Urzędnik przełożył garść listów do jednej ręki, po czym rozpostarł papier. Odczytał wiadomość, skinął głową i wręczył panu Briarleyowi zalane przesyłki. Następnie sięgnął do kołnierza munduru i wyciągnął pęk żelaznych kluczy na łańcuszku. Zdjął je z szyi i przekazał panu Briarleyowi, odbierając od niego pocztę.
— Który to? — spytał pan Briarley, lecz urzędnik powrócił już do przekładania listów, wsuwając je do coraz wyższych przegródek.
Pan Briarley dobrnął z powrotem do drzwi, wyszedł z pomieszczenia i wrócił korytarzem do schodów.
— Dokąd teraz idziemy? — spytała Joanna, usiłując dotrzymać mu kroku.
— Oto jest pytanie — stwierdził pan Briarley. — Do Hadesu czy do nieba? A może do komnaty sądowej faraonów? — Dotarł na szczyt schodów skierował się z powrotem do Scotland Road, gdzie woda strumieniem płynęła przez środek wyłożonego terakotą korytarza. — I jaką łodzią? — ciągnął. — Promem Charona? — Poprowadził ją do stalowych schodów, minął je i zatrzymał się przy windzie z mosiężną kratą. — A może barką pogrzebową króla Arthura?
Jednym ruchem rozsunął kratę.
— Pani przodem. — Ukłonił się. Gdy Joanna weszła do środka, podążył za nią i zasunął kratę. — Frodo wszedł na pokład statku Elfów w Szarej Przystani. — Wcisnął przycisk z kości słoniowej z napisem „góra”. Winda ruszyła.
Winda raptownie się zatrzymała, a pan Briarley rozsunął kratę i wyszedł przed Joanną, kierując się w stronę drzwi prowadzących na pokład.
— No i oczywiście był jeszcze statek Starego Marynarza. „Był okręt — opowiada…”* [Samuel Taylor Coleridge, Pieśń o starym żeglarzu, op. cit.] — stwierdził i otworzył drzwi. Znaleźli się na pokładzie łodziowym. Widziała światła z pomieszczenia radiotelegrafisty i z mostku.
— Fakt, że był to pani ulubiony wiersz, doskonale pasuje do naszej obecnej sytuacji. — Pan Briarley mijał kolejne szalupy, zmierzając do kajuty radiotelegrafisty. — Pojawiły się w nim góry lodowe. „Jak maszt wysoka, szmaragdowa kra obok nas płynęła”*. [Ibid.]
— Czy na tym polega związek? — spytała Joanna. — Czy właśnie to czytał pan wtedy w klasie?
Nie odpowiedział. Zatrzymał się przed wejściem do pomieszczenia, przed stalową skrytką zamkniętą na kłódkę i zdjął z szyi łańcuszek z kluczami.
— Czy to jest właśnie ten związek? — Joanna szarpnęła go za rękaw.
Ukląkł przed szafką.
— Nie — odparł, po kolei wsuwając klucze do kłódki. — Chociaż wszystko by pasowało. W tym wierszu jest sporo mowy o statkach i wodzie. — Wsunął kolejny klucz. Nie pasował. Jeszcze jeden. — I o śmierci. „Czterykroć pięćdziesięciu ludzi, Koleją, stary, młody, Jeden za drugim, bez westchnienia walili się jak kłody”* [Ibid.]. — Zły. Następny. — Uniwersalność śmierci, czy właśnie tego symbolu pani poszukuje?
Ten klucz pasował. Pan Briarley otworzył skrytkę, wyciągnął ze środka drewniane pudełko i podszedł z nim do relingu.
— Z całą pewnością to był Titanic. Państwo Astor, irlandzcy emigranci, maklerzy i nauczyciele, ginący pospołu w lodowatej wodzie.
Otworzył pudełko, kucnął, wyciągnął ze środka kartonowy cylinder, oparł go o reling i wstał.
— Dzieci i dorastająca młodzież, zawodowi oszuści karciani, wszyscy jednakowo bezsilni, tak samo skazani na zagładę.
Poklepał kieszenie szarej kamizelki, jakby czegoś szukał.
— Chyba że ktoś podróżował w najniższej klasie. Wówczas jego szanse przetrwania były cokolwiek mniejsze. — Wyciągnął z jednej z nich pudełko zapałek. — W takim wypadku… proszę się cofnąć.
— Słucham?
— Proszę się cofnąć — powtórzył i wyciągnął rękę, aby odsunąć Joannę. Ukląkł, zapalił zapałkę i przyłożył ją do dolnej części cylindra.
W ułamku sekundy poprzedzającym zapłoniecie zapalnika Joanna pomyślała, że to rakiety. Pan Briarley wystrzeliwuje rakiety alarmowe! Spod cylindra wydobył się gwałtowny płomień i rakieta wystrzeliła, bryzgając strumieniem białych iskier. W tej chwili Joanna poczuła, że to ma ogromne znaczenie, że przybliżyła się do rozwiązania problemu.
— Czy mam pana zastąpić? — rozległ się męski głos. Joanna spojrzała w jego stronę i dostrzegła oficera w białym mundurze.
— Tak, dziękuję. — Nauczyciel przekazał mu zapałki i energicznie pomaszerował na schody.
Joanna natychmiast pobiegła za nim.
— Proszę pana! Niech pan zaczeka! — Dogoniła go na podeście. — W takim wypadku co?
— W takim wypadku — schodził pośpiesznie wyłożonymi dywanem schodami — Titanic nabiera politycznego znaczenia. Zło związane z podziałem klasowym społeczeństwa albo z plutokracją, albo z prześladowaniem kobiet.
— Nie chodzi o sprawy polityczne, tylko o coś ważnego.
— Ważnego — powtórzył, docierając do podnóża schodów. Przeszedł przez hol, zatrzymał się przy drzwiach i je otworzył. — Panie przodem. — Ukłonił się, a Joanna weszła do środka.
Zbyt późno spostrzegła, że znalazła się w przejściu, przez które trafiała na statek.
— Nie, proszę zaczekać, pan jeszcze… — krzyknęła i ocknęła się w laboratorium.
Za wcześnie. Już prawie wiedziałam. Coś związanego z rakietami, z panem Briarleyem…
— Joanna? — Gdzieś z góry dobiegł głos Richarda. — Joanna?
Otworzyła oczy. Tish odłączyła już kroplówkę i teraz sprawdzała objawy czynności życiowych.
— Znowu się ocknęłam za wcześnie?
— Nie. — Richard wyglądał na równie zaniepokojonego jak Vielle na oddziale nagłych wypadków. — Wszystko w porządku?
Powiedziałam coś, kiedy dochodziłam do siebie. Znowu mu kazałam obiecać, że po mnie przyjdzie.
— Nic mi nie jest — oświadczyła pogodnie. — Ile czasu byłam nieprzytomna?
— Cztery minuty i dziesięć sekund. — Tish uniosła jej rękę, żeby usunąć poduszki z gąbki.
— Czy podczas swoich doświadczeń granicznych czułaś lęk?
Pomyślała, że Richard sugeruje odpowiedź. Na pewno znowu go poprosiłam, aby przyszedł i mnie uratował. Myśli, że jestem przekonana, że trafiam do rzeczywistego świata, więc nie przeprowadzi kolejnego eksperymentu, a ja muszę się tam znaleźć z powrotem. Byłam tak blisko.
— Lęk? — Uśmiechnęła się. — Dlaczego? Mówiłam coś?
— Owszem — pośpieszyła z odpowiedzią Tish. — Winda.
— Winda? — Joanna poczuła ulgę i zaskoczenie. Dlaczego powiedziała „winda”, skoro chodziło o rakiety…
— Ma pani wyjątkowo nudne doznania. — Tish stanęła nad nią i spojrzała na zegarek, aby skontrolować upływ czasu monitorowania. — Najpierw poczta, a teraz winda? Nigdy nie widuje pani nic ciekawszego?
Ponownie zbadała Joannie tętno oraz ciśnienie krwi, odnotowała wyniki na wykresie, a potem spytała Richarda, czy może już iść.
— Muszę się z kimś spotkać przed wizytą pana Sage’a o trzeciej.
Richard potwierdził ruchem głowy, a kiedy pielęgniarka wyszła, ponownie zwrócił się do Joanny:
— Naprawdę się nie bałaś, kiedy byłaś nieprzytomna?
— Czemu pytasz? Kiedy powiedziałam „winda”, sprawiałam wrażenie przestraszonej?
— Nie, ale skany wykazały niezwykle wysoki poziom kortyzolu. Co się stało podczas sesji?
— Znowu zobaczyłam pana Briarleya. — Opowiedziała o wyprawie do magazynu pocztowego, o rakietach i windzie. — A kiedy otworzył drzwi, weszłam do środka, zanim zdałam sobie sprawę, że znowu jestem w przejściu. Dlatego bałam się, że się przedwcześnie ocknęłam. Czułam się tak samo, jak poprzednim razem.