Выбрать главу

Joanna przejrzała zapiski. „Zupełnie, jakby fala zatrzęsła statkiem”’, „…lekki wstrząs…”, „zupełnie jakby statek poślizgnął się na tysiącu szklanych kulek”. To ostatnie brzmiało znajomo. Czy pani Briarley o tym wspominał? „Pomyślałem, że przybijamy do brzegu. Dziwne”.

— Wracając do tego urzędu pocztowego — odezwała się rzeczowo Kit. — Nie mogłam znaleźć niczego z wyjątkiem magazynu pocztowego na pokładzie G. Jesteś pewna, że na Titanicu znajdowała się poczta? Żadne listy napisane przez pasażerów i tak nie zostałyby doręczone przed dotarciem statku do Nowego Jorku, więc nie prościej by było, gdyby ludzie po prostu nadali je po wylądowaniu? Widziałaś tam jakąś pocztę?

— Nie — odparła Joanna i chciała dodać, że pan Briarley powiedział, że idzie na pocztę, ale ugryzła się w język. Zadała Kit wystarczająco dużo bólu, nie musiała jej jeszcze mówić, że w swoich doświadczeniach granicznych widziała jej wujka w pełni władz umysłowych.

— Tak czy owak, będę szukać dalej. Coś jeszcze? — spytała Kit, a z wyrazu jej twarzy Joanna domyśliła się, że to prośba.

— Owszem. — Na ustach Kit ponownie wykwitł uśmiech, zupełnie jak u Maisie. — Chciałabym… — Czego bym chciała? — Chciałabym wiedzieć, czy na pokładzie znajdowała się kobieta o imieniu Edith.

— Edith Evans — odparła natychmiast Kit. — Pamiętam, że wujek o niej wspominał. Oddała swoje miejsce w łodzi kobiecie z dwójką dzieci.

I zginęła, szepnęła do siebie Joanna. Pomyślała o młodej kobiecie, niespokojnie pytającej, czy nie powinni iść na pokład łodziowy.

Wiem, dlaczego ją widziałam, przyszło jej do głowy. Zmarła tak jak W.S. Gilbert. Jednak kiedy Kit oświadczyła, że sprawdzi, czy na statku płynęły jeszcze inne Edith, Joanna jej nie powstrzymała. Kit sprawiała wrażenie, jakby koniecznie chciała komuś pomóc.

W drodze do samochodu Joanna uznała, że Kit ma rację. To straszne tylko przyglądać się panu Briarleyowi, Carlowi Śpiączce, Maisie i nie wiedzieć, jak im pomóc, jak powstrzymać ich powolną śmierć. Właśnie dlatego muszę znaleźć pana Briarleya i spytać go, co powiedział na lekcji, pomyślała.

Zerknęła na zegarek. O Boże, sesja zaczyna się za niecałe dwadzieścia minut. Popędziła z powrotem do szpitala i pobiegła do gabinetu. Przy drzwiach stała Tish.

— Spóźniła się pani — oświadczyła. — A ja chcę wyjść o czasie, więc proszę o jeszcze jedną ośmiosekundową sesję, dobrze?

— Wybiera się pani na randkę z tym położnikiem? — zainteresowała się Joanna, idąc z pielęgniarką do laboratorium.

— Nie, pracuję. Połowa szpitala jest na zwolnieniu z powodu grypy, a ja akurat mogę wziąć godziny nadliczbowe. Co nie oznacza, że nie mam nic innego do roboty.

— Nic nie wyszło z położnikiem?

— Nie chcę o tym rozmawiać.

Richarda nie było w laboratorium.

— Jest na górze z doktor Jamison — wyjaśniła Tish. — Powiedział, żebym zaczęła bez niego. Mam panią przygotować do sesji, a on zaraz przyjdzie.

Joanna włożyła szpitalną koszulę i wspięła się na stół.

— Co się dzieje z tymi facetami? Wszyscy dostali obsesji na punkcie pracy? — skarżyła się Tish. — Położnik okazał się równie beznadziejny jak doktor Wright. Cały czas wpatruje się w USG. To zupełnie nienormalne. Któregoś dnia obaj po prostu się przekręcą.

Podłączyła kroplówkę i cały czas trajkocząc, przyczepiła elektrody. Joanna usiłowała ją zignorować. Chciała się skoncentrować na znalezieniu pana Briarleya. Obiecała sobie, że zacznie od zlokalizowania stewarda, a potem będzie się trzymała blisko niego. Nie spuści z niego wzroku.

Wszedł Richard.

— Przepraszam, rozmawiałem z doktor Jamison. Wszystko gotowe? — spytał Tish, która potwierdziła. — A ty? — zwrócił się do Joanny.

— Gotowa.

Richard nasunął maskę na jej oczy. Nie odwracaj się, powtarzała sobie Joanna. Patrz prosto przed siebie. Znajdź stewarda.

— W porządku. Proszę podać środek uspokajający. — Założył Joannie słuchawki.

Sprawdź, dokąd pójdzie steward, myślała, idź za nim po schodach. Nagle przypomniała sobie urzędnika pocztowego, ciągnącego mokry worek, ujrzała wilgotną plamę na dywanie, przechylający się pokład…

— Zaczekaj! — krzyknęła i poczuła, jak ktoś zdejmuje jej słuchawki. — Richard…

— Co się stało? — Usłyszała jego głos. — Cała drżysz. Chcesz koc? Siostro, proszę przynieść Joannie koc.

Dobiegł ją odgłos kroków oddalającej się pielęgniarki.

— Richard… — Wymacała jego dłoń. — Jeśli statek zacznie tonąć, obiecaj mi, że przyjdziesz i mnie uratujesz…

Rozdział 34

„Będę słyszał w niebie”.

Ostatnie słowa Beethovena

Nie powinnam była tego mówić, pożałowała Joanna, jeszcze zanim skończyła. Teraz nie zgodzi się na przeprowadzenie eksperymentu. Miała nadzieję, że może tylko tak pomyślała, ale nie powiedziała, lecz Richard już zdejmował maskę z jej oczu i dopytywał się, czy wszystko w porządku.

— Przepraszam. — Uśmiechnęła się do niego. Zastanawiała się, czy udałoby się jej obrócić wszystko w żart. Nie, zbyt mocno złapała go za rękę. — Zdaje się, że się trochę pogubiłam. Czy Tish podała środek uspokajający? — spytała, doskonale wiedząc, że nie.

— Nie. — Richard zmarszczył brwi.

— W takim razie sama przysnęłam. Ostatnio źle sypiałam z powodu Vielle… — Nie, tego także nie mów. — Znasz to uczucie, kiedy zasypiasz, masz wrażenie, jakbyś spadał, i nagle się budzisz? Właśnie tak się poczułam. Przepraszam — powtórzyła i posłała mu uśmiech godny matki Maisie. — Nie chciałam, żebyś pomyślał, że zwariowałam.

Wróciła Tish i przykryła Joannę kocem.

— Dziękuję. — Joanna wpatrywała się w Richarda. — Teraz jest znacznie lepiej. Jestem gotowa. Możemy wreszcie zaczynać?

Richard wciąż wydawał się zaniepokojony. Podszedł do pulpitu i przez kilka minut pracowicie coś pisał, lecz to, co ujrzał na monitorze, zapewne go uspokoiło, gdyż zarządził:

— Dobrze, proszę podać środek uspokajający.

Joanna pośpiesznie zasłoniła oczy maską, bojąc się, że Richard zmieni zdanie. Cały czas myślała, żeby nic nie mówić i nie zrobić niczego głupiego. Po chwili znalazła się w przejściu.

Drzwi były otwarte, a za nimi dostrzegła ludzi kręcących się po pokładzie. Pobiegła przed siebie i wydostała się na zewnątrz, wypatrując stewarda. Nie mogła go dostrzec w tłumie. Na pokładzie pojawiło się znacznie więcej osób niż ostatnio. Niektórzy z nich mieli na sobie kamizelki ratunkowe.

Jest później niż poprzednio, zaniepokoiła się Joanna. Steward już sobie poszedł. Przyjrzała się podłodze, aby sprawdzić, czy przechył jest zauważalny. Odniosła wrażenie, że tak, lecz tylko nieznacznie. Gdy podniosła wzrok, dostrzegła młodą kobietę. Wciąż miała na sobie koszulę nocną, a tęgi mężczyzna w tweedowym ubraniu jeszcze stał w pobliżu, po przeciwnej stronie tłumu, tocząc rozmowę z przyjacielem.

Joanna uniosła głowę, aby nad głowami zebranych przyjrzeć się pokładowi. Starała się wypatrzyć białą marynarkę stewarda, pojawiającą się i znikającą w świetle lamp pokładowych, lecz w oddali nie zauważyła nikogo.

— Idź poszukać pana Briarleya — rozległ się męski głos. — On będzie wiedział, jaka jest sytuacja — stwierdził brodacz.

— Tak jest, proszę pana — potwierdził steward i odwrócił aby odejść.