Выбрать главу

Rozdział 33

„Wszystko poszło źle, moja panno”.

Ostatnie słowa pisarza Arnolda Bennetta

Richard wyszedł. Joanna zerknęła do lustra na drzwiach przebieralni i uznała, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Tish nie zamknęła pomieszczenia po swoim seansie kosmetycznym, dzięki czemu Joanna mogła się przekonać, że jest rozczochrana, zdenerwowana i wygląda, jakby właśnie uciekła przed zagładą Pompejów.

Doszła do wniosku, że gdyby Richard ujrzał ją w takim stanie, z całą pewnością nie zgodziłby się na natychmiastową sesję. A przecież musiał to zrobić. Joanna chciała od razu spytać pana Briarleya, jaki jest związek między jego lekcjami i Titanikiem.

Oświadczenie oraz zaklejona taśma wciąż leżały na biurku Richarda, tam, gdzie je zostawiła. Podniosła dokument i kasetę. Mogła zniszczyć papier i odpakować nagranie, a Richard nigdy o niczym by się nie dowiedział. Gdyby Tish coś zdradziła, Joanna mogłaby stwierdzić, że chciała tylko udokumentować fakt zarejestrowania swojej relacji bezpośrednio po sesji.

Nie ulegało jednak wątpliwości, że jest w równie fatalnej sytuacji jak Vielle. Nawet w gorszej, bo uczestniczy w naukowym eksperymencie, a Richard nie może sformułować żadnej teorii bez wszystkich danych. Musi mu powiedzieć, ale nie ma powodu, aby podczas rozmowy wyglądała jak wariatka. Uczesała się i nałożyła na usta nieco szminki, żeby ukryć koszmarnie sine usta. Gdy skończyła, zamyśliła się nad tym, jak wyjaśnić wszystko Richardowi. Nie mogła się skoncentrować, gdyż przed oczyma wciąż pojawiał się jej obraz Vielle i jakiegoś ćpuna wymachującego pistoletem. Gdyby machnął odrobinę bardziej w prawo albo kula odbiła się rykoszetem pod nieco innym kątem…

Wszedł Richard i skierował się prosto do pulpitu.

— Wydaje mi się, że wreszcie mamy coś konkretnego. Wasze odczyty nie są identyczne, lecz zauważyłem u ciebie co najmniej jeden taki sam neuromediator, jak u pani Troudtheim. Muszę tylko sprawdzić kortyzol, ale sądzę, że też jest taki sam. Spisałaś już swoją relację? Jeśli tak, to musisz dać mi wydruk. O wpół do trzeciej spotkam się z doktor Jamison i… — Urwał. — Chryste Panie, co się stało? Nic ci nie jest?

— Nie. Vielle została postrzelona.

— Postrzelona? — osłupiał. — Boże Święty, jak się czuje?

— W porządku. Kula zraniła tylko mięsień.

— Boże. Kiedy to się stało?

— Trzy dni temu — powiedziała Joanna i wybuchnęła płaczem.

Richard natychmiast do niej podszedł i otoczył ją ramionami.

— Dlaczego płaczesz?

— Nie powiedziała mi, bo wiedziała, jak zareaguję — wyłkała.

— To nie twoja wina. Ona musi się przenieść na inny oddział. Tam się robi potwornie niebezpiecznie.

— Wiem, ale Vielle nie chce tego zrobić — chlipnęła Joanna, wycierając oczy ręką. — Mówi, że mają za mało personelu.

Sięgnął do kieszeni fartucha i wyciągnął paczkę chusteczek.

— Przepraszam, że się na tobie wypłakuję — roześmiała się Joanna.

— Do usług — odparł. — Lepiej ci trochę?

Skinęła głową i wydmuchała nos.

— Nie mogę przestać myśleć o tym, co by się stało, gdyby…

— Wiem. Posłuchaj, zadzwonię do doktor Jamison, żeby odwołać spotkanie, a potem wybierzemy się coś przekąsić.

Propozycja zabrzmiała niezwykle atrakcyjnie, lecz gdyby z nim poszła, mogłaby niechcący wypaplać, co się stało z panem Briarleyem, tak samo jak mimowolnie powiedziała prawdę o Vielle. Co gorsza, istniało niebezpieczeństwo, że zdradzi swoją opinię o tym, iż pan Briarley mógłby wyjaśnić jej, dlaczego widzi Titanica. W rezultacie Richard zapewne doszedłby do wniosku, że Joanna jest zbyt rozkojarzona lub roztrzęsiona, aby ponownie poddać się eksperymentowi.

Musiała znowu znaleźć się na statku, aby porozmawiać z panem Briarleyem i spytać go: „Co pan powiedział wtedy na lekcji? Co Titanic ma wspólnego z doświadczeniami granicznymi?”

— Nie, naprawdę czuję się już lepiej — oświadczyła. — Nie chcę cię odrywać od pracy, zwłaszcza kiedy jesteś na tropie odkrycia. Poza tym muszę spisać swoją relację. — Podniosła zaklejoną kasetę i ukryła ją pośpiesznie w kieszeni swetra. — Mówisz, że potrzebujesz wydruk na wpół do trzeciej?

— Tak naprawdę zależy mi tylko na zakończeniu. Mówiłaś, że wracałaś przez to samo przejście, lecz położone w innym miejscu, tak?

— Nie. — Opowiedziała Richardowi o pogoni za panem Briarleyem, o tym, jak otworzyła drzwi do przejścia i uzmysłowiła sobie, że jest w tym samym miejscu, w którym zawsze zaczyna i kończy pobyt na statku. — Przejście niezmiennie znajduje się w tym samym punkcie. Wszystko na statku jest zawsze w tych samych miejscach. To prawdziwy świat. — Dostrzegła jego spojrzenie. — A raczej czuję się tam, jakbym przebywała w prawdziwym świecie.

— Wspomniałaś, że powrót przebiegł gwałtownie?

— Zgadza się, zupełnie jakby ktoś zatrzasnął książkę… Właśnie coś mi przyszło do głowy. Pani Woollam mówiła, że jeden z jej powrotów wyglądał właśnie tak. Wydaje mi się, że właśnie wtedy udało się jej ocknąć samodzielnie.

— Przynieś mi jej relację. Na pewno dobrze się czujesz?

— Najzupełniej. Dzięki za chusteczkę. I za ramię.

— Jak mówiłem, do usług — rozpromienił się Richard i podszedł do pulpitu.

Stała nieruchomo przez minutę, wpatrując się w jego blond włosy i głowę pochyloną nad klawiaturą. Poczuła chęć, by mu wszystko opowiedzieć, lecz spytała tylko:

— Kiedy chcesz przeprowadzić ze mną kolejną sesję?

— Jutro, o ile to możliwe. Chciałbym jeszcze raz spróbować podać ci zmniejszoną dawkę i przekonać się, czy jest to czynnik odpowiedzialny za zmianę przebiegu eksperymentu. Poza tym ciekawi mnie, czy skany okażą się podobne.

— Zadzwonię do Tish. — Joanna udała się do gabinetu, rozpakowała kasetę i przystąpiła do spisywania relacji.

Słuchając nagrania, odnosiła wrażenie, że przeżywa wszystko ponownie: wychylała się za reling na dziobie, wpatrywała w burtę statku, wbijała wzrok w ciemności, zauważała pana Briarleya w bibliotece. „Zna pani moją siostrzenicę?”, napisała Joanna i pomyślała, że pan Briarley tego nie pamiętał. Przyjrzała się spisanej przez siebie rozmowie. Powitał ją tak, jakby nie widzieli się od licealnych czasów. Ani słowem nie wspomniał, że się spotkali kilka dni wcześniej.

Uznała, że to dlatego, iż niczego nie pamiętał z ich spotkania. Widziała się nie ze zdrowym panem Briarleyem, którego nie spotykała przez lata, lecz ze swoim starym nauczycielem z drugiego semestru, z tą częścią pana Briarleya, która umarła. „Śmierć na raty”, powiedziałaby Vielle. Pod wpływem acetylocholiny jej mózg nadał tej wizji konkretną formę. Nic dziwnego, że nabrała przekonania o jego śmierci. Część pana Briarleya nie żyła, i być może właśnie dlatego Joanna ujrzała go na Titanicu. W takiej sytuacji nie powinna liczyć na uzyskanie od dawnego nauczyciela informacji o źródłach swoich doświadczeń granicznych.

Pomyślała, że on coś musi wiedzieć, i powróciła do dalszej pracy, poszukując wskazówek w swojej relacji: „jakikolwiek hałas usłyszycie, nie wchodźcie tu do mnie, bo nic uratować mnie nie może”* [Christopher Marlowe, Tragiczna historia…, op. cit.], wystukała. Zaraz potem dopisała: „Ale najpierw muszę zanieść przesyłkę na pocztę”.

Zapatrzyła się w ekran, opierając głowę na dłoniach. Z tych słów wywnioskowała, że chodzi mu o pomieszczenie, gdzie przewożono listy. Właśnie dlatego za nim pobiegła — wiedziała, że magazyn pocztowy jest pod wodą. Teraz była niemal całkowicie pewna, że pan Briarley użył słowa „poczta”. Doszła do wniosku, że to niemożliwe, aby pasażerowie mieli prawo wstępu aż na pokład G. Bardziej prawdopodobne było to, że musieli przekazywać swoje listy stewardowi lub wrzucać je do ogólnodostępnej skrzynki pocztowej. Ale pan Briarley powiedział „na pocztę” i znikł w jednym z przejść na pokładzie C. Inne pomieszczenia, które widziała Joanna — restauracja A La Carte oraz hol i sala gimnastyczna — istniały naprawdę.