Joanna przecisnęła się między młodą kobietą i młodym mężczyzną w swetrze i ruszyła ku grubemu mężczyźnie.
— Co się stało? — spytał.
— Góra lodowa — wyjaśnił jego przyjaciel. Proszę bardzo, Richard, oto twój dowód, że to Titanic. Joanna ominęła mężczyznę.
— Góry lodowe. — Grubas pokiwał głową. — Mam nadzieję, że to nic poważnego. — Joanna odwróciła się w jego stronę i wbiła w niego wzrok, myśląc, że to W.T. Stead, spirytualista.
— Nie idziesz na pokład łodziowy? — spytał go przyjaciel.
— Raczej nie. Wolę trochę poczytać — oświadczył W.T. Stead i podszedł do jednego z leżaków. Rozsiadł się i otworzył książkę.
— Tymczasem panie powinny wracać do środka, gdzie jest cieplej — zasugerował brodacz. Joanna obróciła się gwałtownie, lecz steward zniknął już z pokładu.
To niemożliwe, minęło zaledwie kilka sekund. Miał za mało czasu, aby przejść przez cały pokład lub choćby dojść do tylnych schodów. Gdzie się podział? Pobiegła przed siebie, naciskając klamki drzwi. Za drugimi z kolei znajdowały się wąskie stalowe stopnie. Schodki dla członków załogi. Zaczęła się wspinać, lecz schody urywały się na wyższym pokładzie. Drzwi na górze okazały się zamknięte na klucz. Błyskawicznie zbiegła i otworzyła kolejne drzwi. Wyglądały tak samo, jak wejście na schodki dla załogi, lecz za nimi widniał szeroki korytarz wyłożony dywanami. Nieco w głębi wznosiły się marmurowe stopnie. Główne schody. Prowadziły na pokład z promenadą, do biblioteki, a jeśli pana Briarleya tam już nie było, mogła się udać do Palm Court na tym samym poziomie. A jeśli nie zastanie go w żadnym z tych miejsc? Mówił, że idzie na pocztę, a ona nie miała pojęcia, gdzie jej szukać.
Pomyślała jednak, że wie, gdzie jest biblioteka, dlatego postanowiła zacząć od niej, a następnie pójść do Palm Court. Wbiegła po lekko pochylających się schodach, minęła cherubina, Honor i Chwałę, dotarła do pokładu z promenadą i popędziła do oszklonych drzwi biblioteki.
W środku zastała pana Briarleya, siedzącego nie za biurkiem pod oknem, lecz przy małym stoliku obok oszklonych szafek na książki. Pisał coś energicznie, a lampa w żółtym kloszu oświetlała złotym kręgiem biały papier pocztówki i mankiety wyjściowej koszuli pana Briarleya.
— Panie Briar… — krzyknęła i zorientowała się, że to nie on. Przy stoliku siedział wąsaty mężczyzna, który poprzednio rozkładał przed sobą karty. Podeszła do niego, lawirując między krzesłami obitymi złocistym materiałem.
Nieznajomy nie podniósł wzroku, gdy stanęła obok. Cały czas pisał, co chwila zanurzając pióro w kałamarzu, podnosząc je, zapisując słowo i znowu maczając pióro w atramencie. Joanna przyjrzała się listowi. Mężczyzna nie korzystał z papeterii z nadrukiem nazwy statku. Papier został wydarty z notesu, jedna z krawędzi kartki była postrzępiona. Pośrodku strony mężczyzna napisał: „W razie znalezienia proszę powiadomić moją siostrę, panią F.J. Adams z Findlay, Ohio. Zaginiony. J.H. Rogers”.
— Panie Rogers — odezwała się Joanna. — Przy tamtym biurku siedział pewien mężczyzna. — Wskazała na mebel. — Pisał wiadomość dla swojej siostrzenicy. Widział pan, dokąd poszedł?
Mężczyzna starannie osuszył list.
— Bardzo pana proszę, to ważne. Siedział tu wcześniej i pisał pocztówkę do siostrzenicy.
Mężczyzna złożył kartkę na cztery części i zanotował coś na wierzchu.
— Panie Rogers… — jęknęła Joanna i sięgnęła do jego ramienia.
— Nie nazywam się Rogers — zaprzeczył, jakby przed chwilą stwierdziła, że właśnie jego szuka. — Przykro mi. — Wsunął list do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wstał. — Jestem potrzebny na pokładzie łodziowym. Powinna pani ukryć się w jednej z łodzi. — Przeszedł przez środek pokoju i wyszedł drzwiami prowadzącymi do głównych schodów.
— Czy wobec tego może mnie pan poinformować, gdzie się znajduje Palm Court? — zawołała Joanna, wychodząc za nim przez drzwi i wbiegając po schodach. Mężczyzna zdążył jednak zniknąć na pokładzie łodziowym, a w ciemnościach nie potrafiła określić, w którą stronę się udał. Jedyne światło dobiegało zza otwartych drzwi do sali gimnastycznej. Joanna zajrzała do środka, lecz w środku nie dostrzegła ani mężczyzny, ani Grega Menottiego. Rowery treningowe, urządzenia do wiosłowania i przypominający gilotynę przyrząd do podnoszenia ciężarów stały bez ruchu na biało-czerwonej terakocie.
Sama będzie musiała znaleźć Palm Court. Powinien się znajdować na pokładzie z promenadą lub pokładzie średniówki, gdzieś na rufie. Oznaczało to, że może tam przejść schodami drugiej klasy. Skierowała się w jej stronę, lecz mijając tylne schody, odniosła wrażenie, że słyszy głosy. Weszła do środka i przechyliła się za balustradę, nasłuchując. Głosy ucichły, lecz na górze rozległy się głuche uderzenia. Urzędnik pocztowy, uznała i spojrzała w górę.
Zobaczyła Grega Menottiego w kąpielówkach i klapkach, które przy każdym kroku głośno uderzały o jego pięty. Ramiona miał owinięte ręcznikiem.
— Idę na basen — oświadczył. — Przyłączysz się do mnie? Woda jest dość chłodna, ale to korzystnie wpływa na krążenie.
— Szukam pana Briarleya — wyjaśniła Joanna. — Jest wysoki i ma na sobie szarą tweedową kamizelkę. Widziałeś go?
— Nie — odparł i poszedł dalej.
Joanna zbiegła po schodach, aby zagrodzić mu drogę.
— Nie ma czasu na pływanie. Musisz mi pomóc znaleźć pana Briarleya. To ważne.
— Śpieszę się — stwierdził i ją ominął. — Piętnaście po drugiej jestem umówiony na mecz squasha.
— Nie. — Ponownie stanęła mu na drodze. — Musisz mi pomóc. To ważne. Pan Briarley wie, dlaczego to jest Titanic.
— Titanic? — W oczach Grega pojawił się strach.
— Tak. Titanic. Który idzie na dno. Musisz mi pomóc go znaleźć. — Minął ich mężczyzna, szybko zbiegający po schodach. Joanna rzuciła na niego okiem, zastanawiając się, czy to steward, lecz był to starszy pan w szarej tweedowej kamizelce i…
— Panie Briarley! — wrzasnęła.
— To nie może być Titanic — stwierdził Greg. — Ćwiczę trzy razy w tygodniu.
Pan Briarley był już prawie pokład niżej. Pobiegła za nauczycielem, licząc kolejne pokłady: B, C, D. „Na pokładzie D pojawiła się woda”, mówił oficer na pokładzie łodziowym. Spojrzała z niepokojem na podłogę, spodziewając się ujrzeć na dywanie czerwone wilgotne plamy.
Pokład E. Niżej otworzyły się drzwi. Zawróciła na podeście w samą porę, aby dostrzec, jak się zamykają. Pokład F. Otworzyła drzwi. Pan Briarley zdążył już dojść do połowy przejścia.
— Panie Briarley! — zawołała i rzuciła się za nim w pogoń, wpadając na stewarda.
— Przykro mi, proszę pani, tutaj nie wolno wchodzić.
— Ale ja muszę porozmawiać z panem Briarleyem. — Zajrzała niespokojnie przez ramię stewarda, który się odwrócił i spojrzał za siebie, lecz pan Briarley zdążył już gdzieś zniknąć.
— Pan Briarley? — Steward zmarszczył brwi, a Joanna dopiero teraz spostrzegła, że rozmawia z innym członkiem załogi niż ten, którego brodaty mężczyzna wysłał na poszukiwania pana Briarleya.
— To mój… — zaczęła i urwała. To mój kto? Nauczyciel angielskiego z liceum? Czy w 1912 roku w ogóle istniały licea?
— Odprowadzę panią do kabiny.
— Zaraz — powstrzymała go. — Dokąd prowadzi to przejście?
— Do kotłowni, ale pasażerowie nie mają prawa wstępu…