Выбрать главу

— Jasne. Mogę pani powiedzieć, co Molly Brown powiedziała panu Ismayowi? Znajdowała się na pokładzie Carpathii, kiedy to mówiła.

— No dobrze — zgodziła się Joanna, zastanawiając się, czy nie powinna była zdecydować się na Californian, który w ogóle nie skontaktował się z Titanikiem. — Co takiego powiedziała Molly Brown?

— Podeszła do pana Ismaya — Maisie położyła ręce na biodrach — i powiedziała: „Tam, skąd pochodzę, powiesilibyśmy cię na najbliższej sośnie”. Myślę, że zasługiwałby na to. Parszywy tchórz.

— Może się bał. — Joannie przypomniała się jej paniczna ucieczka do przejścia po pochylających się schodach.

— No pewnie, że się bał — obruszyła się Maisie. — Mimo to powinien był postarać się uratować Lorrai… — Ugryzła się w język. — O mały włos o kimś nie wspomniałam, ale pani chciała znać wyłącznie odpowiedzi na pytania, więc się powstrzymałam.

— Brawo — pochwaliła Joanna i spojrzał na zegarek. Dochodziła druga. — Pora na mnie. — Wstała.

— Prześlę pani wiadomość na pager, jak tylko coś znajdę — oświadczyła Maisie i wyciągnęła spod koca Titanica dla dzieci.

— Nie — zaprotestowała Joanna, wyobrażając sobie, że Maisie dręczy ją co kwadrans. — Najpierw ustal nazwy wszystkich statków.

— Dobrze — zgodziła się dziewczynka, otwierając książkę. O dziwo, nie starała się zatrzymać Joanny.

Idąc przez pediatrię, Joanna przypomniała sobie, że musi odwiedzić pana Ortiza, lecz mimo to wróciła do centrum leczenia słuchu. Grupa ochotników skurczyła się do czterech osób, a pan Wojakowski jednak nie poszedł jeszcze do domu. Joanna odniosła wrażenie, że został dla towarzystwa, chociaż nie był już potrzebny.

— Proszę, proszę, witam panią doktor! — wykrzyknął na jej widok, szczerze zaskoczony i zadowolony. Joanna poczuła wstyd, że starała się go unikać.

Nie mam powodu prosić go o przysługi, pomyślała, lecz chodzi o Maisie, a jeśli nie będzie potrafił pomóc, po prostu mi o tym powie. Właściwie jak mógłby to wiedzieć? Pewnie nawet nie służył w marynarce. Wszystko zmyślił.

— Ed, służył pan w marynarce wojennej. Wie pan, gdzie mogłabym zamówić wojskowe identyfikatory osobiste? Dla przyjaciółki.

— Ciężka sprawa — westchnął i zdjął czapkę baseballową, żeby się podrapać w głowę. — Na wojnie dostawaliśmy je podczas rekrutacji. Oznaczenia nanosiło się za pomocą ręcznej wyciskarki, wyglądającej jak skrzyżowanie maszyny do pisania i maszyny do wytłaczania kart kredytowych. Identyfikatory trzeba było zawiesić na szyi zaraz po wyjściu spod prysznica, przed przydzieleniem munduru. Pytam oficera dowodzącego: „Chyba spodnie bardziej by nam się przydały niż nieśmiertelniki?”, a on odpowiada: „Możesz zginąć, zanim zdążysz włożyć spodnie, a my musimy wiedzieć, kim jesteś”, na to Fritz Krauthammer mówi: „Cholera, jeśli mam zginąć bez portek, to wolę, żeby nikt nie wiedział, kim jestem!” Niezły był z niego numer. Któregoś razu…

— A wie pan przypadkiem, gdzie teraz można zdobyć identyfikatory? Nie muszą być prawdziwe.

— Kiedyś sprzedawali je w sklepie z tanimi rzeczami albo na stacji kolejowej. — Znowu się podrapał. — Muszę pomyśleć. A co ma być na nich napisane?

— Tylko imię i nazwisko — wyjaśniła Joanna i z kieszeni swetra wyciągnęła notatnik. — Nie musi przypominać wojskowego identyfikatora. Wystarczy blaszka na łańcuszku na szyję. Musi być metalowy — dodała niepotrzebnie. Napisała drukowanymi literami imię i nazwisko Maisie, wydarła kartkę i wręczyła ją panu Wojakowskiemu.

— Spytam kilka osób — oznajmił z powątpiewaniem. — Niekiedy można znaleźć rzeczy, o których nawet się człowiekowi nie śniło. Mówiłem pani o tym, jak kiedyś musiałem przymusowo wodować swojego Wildcata i wylądowałem na Malakuli?

Owszem, odparła w duchu Joanna, lecz miała świadomość, że właśnie poprosiła go o przysługę. W rezultacie stała się jego dłużniczką. Poza tym wiedziała, jak się czuje człowiek, kiedy nikt nie chce słuchać jego opowieści albo mu nie wierzy. Usiadła więc na plastikowym krześle i wysłuchała całej relacji: o ucieczce w dłubance, dryfowaniu po morzu przez wiele dni, pojawieniu się Yorktown, powiewaniu flagami, wiwatujących marynarzach, malowaniu go, „zupełnie jak Jezus Chrystus, powstałem z martwych” i musiała przyznać, że bez względu na wiarygodność, opowieść była wspaniała.

Pan Wojakowski odprowadził Joannę do windy.

— Sprawdzę, co się da zrobić z tym nieśmiertelnikiem. Na kiedy jest pani potrzebny?

— Jak najszybciej — odparła Joanna, myśląc o cienkich przegubach Maisie i jej niebieskich wargach.

— Wielka szkoda, że nie ma już z nami Chicka Upchurcha. Opowiadałem pani o Chicku? Oficer maszynowni na Starym Yorky. Potrafił zrobić wszystko, i to naprawdę wszystko — przypomniał sobie pan Wojakowski i Joanna musiała dosłownie przytrzasnąć mu rękę drzwiami windy, żeby się uwolnić. Mimo to nie wydawał się zniechęcony.

Równie pogodnie zachowywał się pan Ortiz, pomimo wystających z jego ciała trzech drenów. Pielęgniarki musiały wymienić już dwa z nich.

— Wcale mnie to nie martwi — cieszył się chory. — Od dwóch lat nie czułem się tak dobrze. Szkoda, że wcześniej się tym nie zajęli.

Z przyjemnością porozmawiał z Joanną.

— To, co przeżyłem, jest dla mnie równie realne jak dwa lata temu — stwierdził i opisał wszystko szczegółowo: unosił się w powietrzu pod sufitem na sali operacyjnej, widział tunel, światło, Najświętszą Marię Pannę promieniującą jasnością i zmarłych krewnych, oczekujących, aby go powitać w Niebie.

Wsłuchując się w opis retrospekcji życia pana Ortiza, Joanna zastanowiła się, czy pan Mandrake nie ma jednak racji, a to, co widziała podczas eksperymentów, wcale nie przypomina prawdziwych przeżyć granicznych. Nie ulegało wątpliwości, że nikt inny nie widział urzędnika pocztowego ciągnącego worek mokrych listów po wyłożonych dywanem schodach.

— A potem ogarnęło mnie przekonanie, że pora wracać — ciągnął pan Ortiz — i wróciłem tunelem, na końcu znajdowała się sala operacyjna.

— Może pan podać więcej szczegółów? W związku z tym poczuciem.

— To było jakby ciągnięcie — oświadczył, lecz ręką wykonał gest popychania. — Trudno mi to opisać.

Joanna zerknęła do notatek.

— Może pan opowiedzieć, jak wyglądała Najświętsza Maria Panna?

— Miała biały strój i biło od niej światło — opisał, i tym razem jego gestykulacja pasowała do słów. — Jak od brylantów.

Zadała jeszcze kilka pytań, a następnie wyłączyła dyktafon i podziękowała pacjentowi za poświęcony jej czas.

— Prawdę mówiąc, niespecjalnie mnie interesują przeżycia graniczne — wyznał pan Ortiz. — Bardziej ciekawią mnie sny. Czy pani badania są w jakikolwiek sposób związane z marzeniami sennymi?

— Nie — odparła Joanna i wstała.

Pan Ortiz pokiwał głową.

— Większość naukowców ma zbyt ograniczone umysły, aby wierzyć w sny. Wiedziała pani, że dzięki analizie obrazów sennych można wyleczyć raka?

— Nie.

— Jeśli przyśni się pani rekin, to oznacza raka. Sznur oznacza śmierć. Jeżeli ma pani ochotę, może pani opowiedzieć mi jakiś swój sen, a ja go od razu przeanalizuję.

— Śpieszę się na spotkanie — wyjaśniła Joanna i uciekła.

W drodze do gabinetu zastanawiała się, czy wszyscy ludzie to wariaci. Marzenia senne. Kiedy zasiadła do pracy przy relacjach osób, które wielokrotnie zapadały w śmierć kliniczną, zaczęła się zastanawiać, czy marzenia senne mogą stanowić klucz do rozwiązania problemu. Nie chodziło jej oczywiście o interpretację snów w wykonaniu pana Ortiza, który przypisywał obrazom dowolne znaczenia: wąż oznaczał seks, książka — nieoczekiwanego gościa. Takie myślenie stanowi gloryfikację przepowiadania przyszłości.