Zrezygnować. Joannie przypomniał się radiotelegrafista z Titanica, zgarbiony nad kluczem i nadający bez wytchnienia.
— Od prawie tygodnia nie powiedział ani słowa.
— Mogę go zobaczyć? — spytała Joanna. — Jest przy nim jego żona?
Guadalupe zaprzeczyła ruchem głowy.
— Pojechała na lotnisko. Przyjeżdża brat Carla. Oczywiście, proszę bardzo.
Na stojaku wisiały trzy dodatkowe torby, a obok łóżka ustawiono dwa urządzenia kontrolne. Automat kontrolujący kroplówkę zaczął piszczeć, a nie znana Joannie pielęgniarka rzuciła się sprawdzić rurki.
— Może pani z nim rozmawiać — wyjaśniła Joannie.
I co powiedzieć? „Moją najlepszą przyjaciółkę postrzelił szaleniec nafaszerowany rogue?” „Umiera dziewczynka, którą znam?” „Titanic idzie na dno?”
Do pokoju weszła pani Aspinall w towarzystwie wysokiego łysiejącego mężczyzny.
— O, dzień dobry, pani doktor — przywitała się i podeszła do łóżka. Chwyciła Carla za jego posiniaczoną i pokłutą rękę. — Carl? Martin do ciebie przyjechał.
— Cześć, Carl — powiedział Martin. — Przybyłem najszybciej, jak mogłem. — Joanna niemal spodziewała się, że Carl poruszy się i pomimo maski tlenowej i rurki mruknie: „Za daleko dla niej”. Chory nie poruszył się jednak. Leżał nieruchomo, siwy i cichy, a Joannę ogarnęło nagle zmęczenie, tak silne, że mogła tylko pojechać do domu i położyć się do łóżka.
Po drodze do mieszkania uświadomiła sobie, jak fatalnie byłoby złapać grypę w takim momencie. Pomyślała, że gdyby zachorowała, Richard na pewno nie pozwoliłby jej wziąć udziału w kolejnej sesji. Na szczęście rankiem poczuła się znacznie lepiej, a gdy dotarła do pracy, na automatycznej sekretarce zastała wiadomość od Betty Peterson. „Właśnie uzmysłowiłam sobie, że nie podałam ci tytułu tej książki: Lustra i labirynty.
Lustra i labirynty. Joanna momentalnie ujrzała w myślach tytuł podręcznika, wydrukowany złotymi literami na niebieskiej okładce. Zdumiało ją, że nie dostrzegła innych szczegółów. Przymknęła oczy, aby wyobrazić sobie statek, narysowany pod tytułem, a potem królową Elżbietę z wąsami i w okularach, lecz ani jedno, ani drugie nie pasowało do jej wspomnień. Pomyślała, że pewnie się okaże, iż na okładce widniał rysunek zamku w Windsorze, ale przynajmniej znała tytuł.
— Mówiłam ci, że zaczyna się na L — kontynuowała Betty. — No i proszę, był na marginesie, tuż obok zdjęcia Nadine. Poczekaj, przeczytam ci. Mam to tutaj. — Po krótkiej przerwie mówiła dalej: — „Betty, tylko pomyśl, koniec z nudnymi historiami pana Briarleya o Titanicu, koniec z Lustrami i labiryntami. Twoja koleżanka z drugiego semestru, Nadine”. Ale i tak musisz do mnie zadzwonić. Rozmawiałam z moją młodszą siostrą, która powiedziała mi coś na temat pana Briarleya. Aha, jeszcze zadzwoniłam do Blake’a Dirksona. Był w klasie wyżej. On też nie pamiętał tytułu książki, ale powiedział, że na okładce narysowano gęsie pióro do pisania i kałamarz. W liceum palił mnóstwo trawy, więc nie ręczę. Zresztą zadzwoń do mnie. Na razie!
Gęsie pióro i kałamarz? Takie zestawienie wydało się Joannie dziwnie znajome. Pomyślała, że i ona, i jej znajomi konfabulują. Zadzwoniła do Betty, ale telefon znowu okazał się zajęty. Joannie przyszło do głowy, że to nic dziwnego, zważywszy na to, jak długie wiadomości zostawia Betty. W takiej sytuacji wykręciła numer Kit.
— Lustra i labirynty — powtórzyła Kit. — Świetnie. To znacznie ułatwi sprawę.
— Mówi, że chyba pamięta na okładce rysunek królowej Elżbiety w sukni z krezą albo gęsie pióro i kałamarz. I tak wydaje mi się, że to był jednak statek, ale nie zamierzam się upierać.
— Zaraz się biorę do poszukiwań — stwierdziła Kit. — Jak dotąd niczego nie znalazłam na temat poczty, ale jeszcze nie dałam za wygraną.
A jeśli nie zlokalizuje poczty, to jak Joanna znajdzie pana Briarleya? Wspomniał coś o Palm Court. Musi spytać Kit, gdzie szukać tego lokalu i na którym pokładzie, chociaż najprościej byłoby chyba podążyć za stewardem, kiedy brodaty mężczyzna wydał mu polecenie znalezienia pana Briarleya.
Drzwi do gabinetu Joanny się uchyliły i pojawiła się w nich głowaRicharda.
— Tak się tylko zastanawiałem, czy skończyłaś już spisywać swoją relację — oświadczył. — Chciałem też zapytać cię, czy czujesz się lepiej.
— Tak — odparła, wręczając mu wydruk swojej relacji i opowieści pani Woollam. — Tish może przyjść jutro o drugiej. Co tam słychać u pani Troudtheim?
— Wyodrębniliśmy trzy neuromediatory, obecne zarówno w swoich skanach z chwili dochodzenia do świadomości, jak i we wszystkich zdjęciach pani Troudtheim: hormon uwalniający hormon luteinizujący, theta-asparcynę oraz kwas deltaaminomasłowy. HUHL był także obecny w skanie wzorcowym, więc pewnie nie on jest winowajcą, lecz nie można wykluczyć kwasu deltaaminomasłowego. Jest inhibitorem endorfiny, a doktor Jamison uważa, że pojawienie się beta-endorfin nie stanowi wyłącznie skutku ubocznego, lecz jest czynnikiem istotnym dla podtrzymania doświadczeń granicznych, i właśnie kwas deltaaminomasłowy może je hamować. — Richard pomachał wydrukami. — Dzięki. Widzimy się jutro o drugiej.
Zadzwonił telefon.
— Porozmawiamy później — oświadczył Richard, a Joanna podniosła słuchawkę, myśląc poniewczasie, że to pewnie pan Mandrake.
— Nie wierzę własnym uszom — wykrzyknęła Betty Peterson. — To ty! Od kilku dni usiłuję się z tobą skontaktować. Dowiedziałaś się już wszystkiego, co chciałaś?
— Dowiedzieć?
— Z Luster i labiryntów.
— Ach, nie. Jeszcze nie — powiedziała Joanna.
— Ale miałyśmy szczęście, że tak od razu znalazłam ten tytuł w naszej książce rocznikowej. To chyba dobrze, że Nadine nie cierpiała pana Briarleya, co?
— Wspomniałaś, że masz mi coś do powiedzenia na jego temat. Coś, czego się dowiedziałaś od swojej młodszej siostry.
— A tak. Zadzwoniłam do niej zaraz po rozmowie z tobą, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie pamięta tytułu książki. Uczyła się trzy klasy niżej niż my, ale przyszło mi do głowy, że może korzystała z tego samego podręcznika. Rozumiesz, nasze książki do historii były nieaktualne. Napisano w nich, że prezydentem jest John F. Kennedy.
Pogawędka zaczęła przypominać rozmowy z niektórymi osobami po doświadczeniach granicznych.
— I co, znała ten tytuł? — spytała Joanna, żeby wrócić do tematu.
— Nie, ale opowiedziała mi pewną okropną historię. Powinnaś ją poznać, skoro, jak twierdzisz, wybierasz się na spotkanie z panem Briarleyem. Widziałaś jego siostrzenicę? Ma na imię Kathy czy Katie, czy jakoś tak.
— Kit — podsunęła Joanna.
— No właśnie, Kit. Więc tak, miała wziąć ślub, zorganizowano ogromne wesele, a pan Briarley miał ją poprowadzić do ołtarza i pana młodego. Moja młodsza siostra opowiadała, że pan Briarley wciąż mówił o tym na lekcjach, nawet więcej niż o Titanicu. Zdaje się, że nikogo nie lubił tak bardzo, jak tej swojej siostrzenicy. Jej narzeczony — siostra wspomniała, jak miał na imię, ale nie pamiętam…
— Kevin — odezwała się Joanna, myśląc, że się nie myliła. Nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za człowieka cierpiącego na chorobę Alzheimera. Zostawił Kit przed ołtarzem.
— O tak, Kevin. Zresztą nieważne, rankiem w dniu ślubu poszedł po jakiś film, a jeden szczeniak chciał przeskoczyć na czerwonym świetle i go rozjechał.