Выбрать главу

— Panie Briarley! — krzyknęła, lecz nie było go na schodach. Kiedy się wychyliła, usiłując dojrzeć coś w ciemnościach, z lewej strony dobiegł ją dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Popędziła w tę stronę. Biegła długim, jasno oświetlonym korytarzem, wyłożonym czerwonym dywanem, widząc zamykające się drzwi.

— Panie Briarley! — zawołała, otwierając je. Korytarz za nimi rozszerzał się i zakręcał, dochodząc do kolejnych schodów. Na niższym pokładzie znowu rozległ się dźwięk zamykanych drzwi. Joanna zbiegła po schodach. Tuż obok nich znajdowało się niewielkie pomieszczenie, z reklamą w czerwono-białe pasy. Fryzjer. Obok, na rogu, znajdowało się okienko ze złotym napisem: „Intendent”. Poczta musiała być gdzieś w pobliżu.

Między salonem fryzjerskim i biurem intendenta znajdowały się drzwi. Nie widniał na nich żaden znak, ale kiedy Joanna położyła dłoń na klamce, otworzyły się bez oporu. Wewnątrz zauważyła plątaninę przewodów w czerwono-czarnej izolacji, rozpiętych na dużej drewnianej tablicy. Usłyszała dzwonienie: jak się przekonała, dobiegało ono ze słuchawek, leżących przed tablicą.

Joanna pomyślała, że ma przed sobą łącznicę pokładową, po czym pobiegła obok biura intendenta i wypadła za róg. To przejście okazało się zupełnie ciemne i Joanna nic nie widziała, zwłaszcza że długo przebywała w jasnym świetle lamp na schodach. Ostrożnie przeszła kilka kroków.

— Przecież to jest moje przejście — zdziwiła się głośno.

— Co powiedziała? — ostro spytał Richard.

— „Przejdźcie” — wyjaśniła Tish. — Wydaje mi się, że jest przytomna.

— To niemożliwe — stwierdził Richard, a Joanna poczuła, jak ktoś zdejmuje jej maskę.

Otworzyła oczy.

— Jestem — odezwała się — ale nie powiedziałam „przejdźcie”, tylko „przejście”. Weszłam do niego omyłkowo. Nie zdawałam sobie sprawy, że to moje przejście. — Usiłowała usiąść.

— To był jego drugi koniec. Byłam…

— Proszę leżeć nieruchomo — przykazała Tish, owijając taśmę ciśnieniomierza wokół ramienia Joanny. — Jeszcze nie zbadałam pani objawów czynności życiowych.

— Nie wchodziłabym do środka, gdybym wiedziała…

— Nieruchomo — podniosła głos Tish. Joanna posłuchała i zaczekała, aż Tish skończy badanie i przystąpi do zdejmowania elektrod oraz odłączenia kroplówki.

— Myśli pan, że to z powodu zmniejszenia dawki? — spytała Tish, odlepiając plaster przytrzymujący igłę kroplówki.

— Nie wiem — odparł Richard. — Dawkę ustaliłem znacznie powyżej poziomu progowego.

— Co się stało? — zainteresowała się Joanna, obracając się tak, aby widzieć Richarda.

— Ocknęłaś się przed czasem — wyjaśniła Tish. — Tak samo jak pani Troudtheim.

— Przed czasem? — zdumiała się Joanna. — Niemożliwe. Byłam… — Spojrzała na Tish. — Byłam tam bardzo długo.

Richard pomógł jej usiąść.

— Jak długo? — spytał.

— Trudno powiedzieć. — Joanna usiłowała zebrać myśli. Poszła na pokład łodziowy, rozmawiała z Gregiem Menottim, a potem z panem Briarleyem. Ile to wszystko mogło trwać? Wreszcie zeszli po głównych schodach…

— Ach, muszę ci coś powiedzieć — wykrzyknęła. — O tym, co widziałam. To z całą pewnością… to, o czym ostatnio rozmawialiśmy.

— Jak długo? — powtórzył, jakby jej nie słyszał.

— Przynajmniej godzinę.

— Godzinę? — osłupiała Tish.

— Pamiętasz, czy wydarzenia rozgrywały się w sposób ciągły? — indagował Richard. — A nie fragmentaryczny?

— Nie. Było tak samo jak zawsze. Wszystkie zdarzenia w jednej sekwencji.

— A co z rozciągnięciem czasu?

Pokręciła głową.

— Nie zauważyłam, żeby cokolwiek odbywało się szybciej lub wolniej niż w rzeczywistości. Wszystko rozgrywało się w czasie rzeczywistym. — Z tym, że najwyraźniej było inaczej. — Jak długo pozostawałam nieprzytomna?

— Osiem sekund — odparł Richard. — Jak dużo czasu spędziłaś tam w porównaniu z poprzednimi badaniami?

— Więcej — odparła bez wahania.

— A zatem twoje doświadczenia oraz przebieg sesji pana Sage’a potwierdzają, że nie istnieje bezpośredni związek między subiektywnym odczuciem upływu czasu a czasem rzeczywistym — zadecydował Richard, a Joanna nagle przypomniała sobie Lavoisiera. Jak długo naprawdę był przytomny? Ile czasu w jego odczuciu minęło między kolejnymi mrugnięciami oczyma?

— Czy to było pełne doświadczenie graniczne, czy też urwało się w połowie?

— Jedno i drugie — stwierdziła Joanna, żałując, że nie może wyjaśnić nic więcej, bo Tish jeszcze nie skończyła odczepiania elektrod. — Usiłowałam znaleźć pana Briarleya. Szedł do magazynu pocztowego, a ja starałam się go dogonić i weszłam do przejścia…

— Na pocztę? — odezwała się Tish. — Zdawało mi się, że miała pani widzieć niebo.

— …i dopiero w środku uświadomiłam sobie, że to jest to samo przejście, ale było już za późno. Z powrotem zjawiłam się w laboratorium.

— A zatem zakończenie było inne? — podchwycił Richard.

— Tak i nie. Wróciłam przez to samo przejście, lecz nastąpiło to w sposób bardziej nagły niż zwykle. Ocknęłam się gwałtowniej niż dotąd.

Richard podszedł do pulpitu i napisał coś szybko na klawiaturze, a potem wbił wzrok w ekran.

— Tak myślałem. Twój ostatni skan jest wierną kopią zdjęcia z sesji pani Troudtheim. — Znowu coś wystukał. — Chciałbym, żebyś jak najszybciej nagrała i spisała swoją relację.

— Oczywiście — zgodziła się Joanna. — Chciałabym jeszcze porozmawiać z tobą o tym, co widziałam.

Z roztargnieniem skinął głową, wpatrując się w skany. Joanna dała za wygraną i schowała się w przebieralni, gdzie wciągnęła bluzkę i żakiet, włożyła buty i wyszła. Richard wciąż coś pisał na komputerze. Tish zwijała przewody urządzeń monitorujących. Wszystko inne już odłożyła na miejsce. Joanna pomyślała, że zaczeka, aż pielęgniarka skończy i wtedy opowie Richardowi o głównych schodach. Postawiła krzesło w kącie laboratorium, usiadła i włączyła dyktafon.

Nie miała wątpliwości, że Richard oskarży ją o konfabulację rozmowy, którą odbyła z panem Briarleyem. Mimo to rozpoczęła relacjonowanie:

— Joanna Lander, sesja szósta, drugi marca. Usłyszałam hałas i znalazłam się w przejściu — powiedziała cicho od mikrofonu. Opisała swoje próby znalezienia głównych schodów, bezowocną rozmowę z Gregiem Menottim, wyjście na pokład z promenadą. — Przeszłam po pokładzie do miejsca, na które padało światło z baru… — Zawiesiła głos i zamyśliła się nad czymś.

Powiedziała, że przebywała na Titanicu przez godzinę, i z całą pewnością odniosła takie wrażenie, lecz w przeciągu godziny od zderzenia statek przechyliłby się znacznie. Możliwe, że jednak doszło do spowolnienia upływu czasu, choć niewykluczone, że to kolejna nieścisłość, która ma jakieś znaczenie.

Joanna uznała, że musi o tym poinformować Richarda, i podniosła wzrok na pulpit. Richard właśnie skończył drukować jakiś tekst.

— Joanno — odezwał się do niej. — Chciałbym pokazać te wydruki pani doktor Jamison, żeby powiedziała, co o tym myśli. — Wyszedł, zanim zdążyła wyłączyć magnetofon.

Gdy opuszczał pomieszczenie, właśnie wstawała z krzesła, więc opadła na nie zniechęcona i powróciła do nagrywania relacji. Opisała mężczyznę rozkładającego karty, bibliotekę, człowieka przy biurku.

— A kiedy spojrzałam w jego stronę, okazało się, że to pan Briarley, mój nauczyciel angielskiego w szkole średniej. W niczym nie przypominał pana Briarleya, którego spotkałam pięć dni temu. Pamiętał moje nazwisko i klasę, do której chodziłam, poza tym wyglądał na zdrowego i szczęśliwego…