandrake.
— …dowody, które przekonają sceptyków, że doświadczenia graniczne to rzeczywistość — tłumaczył mężczyźnie, trzymającemu w dłoniach egzemplarz Światła na końcu tunelu. — Nie ma czegoś takiego jak „racjonalne” wytłumaczenie.
Pan Mandrake całą uwagę skoncentrował na rozmówcy, a ciągle plotkujące pielęgniarki przez moment zasłoniły Joannę.
— …chwała Bogu, tylko zraniony mięsień — tłumaczyła jedna z nich. — Ale chodzi o fakt.
Pan Mandrake wciąż nie dostrzegł Joanny. Odwróciła się i energicznie odeszła, starając się, aby jej twarz nie była widoczna od strony windy. Doszła do wniosku, że później odwiedzi Guadalupe, a tymczasem zejdzie do gabinetu po formularze zgody na przeprowadzenie wywiadu.
— Joanna Lander — powiedział pan Mandrake.
O nie, zobaczył ją. Nie zwolniła jednak kroku, z trudem powstrzymując się od chęci zerknięcia do tyłu, aby sprawdzić, czy pan Mandrake za nią nie idzie.
— …moja koleżanka — kontynuował.
Nie widział jej. Tylko o niej wspominał.
— Bierze udział w projekcie badawczym, który potwierdzi moje odkrycia.
Moja koleżanka, zagotowała się Joanna i przyśpieszyła. Uznała, ze jeszcze chwila, a odwróci się, aby wyjaśnić nieznajomemu, że nie jest koleżanką pana Mandrake’a, natomiast badania, w których uczestniczy, nie potwierdzają żadnych jego odkryć.
Jeszcze chwilę, powiedziała sobie i dała nura na schody. Mogła nimi zejść tylko jedno piętro niżej, lecz przynajmniej uciekła przed panem Mandrakiem. Może powinna skorzystać z windy technicznej, aby dotrzeć do łącznika między skrzydłami na czwartym piętrze? Nie, wtedy musiałaby minąć internę, a nie miała ochoty natknąć się na panią Davenport. Trafiłaby z deszczu pod rynnę. Lepiej pójść łącznikiem na pierwszym piętrze.
Zeszła po schodach i minęła korytarz pełen gabinetów. Zwykle było tu pusto, lecz dzisiaj zjawiła się grupa emerytów. Starsi panowie rozsiedli się na plastikowych krzesłach i grali w karty. Jeden z nich dostrzegł Joannę, wstał i pomachał w jej stronę kartami.
— Witam panią doktor — oznajmił.
Rozdział 30
„Przypływaj jak najszybciej, staruszku. Maszynownia zalana do wysokości kotłów”.
Mam kiepski dzień, uznała Joanna.
— Pan Wojakowski — przywitała się. — Co pan tutaj robi?
— Ed — poprawił ją. Kciukiem wskazał drzwi za plecami. — To te badania związane ze słuchem, o których pani wspominałem. — Pochylił się do niej, dyskretnie ściszając głos: — Muszę przyznać, pani doktor, że wasz projekt był o niebo ciekawszy od tego. Siedzimy tylko ze słuchawkami na uszach i podnosimy ręce, kiedy usłyszymy pisk.
Joanna zerknęła na graczy.
— I gracie w tryktraka?
— Skąd, żaden z nich nie był w marynarce. Znają tylko kierki. Usiłowałem namówić ich na pokera, ale są zbyt skąpi. Podobno postrzelono jednego z lekarzy na oddziale nagłych wypadków. Wie pani coś o tym?
Pielęgniarki przy windzie na pewno komentowały to zdarzenie.
— Nie.
— Miejmy nadzieję, że to nic poważnego. Opowiadałem pani o tym, jak pływałem na Yorktown i dostałem kulkę prosto w… — no cóż, nie mogę powiedzieć gdzie, bo to nie przystoi — i zacząłem wrzeszczeć, a wtedy Wielki Odcisk Pakigian mówi…
— Pan Wojakowski? — odezwał się spod drzwi technik laboratoryjny w białym fartuchu i z segregatorem w ręku.
— Już idę — odparł pan Wojakowski. — Tak czy owak, pani doktor, proszę uważać, żeby nikt pani nie postrzelił. A jeśli mogę się do czegoś przydać w badaniach, proszę mnie zapisać w ciemno. Jak mówiłem, tutaj tylko siedzimy i nic nie robimy. Mam mnóstwo czasu, wystarczy i na pani projekt, i na ten także.
— Pan Wojakowski — powtórzył z dezaprobatą technik.
Pan Wojakowski nachylił się w stronę Joanny i szepnął:
— Do kitu.
Joanna musiała się roześmiać, a technik zjeżył się jeszcze bardziej.
— Żegnam panią doktor — oświadczył swobodnie pan Wojakowski, przekazał swoje karty jednemu z ochotników i zniknął za drzwiami.
Spojrzała na zegarek i wróciła na oddział chirurgiczny. Drzwi do pokoju pana Ortiza były zamknięte.
— Wypadł jeden z jego drenów — wytłumaczyła pielęgniarka. — To potrwa najwyżej dwadzieścia minut.