Opowieść Betty była tak odmienna od tego, co się spodziewała usłyszeć Joanna, że przez dłuższą chwilę zupełnie nie pojmowała jej treści.
— Zginął na miejscu — ciągnęła Betty. — Coś okropnego. Zdaje się, że pan Briarley musiał jej o tym powiedzieć. Siostra uważa, że właśnie to wywołało Alzheimera, a pan Briarley chce tylko zapomnieć o wszystkim.
Joanna chciała wykrzyknąć, że to bzdura, bo nie takie są przyczyny choroby Alzheimera, ale nie mogła tego uczynić. Zbyt późno zrozumiała całą sytuację. Przypomniała sobie słowa, które wcześniej nie miały dla niej sensu, które błędnie interpretowała. Powróciły do niej, tłukąc się w jej umyśle niczym piłka lekarska w sali gimnastycznej.
Kit spytała ją, czy ludzie uczestniczący w wypadkach samochodowych mają doświadczenia graniczne i czy są one przyjemne. „Nie są przerażające, prawda?”, dopytywała się. A także: „Czytałam Światło na końcu tunelu. Skłoniła mnie do tego moja ciotka, kiedy…”, i „Wujek Pat był dla mnie bardzo dobry”, czy „niekiedy ponownie doświadcza wydarzeń z przeszłości”.
Powinna była to dostrzec. Chudość Kit, jej podkrążone oczy, zdjęcie z uśmiechniętym blondynem, słowa pana Briarleya: „Kevin już dawno powinien tu być”, cytat: „Tam właśnie weszła panna młoda”.
Chryste Panie, przeraziła się Joanna, zmusiłam ją do obejrzenia Uciekającej panny młodej.
— Moja siostra znała jedną dziewczynę, która miała uczestniczyć w ślubie. Podobno to była prawdziwa tragedia — opowiadała Betty. — Zdaje się, że Kit ubrała się już w suknię ślubną i w ogóle.
Z trenem?, zastanowiła się Joanna i zrobiło się jej niedobrze. Przypomniała sobie, jak pytały Kit, która suknia ślubna najbardziej jej się podoba. Vielle oświadczyła wtedy, że chciałaby mieć wystawny ślub, ze wszystkimi szczegółami.
— Powiedziałaś, że się wybierasz do pana Briarleya, więc pomyślałam, że powinnaś o tym wiedzieć, żeby uniknąć jakiejś niezręczności.
Niezręczności. Siedziała w kuchni i swobodnie dyskutowała o doświadczeniach granicznych, radośnie oznajmiając Kit, że niebo to halucynacja umierającego mózgu.
Muszę zadzwonić do Kit i powiedzieć jej, jak ogromnie mi przykro, uznała. Bezceremonialnie rozłączyła się z trajkoczącą Betty. Wystukała numer telefonu Kit, odłożyła słuchawkę i wstała, aby do niej pojechać.
Myślała, że ją uratuje. Chciała zachować się jak W.S. Gilbert i ocalić ją przed utonięciem, dlatego zaprosiła ją do Vielle, aby porozmawiać o ślubach i obejrzeć film o aż pięciu weselach. Przypomniała sobie, z jaką uwagą Kit wpatrywała się w ekran, jakby się bała, że to jakiś test. Tym testem był sam film. Nie, nie testem. Próbą. Próbą ognia.
Joanna wiedziała, że nie mogłaby postąpić gorzej, niż postąpiła. Wysiadła z samochodu i podeszła do drzwi domu. I co ja jej teraz powiem? Przepraszam, że cię torturowałam? Byłam zbyt głupia, aby dodać dwa do dwóch?
Nie musiała nic mówić.
— Jak się dowiedziałaś? — spytała Kit. Wyglądała tak, jakby ją aresztowano za popełnienie zbrodni. Otworzyła i zadrżała. Miała na sobie krótką koszulkę i obcisłe spodnie. Stała na bosaka, a Joannie wydała się jeszcze szczuplejsza i bardziej spięta niż zwykle. Może tylko dlatego, że znała jej historię?
— Dlaczego nie powiedziałaś nam tamtej nocy? Sama rozumiesz, Uciekająca panna młoda!
— Zasada numer jeden wieczoru smakołyków — przypomniała Kit. — Żadnych rozmów o pracy. To dobra zasada. Czułam okropnie, jak wszyscy chodzili przy mnie na palcach. Wciąż chodzą przy mnie na palcach. — Uśmiechnęła się bez przekonania. — W lecie moja kuzynka wzięła ślub i nikt mnie nie powiadomił. Dowiedziałam się przypadkiem. Przypuszczam, że ty także.
— Betty Peterson mi powiedziała — potwierdziła Joanna. — Dzięki niej znam tytuł książki. Dowiedziała się od młodszej siostry.
— Sama powinnam była wszystko ci wyjaśnić. Tylko że tak dobrze się czułam w towarzystwie kogoś, kto traktuje mnie jak człowieka, a nie…
Ofiarę tragedii, dokończyła w myślach Joanna i uzmysłowiła sobie, dlaczego Kit tak bardzo przypomina jej Maisie.
— Nie masz pojęcia, co ludzie wyprawiają, żeby kogoś pocieszyć. Mówią: „Jeszcze się zakochasz” albo: „Przynajmniej nie cierpiał”. Zawsze chciałam ich wtedy spytać: „Skąd to wiesz? Skąd wiesz, że nie cierpiał?”
Joannie zrobiło się słabo. Powiedziałam jej, że widziałam Titanica. Pozwoliłam jej myśleć, że Kevin niekoniecznie zmarł od razu, lecz doświadczył czegoś okropnego, czegoś przerażającego.
— Ciotka Julia powtarza: „Bóg nigdy nie zsyła na nas więcej, niż możemy znieść” — ciągnęła Kit. — I mówi jeszcze, że powinnam być wdzięczna, że to się stało szybko. To fakt. Tak szybko, że nie zdążyłam nawet tam dotrzeć, aby się pożegnać.
I teraz żegnasz się z panem Briarleyem, dopowiedziała w myślach Joanna. Nie kończące się, bolesne pożegnanie.
— Jedyną osobą, która nie wygłaszała podobnych przemyśleń, był wujek Pat. Zachował się cudownie. Nie próbował mi wmawiać, że wszystko będzie dobrze albo że Kevin jest teraz w lepszym miejscu i że dam sobie radę. Darował sobie te wszystkie kłamstwa. Wziął mnie do siebie, opowiadał mi o Coleridge’u, Kevinie i Szekspirze, robił mi herbatę, pomógł w ukończeniu studiów. Ocalił mi życie. — Kit wbiła przygaszone spojrzenie w drzwi do biblioteki. — A kiedy się rozchorował… Mojej matce wydaje się, że postępuję wbrew rozsądkowi, że wierzę, iż mogę go uzdrowić, albo że narzuciłam sobie taką karę… On nie mówi tych wszystkich rzeczy celowo. On… Wydaje mi się, że w jego umyśle krążą fragmentaryczne wspomnienia dotyczące Kevina, jakiegoś złego zdarzenia oraz ślubu, a on usiłuje je wszystkie poukładać, chociaż wielu elementów brakuje.
Joanna uświadomiła sobie, że ona również stara się przypomnieć sobie, co mówił pan Briarley, i dopasować do siebie rozmaite wskazówki.
— Wiem, że go nie uratuję — kontynuowała Kit. — Zdaję sobie sprawę, że w końcu będzie musiał trafić do zakładu opiekuńczego, ale…
— Musisz spróbować — dokończyła Joanna, a Kit nagle się do niej uśmiechnęła.
— Muszę spróbować. Ocalił mi życie. Chcę zostać z nim tak jak najdłużej.
I nie gasić świateł, aby pasażerów nie ogarnęła panika, stwierdziła w myślach Joanna.
— Poza tym pragnę ci pomóc. Wciąż jeszcze nie znalazłam niczego na temat poczty, ale…
— Nie — sprzeciwiła się Joanna. — W żadnym wypadku. Zmusiłam cię do obejrzenia Uciekającej panny młodej. Nie zamierzam wciągać cię w dalsze badanie dotyczące katastrofy.
— Ale ja chcę. Podoba mi się, że dla odmiany ja mogę komuś pomóc. Zresztą ta katastrofa jest odpowiednia.
— Odpowiednia?
— Jak najbardziej. Na Titanicu płynęło osiem młodych par, wyruszających na miesiąc miodowy. Większość z nich także nie miała okazji się pożegnać. — Kit uśmiechnęła się smutno. — Nie zdawali sobie sprawy, że nigdy się już nie zobaczą. Niektórzy mężczyźni dowcipkowali sobie nawet, kiedy opuszczano łodzie. Chichotali i mówili: „Najpierw młode małżeństwa” oraz: „Bez przepustek nie wpuścimy was z powrotem na statek”.
— I co? Najpierw wpuszczono młode pary?
— Dwie. — Kit nagle wstała, wyciągnęła z szuflady kilka mych kartek papieru i wręczyła je Joannie. — Tutaj jest spisane wszystko, co znalazłam na temat wyłączenia silników i dźwięków, słyszanych przez pasażerów i załogę w chwili zderzenia z górą lodową.