Выбрать главу

Nina podskoczyła i upuściła kleszcze.

— Ojej, pani doktor, co pani tu robi? — wykrzyknęła i rozejrzała się nerwowo dookoła. — Pani Howard nie ma dzisiaj na oddziale, jeśli właśnie jej pani szuka.

— Wiem. Chciałam porozmawiać z panią. Kto asystował doktorowi Carrollowi przy przyjmowaniu pacjenta ze skaleczonym kciukiem? Nazywał się Briarley.

— Pan Briarley? — powtórzyła z ulgą Nina. Zamiast odpowiedzieć, pociągnęła Joannę za sobą do centrali komunikacyjnej. Pomieszczenie wciąż nie było gotowe, z pulpitów radiowych sterczały druty i wszędzie stały nierozpakowane pudła. Nina zamknęła za sobą drzwi. — Teraz możemy spokojnie porozmawiać.

Przy sterylizatorze wcale nie było niespokojnie, ale możliwe, że Vielle nauczyła Ninę przestrzegania tajemnicy lekarskiej.

— Kto asystował doktorowi Carrollowi przy bandażowaniu skaleczonego kciuka pana Briarleya? — powtórzyła Joanna.

— Nikt — odparła asystentka. — Skaleczenie okazało się zbyt płytkie, aby zakładać szwy. Doktor Carroll tylko przylepił plaster z opatrunkiem, a potem owinął bandażem, bo siostrzenica pana Briarleya powiedziała, że jej wujek zapomni, po co jest plaster, i go oderwie.

Pan Briarley skaleczył się w kciuk. Znajdował się na oddziale nagłych wypadków, kiedy ona widziała go na Titanicu, a przekonanie o jego śmierci wzięło się z płata skroniowego, a nie z Tamtej Strony. A skoro poczucie, a wręcz przekonanie, że pan Briarley nie żyje, okazało się fałszywe, co można powiedzieć o przekonaniu, że Titanic stanowi klucz do poznania znaczenia doświadczeń granicznych?

— …zabawny staruszek — ciągnęła Nina. — Wciąż powtarzał: „Kto by pomyślał, że starszy człowiek może pomieścić w sobie tyle krwi?” I wspominał coś o oceanie.

— „Mógłżeby cały ocean te krwawe ślady spłukać z mojej ręki?”* [William Szekspir, Makbet, op. cit.] — podsunęła Joanna.

— Zgadza się, właśnie tak. To jakiś cytat?

— Z Makbeta — wyjaśniła Joanna. Pamiętała, jak pan Briarley odgrywał na lekcjach sceny z dramatu, wymachując linijką jak mieczem. — „Obecna zgroza nie tyle jest straszna, Ile okropne twory wyobraźni”* [Ibid.].

Okropne twory wyobraźni. Ten cytat niezwykle dobrze pasował do całej sytuacji. Właśnie one ją nawiedzały. „Lady Makbet doskwiera brak wyobraźni”, opowiadał na lekcji. „A Makbet ma jej zbyt wiele, słyszy głosy i widzi duchy”.

— Czy w poczekalni jest telefon? — spytała Ninę.

— Jasne, ale mogę pani przynieść inny aparat.

Wyszła. Joanna usłyszała kobiecy głos, melancholijnie twierdzący:

— Nic nie rozumiesz, Brytyjczycy potrafią współ… — Zdanie urwało się w chwili, gdy Nina zamknęła za sobą drzwi.

Asystentka momentalnie powróciła z bezprzewodowym telefonem w dłoni.

— Telefony będą się znajdowały w tym pokoju, kiedy wreszcie zmontują centralę — oświadczyła, wręczając słuchawkę Joannie.

— Dziękuję — stwierdziła Joanna i wystukała numer, nie czekając, aż Nina wyjdzie. Linia była zajęta. Joanna rozłączyła i następnie wcisnęła przycisk ponownego wybierania.

— Muszę ich ostrzec — rozległ się kobiecy głos, jeszcze głośniej niż poprzednio. — Jeden jeśli lądem, dwa jeśli morzem! — oznajmiła złowróżbnie.

— Oho! — Nina zajrzała za drzwi. — Zdaje się, że przywieźli kolejnego czubka. Mam nadzieję, że to tylko schizofrenia, a nie amator rogue. Po tym, co się wydarzyło… — Przerwała zdenerwowana. — Chodzi o to, że oni tak bardzo odlatują, że nawet nie wiedzą, co robią. Patrzą na ciebie i nic nie widzą. Zupełnie, jakby przebywali w innym miejscu.

Joanna nie słuchała. W słuchawce rozległ się sygnał dzwonka.

— Nina! — krzyknął jakiś mężczyzna. — John! Potrzebuję pomocy. Natychmiast!

— Muszę iść. — Nina wyjrzała za drzwi. Trzy dzwonki. Cztery.

— Nic mi nie jest! — zaskrzeczała kobieta. — Nic nie rozumiecie! Ujrzałam znak! To się działo naprawdę!

— Nina! Chodź tu w tej chwili! Uwaga!

— Jak pani skończy, proszę zostawić telefon w recepcji. — Nina wybiegła, zatrzaskując za sobą drzwi. Sześć dzwonków. Siedem.

— Słucham — odezwał się pan Briarley.

Joanna poczuła przypływ ulgi.

— Pan Briarley?

— Przy telefonie. Kto mówi?

— Ja… Joanna Lander — wyjąkała. — Chciałam…

— Ach tak, pani Lander. Życzy sobie pani rozmawiać z Kit?

— Tak.

— Zaraz ją zawołam. Kit! — Joanna usłyszała krzyk pana Briarleya. — Dzwoni Joanna Lander!

W słuchawce rozległ się głos Kit.

— Cześć, Joanna. Wiesz, przepraszam, ale naprawdę nie miałam czasu, żeby poszukać tej książki albo sprawdzić rzeczy, o które mnie prosiłaś. Wujek Pat skaleczył się w kciuk i…

— Wiem — przerwała Joanna. — Wszystko z nim w porządku?

— Czuje się dobrze, chociaż strasznie się przeraziłam na widok takiej ilości krwi. Nie przypuszczałam, że skaleczony kciuk może tak krwawić.

— „Ręce ich i twarze nosiły ślady krwi”. — Z oddali dobiegł głos pana Briarleya.

— Na szczęście była u nas pani Gray — opowiadała Kit. — Zabandażowała palec i mogłam zawieźć wujka na oddział nagłych wypadków.

— Jak to się stało?

— Stłukła się szklanka z sokiem, a wujek chciał pozbierać kawałki szkła — wyjaśniła Kit, a Joanna zastanowiła się, czy to cała prawda, czy też pan Briarley ponownie zdemolował kuchnię.

— Ale teraz wszystko z nim w porządku?

— Jak najbardziej — zapewniła ją Kit. — Obawiałam się, że oddział nagłych wypadków go zdenerwuje, ale to jeden z jego lepszych dni. — Roześmiała się. — Wciąż cytował Makbeta. „Toż ich sztylety, Któreśmy na ich posłaniu znaleźli” — wyrecytował pan Briarley.

Nic mu nie było. Co więcej, czuł się wyśmienicie.

— Kto dzwoni? — spytał pan Briarley. — Kevin?

— Lepiej będę już kończyć — powiedziała Kit.

— Jeśli to Kevin, przekaż mu, że zadanie domowe to Rozbicie się okrętu Hesperus, strony sto sześćdziesiąt dziewięć do sto osiemdziesiąt. Powiedz mu, że to będzie na egzaminie końcowym.

— Cieszę się, że nic mu nie jest — oświadczyła Joanna.

— „Och, ojcze! Widzę połyskujące światło” — ciągnął pan Briarley. — „Powiedz, czymże ono być może?”* [Henry Wadsworth Longfellow, op. cit.]

Joanna pomyślała, że tyle tytułem wyśmienitego samopoczucia.

— Zadzwonię, jak tylko znajdę książkę — obiecała Kit i odłożyła słuchawkę.

Żył. Uzyskała potwierdzenie z zewnątrz. Więc dlaczego nie mogła pozbyć się tego natrętnego uczucia? Nie ustępowało, chociaż kamień spadł jej z serca, kiedy usłyszała głos pana Briarleya. Niepokoiła się, chociaż wiedziała, że ludzie nie umierają z powodu skaleczenia w kciuk. Może to jakaś wiadomość, niepokój dotyczący przyszłych zdarzeń?

Na zewnątrz rozległ się pisk i grzechot.

— Pani Rosen! — krzyknęła zdesperowana Nina. — Brytyjczycy nie nadchodzą?

— Ależ nadchodzą! — upierała się kobieta i znowu krzyknęła złowróżbnie: — Widziałam światło!

Tak, tak, to przekonanie to wiadomość, pomyślała Joanna, wiadomość, że zaczynasz się zachowywać tak samo, jak ta wariatka za drzwiami. Richard się nie mylił. Zmieniasz się w Bridey Murphy.

To nie był żaden niepokój dotyczący przyszłych zdarzeń, ani tym bardziej jasnowidzenie, ani wreszcie dowód na to, że pan Briarley nie żyje. To tylko wrażenie, wywołane przez stymulację płata skroniowego. A co z przekonaniem, że Titanic stanowi klucz do wyjaśnienia podłoża doświadczeń granicznych? Czy ostatnia wizja to nie dowód na to, że statek pojawił się w jej myślach wyłącznie na skutek działania odpowiednich związków chemicznych?