— Posłałem stewarda, aby sprawdził, co się dzieje. Dopóki nie wróci, najlepiej będzie pozostać tutaj.
— Tak, Edith — przyłączyła się druga kobieta, kładąc dłoń w białej rękawiczce na ramieniu młodej kobiety. — Powiemy stewardowi, aby rozpalił ogień.
Wszyscy się odwrócili, aby wejść z powrotem do przejścia.
Joanna zeszła im z drogi i udała się do środkowej części pokładu. Główne schody powinny się znajdować właśnie tam albo nieco bliżej dziobu. Joanna nie miała pewności, czy powinna tam iść, gdyż spacer w tamtą stronę mógł się zakończyć powrotem do laboratorium.
Mimo wszystko uznała, że musi zaryzykować, i spojrzała przed siebie. Bliżej dziobu paliła się jeszcze jedna lampa, roztaczając wokół oślepiający blask, który uniemożliwiał dostrzeżenie czegokolwiek, co znajdowało się dalej. Przysłoniła oczy ręką i zgłębiła się w światło.
Za światłem nie znajdowały się żadne drzwi. Ściana przebiegała do okien i nie było w niej ani jednego otworu drzwiowego. I co teraz, zastanowiła się Joanna. Będę musiała dostać się do głównych schodów z pokładu łodziowego. Orkiestra grała tuż za drzwiami prowadzącymi właśnie na te schody.
Przebiegła po pokładzie do tylnych schodów. Wejście okazało się zamknięte, lecz otwarte były drzwi do schodów drugiej klasy. Pobiegła trzy piętra w górę i dotarła do pokładu łodziowego. Jej czerwona tenisówka wciąż blokowała drzwi. Postanowiła pozostawić but i udała się w stronę dziobu, naciskając klamki wszystkich drzwi po drodze. Żadne nie ustąpiły, nawet te, prowadzące do kabiny radiotelegrafisty. Dotarła do sali gimnastycznej.
Greg Menotti właśnie wychodził, ubrany w białą bluzę Nike i ciemnoniebieskie spodnie dresowe. Do nogi miał przyczepiony bidon.
— Greg — odezwała się do niego. — Nie wiesz, gdzie są główne schody?
— Główne schody? — powtórzył. — Chodzi ci o klatkę schodową? Tutaj. — Pobiegł do tylnych schodów. Joanna pośpieszyła za nim.
— Nie, nie o te mi chodzi — wysapała zadyszana. — Główne schody. Z marmurowymi schodami i cherubinem z brązu.
Greg pokręcił głową z dezaprobatą.
— Zupełnie nie masz formy, wiesz? Jak często biegasz?
— Nie widziałeś żadnych innych klatek schodowych? A może na innych pokładach? Są tu jakieś inne schody?
— Chodzi ci o inne piętra? Nie. Trzymaj się. Muszę jeszcze zrobić sześć okrążeń. — Pobiegł na rufę. Jego biała bluza co chwila pojawiała się w świetle i znikała w cieniu.
I co? Nie miała wątpliwości, że na pokładzie łodziowym znajduje się wejście na główne schody. Heidi powiedziała, że matka Kate Winslet i ten odrażający narzeczony stali u podnóża schodów w oczekiwaniu na wywołanie do łodzi, więc musiała tylko znaleźć odpowiednie drzwi. Problem w tym, że jedyne, które pozostały, prowadziły do kwater oficerskich.
Mimo to postanowiła je sprawdzić. Wszystkie były zamknięte na klucz, poza ostatnimi. Za nimi znajdował się schowek zapełniony kocami. Joannie przyszło do głowy, że mają naszywki Titanica, więc rozłożyła jeden z nich. Okazał się jednolicie szary. Odkładając go na półkę, dostrzegła schowaną wysoko lampę sygnalizacyjną, którą marynarz nadawał wiadomości z dziobu.
Nazwa musi być wypisana na dziobie, uświadomiła sobie Joanna, wybiegła na dziobówkę i zatrzymała się przy relingu. Chwyciła go mocno oburącz i wychyliła jak najdalej, usiłując dojrzeć napis na burcie, lecz było zbyt ciemno. Wbiła wzrok w horyzont, wypatrując świateł Californian, a następnie znowu opuściła wzrok. Pomyślała, że tam w dole nic nie ma. Nie tylko światła. Zupełnie nic. A jeśli okręt zatonie…
Puściła się biegiem, minęła mostek, kwatery oficerskie i łodzie ratunkowe. W duchu modliła się, aby jej but wciąż tkwił w drzwiach, aby nie zatrzasnęły się drzwi prowadzące do przejścia. Zbiegła po schodach, mijając restaurację A La Carte, i dopiero wtedy zatrzymała się, chwyciła wypolerowaną poręcz, jakby to była lina ratunkowa, i z wysiłkiem starała się pomyśleć.
— Nie możesz jeszcze wracać — oświadczyła głośno, zaciskając ręce na poręczy. — Musisz sprawdzić, czy to na pewno jest Titanic. — Pokład nie przechylił się jeszcze, a schody wciąż były suche. Zostało mnóstwo czasu. Wejście na główne schody musiało się znajdować na pokładzie z promenadą.
Wróciła do restauracji i pokonała przejście. Na jego końcu znajdowały się drzwi. Otworzyła je i wyszła na pokład z promenadą. Wszędzie panowały ciemności, lecz światło świeciło w oknach w głębi pokładu. Witraże. Światło rozbłyskiwało na drewnianej podłodze na czerwono, żółto, niebiesko i zielono. Podeszła bliżej i zajrzała do środka.
Ujrzała coś w rodzaju baru. Słabo oświetlone pomieszczenie spowijał dym, a przy ścianie ulokowano wyłożony lustrami mahoniowy bar z rzędami butelek i błyszczących kieliszków. Przy jednym ze stołów siedział wąsaty mężczyzna w wieczorowym stroju i rozkładał karty z talii. Kładł je pojedynczo na stole, koszulkami do góry, a potem podnosił, wpatrywał się w nie, brał w dłonie i znowu się im przyglądał. Po chwili je tasował, tworzył z nich talię i znowu rozkładał.
Joanna pomyślała, że mogłaby spytać nieznajomego o nazwę statku. W przeciwieństwie do Grega Menottiego wyglądał na człowieka pozbawionego złudzeń co do miejsca swojego pobytu. W jego twarzy Joanna dostrzegła jednak coś, co sprawiło, że zdjęła rękę z klamki i pozostawiła obcego przy kartach, które na przemian tasował i rozkładał.
W następnym pomieszczeniu, znacznie bardziej eleganckim od poprzedniego, nie zastała nikogo. Ściany i białe kolumny ozdobiono drobnymi ornamentami, a krzesła i kanapy obito złotym brokatem. Obok krzeseł, na niewielkich stolikach ustawiono lampy z kloszami z żółtego jedwabiu, które rozświetlały całe pomieszczenie. Na stołach leżały książki, ustawiono je także na oszklonych półkach, przymocowanych do bocznych ścian.
Biblioteka, stwierdziła w myślach Joanna, albo jakieś pomieszczenie do czytania i pisania. Na ścianie w głębi, obok okien wychodzących na pokład, znajdował się rząd biurek. Na każdym stała lampa, a także elegancko ułożone pióra i koperty, również kremowy papier listowy. Joanna pomyślała, że na papeterii powinna się znajdować nazwa statku.
Pchnęła oszklone drzwi, weszła do środka i podeszła do najbliższego biurka. Zbyt późno się przekonała, że pomieszczenie nie jest zupełnie puste. Przy biurku na końcu rzędu siedział mężczyzna i pochylał się nad listem. Widziała siwiejące włosy nieznajomego i biały rękaw jego koszuli, kiedy zanurzył pióro w kałamarzu, napisał parę słów i znowu je zanurzył.
Zawahała się, lecz mężczyzna nie podniósł głowy, kiedy przeszła przez całą szerokość pokoju. Ponownie wsunął pióro do kałamarza i przeniósł je nad papier. Joanna podeszła na palcach do najbliższego biurka. Koperty i papier listowy leżały w osobnych przegródkach. Wyciągnęła rękę do jednej z nich.
— Ma pani przepustkę do holu, pani Lander? — spytał surowo mężczyzna, a Joanna gwałtownie się odwróciła.
— Pan Briarley! — zająknęła się.
— Joanna Lander — powiedział pan Briarley, a jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. — Nie miałem pojęcia, że pani się tutaj znajduje. — Wstał i skierował się ku niej, przypadkowo trącając nogą biurko. Kałamarz się zatrząsł, a pióro stoczyło na złocisty dywan. Pan Briarley przytrzymał kałamarz, a następnie obiema rękoma chwycił dłoń Joanny. — Wspaniale! Proszę usiąść, zapraszam. — Zachęcił ją, przysuwając krzesło stojące przy sąsiednim biurku. — Nie przypuszczałem, że zastanę panią na pokładzie.