— Pamięta mnie pan? — zdumiała się Joanna.
— Pamiętam wszystkich swoich uczniów — oznajmił — chociaż miałem ich całe hufy, od szkarłatu połyskujące i złota. Uczyłem panią w drugim semestrze. O ile dobrze pamiętam, podobała się pani Pieśń o starym żeglarzu. „Sam pozostałem, sam, sam jeden na wielkim wód rozłogu!”* [Ibid.]. I nigdy pani nie spytała: „Czy to będzie na egzaminie końcowym?”
— Tylko dlatego, że wiedziałam, co pan powie — uśmiechnęła się Joanna. — Zawsze pan powtarzał: „Wszystko będzie na egzaminie końcowym”.
— I było — potwierdził pan Briarley. — Ricky Inman też o tym wiedział, a jednak nie przestał się dopytywać. Proszę mi powiedzieć, czy wciąż kołysze się na krześle i traci równowagę?
— Nie wiem — roześmiała się Joanna. — Teraz pracuje jako makler.
— A pani? — zainteresował się pan Briarley. — Zaraz, o ile pamiętam, zamierzała pani studiować psychologię.
— Zgadza się. — Joanna ucieszyła się, że pan Briarley to pamięta. Cały on, taki, jaki powinien być zawsze. Wesoły, kąśliwy i inteligentny. Tak właśnie powinna przebiegać rozmowa w jego domu. — Pracuję w Szpitalu Miłosierdzia. Zajmuję się projektem badawczym związanym z doświadczeniami z pogranicza życia i śmierci.
— Co tłumaczyłoby, dlaczego pani nazwisko nie znajdowało się na liście pasażerów. Jestem pewien, że nie dostrzegłem tam pani godności. Doświadczenia z pogranicza życia i śmierci. Relacje osób, które powróciły, aby opowiedzieć swoją historię. „Do tej pory po wyjściu duszy umierali ludzie i wszystko już się kończyło: dziś oni podnoszą z grobu czoło”* [William Szekspir, Makbet, przeł. Józef Paszkowski, Tragedie, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974.]. I czego się pani dowiedziała z tych wypraw do „krainy, z której nie powraca żaden wędrowiec”?
— Ja… — zaczęła Joanna, lecz po przeciwnej stronie biblioteki otworzyły się drzwi i wszedł przez nie steward.
Podszedł do nich energicznie.
— Zechce mi pani wybaczyć — zwrócił się do Joanny, a następnie odezwał się do pana Briarleya: — Czy mógłbym zamienić z panem słowo?
— Oczywiście — odparł zapytany. Mężczyźni podeszli do półek z książkami i steward zaczął coś pośpiesznie tłumaczyć stłumionym głosem. Joanna wychwyciła słowa: „prosili mnie, abym pana spytał” oraz „wie pan, co się stało”.
— Proszę im przekazać… — zaczął pan Briarley, a Joanna zrobiła krok do przodu, aby lepiej słyszeć. W tym samym momencie przesunęła ręką po biurku, przewracając kałamarz. Atrament rozlał się na podłogę, wsiąkając w dywan i tworząc na nim ciemną plamę. Joanna schyliła się, aby postawić butelkę, i sięgnęła do kieszeni po paczkę chusteczek.
— Tak jest, proszę pana, dziękuję ogromnie — stwierdził steward. — Wszystko im przekażę. Poczują znaczną ulgę.
Steward wyszedł, a pan Briarley wrócił do biurka, przy którym Joanna na klęczkach ścierała rozlany atrament.
— Proszę sobie darować — powstrzymał ją pan Briarley i delikatnie chwycił za ramię, aby wstała. — To nieistotne. Niech pani spocznie, za chwilę pójdziemy na herbatę — oświadczył i usiadł za biurkiem. — Muszę dokończyć pisanie. — Podniósł pióro i wrócił do pracy.
Joanna zapomniała, że przyszła do biblioteki po to, aby sprawdzić, czy na papeterii widnieje nazwa Titanica. Spojrzała, co pisze pan Briarley. Miała nadzieję, że list będzie leżał tak, aby dało się sprawdzić nagłówek, lecz okazało się, że pan Briarley pisze pocztówkę.
— Muszę wysłać wiadomość dla mojej siostrzenicy — wyjaśnił.
Na pocztówce nie umieszczono drukowanego nagłówka, tylko trzy linijki na adres. Pan Briarley zdążył napisać tylko: „Droga Kit”.
— Zna pani moją siostrzenicę? — spytał, a zanim zdążyła odpowiedzieć, dodał: — Polubiłaby ją pani. Nosi imię na cześć Kita Marlowe’a. „Więc to oblicze wysłało na morze / Tysiąc okrętów (…)?”{Christopher Marlowe, Tragiczna historia doktora Faustusa, tłum. Juliusz Kydryński, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982.} Chociaż wątpię, czy miał na myśli właśnie ten. I jeszcze: „Honor kupujemy własnymi uczynkami. / Nie zdobędziesz go, dopóki nie uczynisz czegoś godnego”{Tenże, Hero i Leander, tłum. Piotr Budkiewicz.}. Czy mu się to udało? Ciekawe. Zawsze jest mniej czasu, niż nam się wydaje. Czas w jego wypadku dobiegł nagle końca w gospodzie w Deptford.
— Wiem — stwierdziła Joanna.
Pan Briarley sprawiał wrażenie zadowolonego.
— Zapamiętała to pani z lekcji?
— Nie, oglądałam film Zakochany Szekspir — wyjaśniła. — Z Gwyneth Paltrow. — Joanna pomyślała, że to niewiarygodne, że prowadzi tę rozmowę. — Pożyczyłam ją do spółki z Vielle.
— Zasztyletowany — westchnął pan Briarley. — Szybka śmierć, choć pewnie nie tak szybka, jak sobie wyobrażał. Ani tak spokojna, chociaż miał o tym pewne pojęcie. Faust mówi: „Tak, módlcie się za mnie, módlcie się za mnie; a jakikolwiek hałas usłyszycie, nie wchodźcie tu do mnie, bo nic uratować mnie nie może”. Ale to nie zawsze prawda. Tak czy owak, mamy jeszcze trochę czasu na herbatę. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałem o pani pobycie na pokładzie. Mielibyśmy czas, aby podyskutować. „Rozmową bawmy się o butach, bułkach, błaznach…” — Wstał, zdjął płaszcz z oparcia krzesła i włożył go na siebie. — Zdążylibyśmy także rozwikłać tajemnice wszechświata. No cóż, na to nic się nie poradzi, ale przynajmniej mamy czas na herbatę.
Podniósł pocztówkę i wsunął ją do kieszeni, zbyt szybko, aby Joanna dostrzegła coś więcej poza ręcznie kolorowanym zdjęciem statku oraz jasnoniebieskim oceanem i błękitnym niebem.
— Muszę najpierw pójść w pewne miejsce, a potem udamy się do restauracji A La Carte. Nie, lepiej chodźmy do Palm Court. Jest nieco bliżej rufy. — Zerknął na zegarek. — Tak, zdecydowanie Palm Court, ale najpierw muszę zanieść przesyłkę na pocztę.
— Na pocztę? — powtórzyła Joanna, przypominając sobie urzędnika pocztowego, ciągnącego mokry worek płócienny po schodach. — Nie, panie Briarley, proszę zaczekać! — wrzasnęła, lecz nauczyciel zniknął już za drugimi drzwiami. — Nie może pan zejść do magazynu pocztowego! — krzyknęła za nim, otwierając drzwi i zbiegając po kręconych marmurowych schodach, prowadzących do postaci odlanej w brązie. — Już jest pod wodą — wydyszała i znieruchomiała, wpatrując się w posąg.
Był to cherubin, ze skrzydłami i kręconymi włosami, trzymający w ręku złotą pochodnię. Wiedziałam, że na pokładzie z promenadą znajdowało się wejście, pomyślała Joanna. Nie miała wątpliwości, że widzi główne schody. Wiedziała też, na jakim statku się znajduje.
Odwróciła się i spojrzała w górę schodów, gdzie ujrzała zegar z brązu, a obok niego dwa anioły w długich szatach i ze skrzydłami. Honor i Chwała koronujące Czas. Joanna odchyliła głowę, aby spojrzeć w oszklony dach. Szyby na suficie miały taki sam mlecznozłoty kolor, jak okna osłaniające tylne schody, lecz były znacznie większe, a pośrodku wisiał kryształowy żyrandol. Promieniował światłem niczym oszlifowany brylant.
— To na pewno Titanic — szepnęła Joanna i odwróciła się do pana Briarleya.
Nie dostrzegła go. Znikł, kiedy wpatrywała się w przeszklony sufit. Dokąd poszedł? Zbiegła na dół schodów, aby przez balustradę przyjrzeć się niżej położonym pokładom.