Выбрать главу

— Wszystko to z powodu doświadczeń granicznych, podczas których zobaczyła pani pocztę? — Tish nie mogła się nadziwić. — Jeśli kiedykolwiek przydarzą mi się doświadczenia graniczne, mam nadzieję, że ujrzę coś ciekawszego.

Wcale byś sobie tego nie życzyła, pomyślała Joanna i wręczyła Tish długopis.

— Jest siedemnaście po pierwszej.

Tish sprawdziła na swoim zegarku i podpisała.

— Mogę wreszcie iść?

— Jeszcze tylko jedna sprawa. — Joanna podniosła słuchawkę. — Chcę, żeby była pani świadkiem mojej rozmowy telefonicznej. — Wystukała numer Kit, po raz pierwszy mając nadzieję, że odbierze pan Briarley. Nie miała pojęcia, co powie, jeśli odezwie się Kit. „Cześć, przeprowadzamy tu taki mały eksperyment. Czy wujek Pat żyje?”

Tish znowu zaczęła tupać nogą. A jeśli nikt się nie zgłosi? Na pewno nie będzie chciała stać tu i czekać, kiedy Joanna zacznie dzwonić w rozmaite miejsca…

— Słucham? — rozległ się kobiecy głos. To nie była Kit. — Halo?

Joanna pomyślała, że pomyliła numery.

— Czy… Chciałam rozmawiać z Kit Gardiner — wyjąkała. — Mogę ją prosić do telefonu?

— Niestety, wyszła. Moje nazwisko Gray, z ośrodka opieki nad osobami w podeszłym wieku.

— Zastałam pana Briarleya?

— Nie — odparła pani Gray. — Oboje właśnie pojechali na oddział nagłych wypadków.

Rozdział 32

Ośrodek kontroli lotu: Challenger, możecie przyśpieszyć.

Challenger: Zrozumiano, przyśpieszamy, (zakłócenia atmosferyczne)

(Przerwa)

Ośrodek kontroli lotu: Kontrolerzy lotu bardzo uważnie obserwują rozwój sytuacji. Niewątpliwie doszło do poważnej awarii.

— Oddział nagłych wypadków — powtórzyła spokojnie Joanna. Pan Briarley nie żyje, a ja o tym wiedziałam, chociaż nie miałam możliwości się o tym dowiedzieć. Rzuciła słuchawkę i ruszyła w stronę drzwi.

— Dokąd pani idzie? — zdziwiła się Tish. — Zdaje się, że miałam być świadkiem pani rozmowy telefonicznej.

Joanna stanęła nieruchomo, wpatrując się w pielęgniarkę.

— Więc jak, mam podpisać jakieś oświadczenie o tym, do kogo pani dzwoniła i co mówiła? — dopytywała się Tish.

— Nie — wykrztusiła wreszcie Joanna. — To już wszystko.

— Nie ma sprawy — odparła z powątpiewaniem Tish. — Chociaż myślałam, że mam zostać i być świadkiem.

Być świadkiem. Potwierdzić fakt, że Joanna nie mogła wcześniej się dowiedzieć o śmierci pana Briarleya. On nie żył. Znowu był sobą, nie męczył się już, usiłując przypomnieć sobie swoją siostrzenicę albo słowo „herbata”. Zdrowy i szczęśliwy, z pamięcią funkcjonującą tak jak dawniej. Na tamtym świecie.

— Pani Joanno? — Tish wpatrywała się w nią z niepokojem. — Wszystko w porządku?

Joanna pomyślała, że nic nie jest w porządku. To są prawdziwi ludzie. Nie miała halucynacji.

— Nic mi nie jest. Naprawdę może pani już iść. Wiem, że się pani śpieszyła na lunch.

— Ten przystojny położnik, o którym wspominałam, jeszcze nie wykombinował, w jakich godzinach pracuje bufet — oświadczyła, grzebiąc w torebce. — Mam ze sobą całą masę dwudziestopięciocentówek do automatów. Gdzie jest moja portmonetka? Fakt, doritos i skittles nie są szczególnie romantyczne, ale skoro nigdzie w pobliżu nie ma żadnych restauracji… O, jest. Dobrze. — Wyciągnęła czerwoną portmonetkę w grochy i wsunęła ją do kieszeni. — Ktoś naprawdę powinien otworzyć jakiś lokal naprzeciwko — stwierdziła i podeszła do drzwi. — Zbiłby majątek — dodała na koniec i wreszcie wyszła.

Joanna zmusiła się do tego, aby poczekać, aż usłyszy dzwonek i szum windy, a następnie wybiegła z laboratorium i popędziła na oddział nagłych wypadków. Zbiegając po schodach, powtarzała sobie, że to niemożliwe. Media to oszuści, a pani Davenport to ciemnota. W ich słowach nie ma ani krztyny prawdy. To nie może być prawda. Ale przecież nie mogła się o tym dowiedzieć w żaden inny sposób. Nikt o tym nie rozmawiał, kiedy była nieprzytomna. Richard i Tish nawet nie znali pana Briarleya, a gdyby Kit dzwoniła i zostawiła dla niej wiadomość, Richard na pewno wspomniałby o tym, jak tylko się ocknęła.

Joanna wbiegła przez boczne drzwi na oddział nagłych wypadków i zatrzymała się, ciężko dysząc. Nigdzie nie widziała Kit ani paramedyków, ani też zespołu reanimacyjnego. Na dworze, przy drzwiach karetki, stał ochroniarz, który nagle przestał podpierać ścianę, wyprostował się i spojrzał na Joannę. Zachowuj się normalnie, przykazała sobie i spróbowała uspokoić oddech, opanować się i sprawiać wrażenie osoby, która kogoś szuka.

Usiłowała wypatrzyć asystentkę — jak ona miała na imię, Nina? — na którą Vielle zawsze wrzeszczała, albo tego niezdarnego stażystę, lecz najwyraźniej grypa zebrała swoje żniwo. Joanna nie znała ani jednej osoby z personelu, a nie mogła tak po prostu wejść do sal urazowych, zwłaszcza że ochroniarz cały czas bardzo uważnie się jej przyglądał, chociaż z całą pewnością widział identyfikator zawieszony na jej szyi i musiał wiedzieć, że Joanna należy do osób na stałe zatrudnionych przez szpital. Ponownie oparł się o ścianę.

Musiała porozmawiać z pielęgniarką dyżurną. Podeszła do recepcji.

— Szukam Patricka Briarleya — odezwała się do nieznanej pielęgniarki. — Podobno przywiozła go tutaj jego siostrzenica, Kil Gardiner.

— Briarley? — powtórzyła pielęgniarka, wstukała jego nazwisko do komputera i przez chwilę wpatrywała się w ekran. — Spóźniła się pani.

Spóźniłam się. Mogłam się domyślić. Widziałam go po Tamtej Stronie. Mogę to udokumentować, myślała Joanna.

— Właśnie wyszedł — stwierdziła pielęgniarka.

— Wyszedł? — To nie miało żadnego sensu.

Pielęgniarka sprawiała wrażenie lekko przestraszonej.

— Do chwili pani przyjścia w jego karcie nie odnotowano niczego, pani doktor… — Usiłowała odczytać nazwisko na identyfikatorze Joanny. — Chce pani jego numer telefonu? Mogę tam zadzwonić, ale wątpię, czy już dotarli na miejsce. Właśnie wyszli, nie dalej jak pięć minut temu.

— Zabrali go na górę? — Jednak nie umarł. Zespół reanimacyjny go odratował. — Przyjęto go?

— Z powodu skaleczeni a kciuka? — zdumiała się pielęgniarka.

Skaleczenie kciuka? A więc to nie udar ani atak serca. Skaleczenie kciuka. Żyje. Przestraszyła się jak przesądne dziecko, bojące się własnego cienia.

— A więc się skaleczył — stwierdziła Joanna. — Głęboko?

— Musi pani porozmawiać z dyżurnym rezydentem stacjonarnym — wyjaśniła pielęgniarka, podejrzliwie wpatrując się w identyfikator Joanny. — Doktor Carroll. On przyjął pana Briarleya.

Joanna się odwróciła i weszła w głąb oddziału nagłych wypadków, żałując, że panem Briarleyem zajął się rezydent, a nie stażysta, który na pewno chętnie opowiedziałby wszystko o pacjencie i jego leczeniu. Vielle zawsze upominała ich, aby przestrzegali tajemnicy lekarskiej. „Przynajmniej będą to wiedzieli, zanim zostaną rezydentami”, oznajmiła Joannie. „Nawet gdyby niczego więcej się nie nauczyli”.

Będzie musiała spytać jedną z asystentek. Nina jednak była w pracy, stała przy sterylizatorze. Joanna podeszła do niej.

— Pani Nino, muszę…