Выбрать главу

— Kapitan Smith powiedział mi, że mogę obejrzeć… — Co się znajdowało w kotłowni? — …telegraf — oświadczyła na oślep. — Ogromnie interesują mnie nowoczesne środki komunikacji.

— Tylko załoga ma prawo wstępu do kotłowni. — Steward me zamierzał ustąpić. Położył rękę na jej ramieniu. — Odprowadzę panią do pani kajuty.

— Bardzo proszę — nalegała Joanna. — Pan nie rozumie. To ważne…

— Przepraszam, że przerywam — rozległ się męski głos, a Joanna odwróciła się gwałtownie w jego stronę.

— Pan Briarley! — krzyknęła z ulgą.

— Pani Lander — stwierdził z dezaprobatą. — Co pani tutaj robi?

— Muszę z panem porozmawiać. Chodzi o…

— Obawiam się, że jednak nie możemy liczyć na herbatę w Palm Court. — Pan Briarley pokręcił głową. — Zaistniały nowe okoliczności. — Odciągnął stewarda na bok i coś mu szybko powiedział. Joanna nie usłyszała ani słowa z ich rozmowy, lecz po kilku zdaniach pan Briarley sapnął z niechęcią.

— Jak najszybciej się tam dostać? — spytał stanowczo.

— Trzeba wrócić na pokład E i przejść Scotland Road do schodów obok windy — brzmiało wyjaśnienie. Pan Briarley niezwłocznie cofnął się w stronę schodów.

— Panie Briarley! — Joanna popędziła za nim. — Muszę z panem porozmawiać — wydyszała, gdy go dogoniła.

— O co chodzi? — spytał, wchodząc po schodach. Joannie przypomniały się czasy, kiedy goniła za panem Briarleyem na przerwach i podskakując u jego boku, usiłowała się dowiedzieć, ile stron powinna liczyć praca domowa.

— Muszę się dowiedzieć, co pan powiedział na lekcji — stwierdziła.

— Dobrze pani wie, że nigdy nie podpowiadam, co może się pojawić na egzaminie końcowym. — Pan Briarley dotarł na półpiętro.

— Nie potrzebuję tego do egzaminu końcowego. Powiedział pan coś na lekcji…

— Na lekcjach mówiłem bardzo wiele rzeczy. — Pan Briarley wszedł na pokład E. — Może pani sprecyzować, o co chodzi?

— Popchnął drzwi i wszedł na korytarz. Na pewno cały czas się znajdowali w kwaterach przeznaczonych dla załogi. Ściany pomalowano na szaro, a pod sufitem przebiegały rury.

— Mówił pan o Titanicu, a potem zamknął pan Lustra i labirynty i rzucił je na biurko. I wtedy powiedział pan coś na temat Titanica.

— Labirynty. — Pan Briarley zamyślił się i skręcił za rogiem. Energicznie otworzył metalowe drzwi. — Panie przodem. — Ukłonił się, a Joanna weszła na inny korytarz, tym razem pomalowany na biało. Zdawał się nie mieć końca. Pan Briarley ruszył prędko przed siebie.

— Cokolwiek to było — ciągnęła Joanna — podczas swoich pierwszych doświadczeń granicznych podświadomie dostrzegłam jakąś relację z tym miejscem, i oto tu jestem.

— A nie w tunelu ze światłem na końcu. — Pan Briarley się zatrzymał i spojrzał smutno w dal korytarza, po czym odwrócił się do Joanny. — I pani chce, abym wyjaśnił, na czym polega owa relacja.

— Właśnie.

— Relacja. Fascynujące słowo. Z łaciny, „opowiadać”. Ale pani przecież musi już znać tę relację, skoro ją pani stworzyła.

— Nie pamiętam jej. Mój świadomy umysł o niej zapomniał.

— Zapomniał? Powinna pani była bardziej uważać na lekcjach, pani Lander — skarcił ją i ruszył dalej. — Podejrzewam, że zapomniała pani także, czym jest onomatopeja. Oraz aliteracja. I metafora.

— Proszę pana, to ważne!

— Niewątpliwie. Więc? — Rozejrzał się po korytarzu, jakby znalazł się w klasie. — Czym jest metafora? Kto wie?

— Metafora to figura retoryczna, która służy do upodobnienia dwóch obiektów.

— Źle, źle, źle. Podobieństwo między nimi już istnieje. Metafora jedynie je uwypukla. Poza tym to nie tylko figura retoryczna to esencja naszych umysłów, starających się zrozumieć otoczenie, doświadczenia, nas samych, poprzez poszukiwanie podobieństw, odpowiedników, relacji. Nie potrafimy powstrzymać tego procesu. Nawet kiedy umysł przestaje funkcjonować, wciąż stara się pojąć to, co się z nim dzieje.

— Właśnie to staram się zrobić, proszę pana. Chcę zrozumieć, co się ze mną dzieje. A to, co pan powiedział na lekcji, jest kluczem do zrozumienia tej relacji. Wspomniał pan coś na temat Titanica… — podsunęła.

— Istnieje tak wiele zależności między Titanikiem i rozmaitymi pojęciami. — Pan Briarley się zachmurzył. — Titanic to symbol. Na przykład prometejskiej arogancji — wyjaśnił, niezmordowanie podążając korytarzem. — Człowiek rzuca wyzwanie Losowi i przegrywa.-Joanna dreptała obok, usiłując słuchać i nie zostawać w tyle. — Albo pychy Frankensteina, człowieka pokładającego wiarę w naukę oraz technikę i otrzymującego za to odpowiednią należność od natury.

Przejście zdawało się nie mieć końca. Joanna utkwiła wzrok na drzwiach na końcu korytarza.

— Albo bezsensowności ludzkich wysiłków. „Patrzcie na moje dzieła i przed moją chwałą gińcie z rozpaczy!”* [Percy Bysshe Shelley, Ozymandias, przeł. Adam Asnyk, Poeci języka angielskiego, op. cit.] — zacytował. — Ozymandias. Percy Bysshe Shelley. Który również skończył na dnie oceanu.

Woda cienkim, nierównym strumykiem ciekła z końca korytarza samym środkiem lśniącej podłogi.

— Panie Briarley. — Joanna złapała go za rękaw koszuli. — Proszę spojrzeć. Woda.

— Ach, tak — oświadczył, nawet nie zwalniając kroku. — Woda to także symbol.

Cienki strumyk wody stawał się coraz szerszy, w miarę jak się zbliżali do końca korytarza. Pojawiła się jeszcze jedna, a potem dwie dodatkowe strugi.

— Przebycie wody od starożytności uważano za symbol śmierci. — Pan Briarley bez trudu omijał strumyki. — Egipcjanie podróżowali do Krainy Zmarłych w złotej łodzi.

Dotarli niemal do samego końca przejścia. Joanna przeraziła się, że pan Briarley zaraz otworzy drzwi, lecz w ostatniej chwili nauczyciel skręcił i zbiegł po stalowych schodkach.

— Kierując się do świata podziemi, Eneasz pokonuje Styks na łodzi kierowanej przez Charona. — Głos pana Briarleya odbijał się echem w klatce schodowej, mieszając się z odgłosem drobnych kroków Joanny. — A Frodo płynie do Błogosławionego Królestwa.

Dotarł na samo podnóże schodów i pomaszerował innym korytarzem. Joanna z ulgą przekonała się, że podłoga była sucha, chociaż nie wiedziała, jak to możliwe, skoro na pokład wyżej dotarła woda? Przyjrzała się niespokojnie sufitowi. Pan Briarley swobodnie mówił o „In Memoriam”.

— Zmarły przyjaciel Tennysona wypływa na nieznane morze i kieruje się do jeszcze słabiej znanego lądu. — Otworzył drzwi. — No i oczywiście jest jeszcze rzeka Jordan. Pani przodem, pani Lander. — Ukłonił się, a Joanna przekroczyła próg i wpadła w piętnastocentymetrową warstwę wody.

Cała podłoga była zalana. Listy, paczki i pocztówki pływały w wodzie sięgającej do kostek. Napisane atramentem adresy zamazały się i spływały z kopert jak łzy. Na końcu pomieszczenia urzędnik pocztowy w ciemnoniebieskim mundurze i czapce pochylał się przy drewnianych przegródkach, wyciągał z nich listy znajdujące się najbliżej wody i przekładał je na wyższe półki.

Joanna wiedziała, że to nic nie pomoże. Za kilka minut cały pokój znajdzie się pod wodą.

— Proszę pana, wszyscy musimy się stąd wynosić — zwróciła się do pana Briarleya, który ją zignorował i podszedł do urzędnika. Wyciągnął z kieszeni szarej tweedowej kamizelki złożoną kartkę papieru i wręczył ją pracownikowi.