— Muszę iść. — Joanna nagle wstała.
— Już więcej nie będę mówić o Titanicu, obiecuję. Jeszcze tylko powiem coś na temat pożaru cyrku w Hartford, dobrze? — Maisie pośpiesznie zmieniła temat. — Ludzie usiłowali uciec przez główne wejście, ale na drodze postawiono klatkę z lwami i tygrysami, więc zrobił się korek, a treser próbował powiedzieć, że trzeba wyjść przez wejście dla artystów — czyli tamtędy, którędy wchodzili wszyscy klauni, akrobaci i inni, kiedy zbliżała się pora ich występu — ale wszyscy i tak chcieli wydostać się tą samą drogą, którą przyszli.
Zdążyła nabrać pewności, że Titanic nie jest rzeczywisty, że coś symbolizuje, stanowi obraz, wybrany przez jej mózg z powodu czegoś, co powiedział pan Briarley. A jeśli jest inaczej?
— Rzecz w tym, że nikt nie musiał wychodzić przez wejścia — ciągnęła Maisie. — Wystarczyło podnieść ścianę namiotu i wyczołgać się na zewnątrz.
Magazyn pocztowy, tylne schody, Scotland Road, wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Przedmioty i obiekty wyglądały tak jak w rzeczywistości, nawet czerwone i niebieskie strzałki na rowerach treningowych. One naprawdę istniały. Joanna naprawdę znajdowała się na Titanicu.
Ale jak to możliwe? Ogarnęła ją rozpacz. Doświadczenia graniczne nie stanowią bramy na tamten świat ani do innych czasów. To tylko halucynacja, wywołana środkami chemicznymi. Amalgamat obrazów z pamięci długotrwałej. Niemniej Greg powiedział: „Pięćdziesiąt osiem” i nie chodziło mu o adres ani ciśnienie tętnicze krwi. Miał na myśli mile i mówił o Carpathii.
Joannie przeszło przez myśl, że musi się wydostać z pokoju Maisie. Muszę się znaleźć gdzieś, gdzie w spokoju o wszystkim pomyślę. Ruszyła na oślep w stronę drzwi.
— Nie może pani jeszcze wychodzić — zajęczała Maisie. — Nie zdążyłam opowiedzieć o orkiestrze.
— Muszę — odparła zdesperowana Joanna i niczym w odpowiedzi na modlitwę, rozległo się brzęczenie pagera. — Widzisz? Już mnie wzywają.
— Proszę oddzwonić z mojego telefonu. Może to nie dzwoni żaden z pani pacjentów. Albo to ktoś z informacją, że nie musi pani jeszcze przychodzić, bo spotkanie się opóźni z powodu czyjegoś pójścia na radiologię.
— Ja muszę iść, a ty musisz…
— Odpoczywać — dokończyła lekceważąco Maisie. — Nie znoszę odpoczywać. Może zająć się jakimiś badaniami dla pani? Bardzo proszę. Wcale się przy tym nie męczę i obiecuję, że nie będę…
— No dobrze — zdecydowała się Joanna, a dziewczynka momentalnie wyciągnęła notatnik i ołówek. — Chciałabym, żebyś… — zastanowiła się nad jakimś prostym zadaniem — …przygotowała listę wszystkich wiadomości radiotelegraficznych wysłanych przez Titanica.
— Mówiła pani, że wystarczą tylko nazwy statków.
— Wtedy wystarczyły. — Joanna usiłowała zachowywać się swobodnie. — Ale teraz potrzebuję listy wszystkich wiadomości z Titanica.
— W porządku. Co jeszcze?
Co jeszcze?
— Chcę jeszcze wiedzieć, gdzie na Titanicu znajdował się basen.
— Basen? Na statku?
— Tak. I musisz mi powiedzieć, na którym był pokładzie. — Kiedy Maisie notowała, Joanna podeszła do drzwi.
— Wszystkie wiadomości radiotelegraficzne czy tylko wezwania o pomoc? — zawołała Maisie.
— Tylko wezwania o pomoc. A teraz naprawdę muszę oddzwonić. — Joanna wyszła z pokoju. Ponieważ nie było możliwe, aby Maisie nie zaczęła podsłuchiwać rozmowy, Joanna poszła do recepcji i stamtąd zadzwoniła do centrali, aby spytać, kto chciał się z nią skontaktować.
— Ma pani cztery wiadomości — wyjaśniła telefonistka. — Pan Mandrake chce, żeby do niego zadzwonić w bardzo ważnej sprawie. Doktor Wright prosi o kontakt w sprawie sesji pana Sage’a. Vielle Howard chce, aby zadzwoniła pani do niej w wolnej chwili, jest na oddziale nagłych wypadków, a Kit Gardiner żąda natychmiastowego telefonu. Mówi, że to sprawa nie cierpiąca zwłoki. Czy mam panią przełączyć do biura pana Mandrake’a?
— Nie — zaprzeczyła Joanna i przycisnęła widełki dłonią. Nie miała ochoty z kimkolwiek rozmawiać, a w szczególności z panem Mandrakiem. Ani z Vielle, ani z Richardem… — O Boże, Richard! Co powie, kiedy usłyszy, że na Titanicu przebywał Greg Menotti?
Muszę się ukryć tam, gdzie spokojnie wszystko przemyślę. Już chciała odłożyć słuchawkę, kiedy dotarło do niej, że Kit żądała szybkiego kontaktu. A jeśli pan Briarley znowu się skaleczył? Wykręciła numer Kit.
— Cześć, Kit.
— Świetnie, że dzwonisz. Mam ją!
— Kogo?
— Książkę! Lustra i labirynty. Jestem absolutnie pewna, że o nią ci chodziło — wykrzykiwała z entuzjazmem. — Wujek opisał w niej zadanie domowe z czternastego października tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku. Nie uwierzysz, gdzie ją znalazłam. W szybkowarze. Pewnie dlatego wujek Pat bez przerwy wszystko wyciągał z szafek. Nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczysz. Możesz przyjść dzisiaj po południu?
Joanna pomyślała, że to wykluczone, bo najpierw musi wszystko przemyśleć.
— Szczerze mówiąc, jestem zajęta — oświadczyła.
— Naprawdę? — rozczarowała się Kit. — Przyniosłabym ci ją do szpitala, ale wujek ma kiepski dzień…
— Lepiej nie, to byłby dla ciebie zbyt duży kłopot. Wpadnę wieczorem — zapowiedziała Joanna i odwiesiła słuchawkę. Postanowiła zadzwonić do Kit później i wymyślić jakąś wymówkę.
Na przykład nie mogę przyjść, bo podróżuję w czasie i przebywam na tonącym statku. Albo jeszcze lepiej: nie mogę przyjść, bo dołączyłam do grona wariatów po doświadczeniach granicznych.
— Pani doktor, a jednak pani tutaj jest — odezwała się asystentka, którą Joanna widziała raz czy dwa. — Pan Mandrake pani szuka. Barbara powiedziała, że nie ma pani na tym piętrze, i właśnie to mu powtórzyłam.
Niech żyje Barbara, pomyślała Joanna, spoglądając niespokojnie w stronę windy.
— Kiedy on tutaj był? — spytała.
— Jakieś dziesięć minut temu. Powiedział, że gdybym panią zobaczyła, mam powtórzyć, żeby zadzwoniła pani do niego natychmiast, bo znalazł dowód na to, że doświadczenia graniczne to rzeczywistość.
Joanna pomyślała posępnie, że sama do tego doszła.
— Powiedział, dokąd idzie?
— Nie, ale mogę przesłać mu wiadomość na pager — zaproponowała asystentka, sięgając po telefon.
— Nie! Nie ma potrzeby. Będzie szybciej, jeśli po prostu pójdę do jego gabinetu — oświadczyła Joanna i skierowała się do drzwi na klatkę schodową.
— Tymi schodami nie dojdzie pani na szóste! — zawołała za nią asystentka.
— Idę na skróty — odkrzyknęła Joanna i otworzyła drzwi.
— Aha. — Dziewczyna skinęła głową. Joannie udało się uciec, lecz co dalej? Zaczęła zbiegać po schodach. Nie mogła wrócić do gabinetu ani do laboratorium, a skoro pan Mandrake wędrował po całym budynku, nigdzie nie mogła się czuć bezpieczna. Wiedziała, że w żadnym wypadku nie powinna się z nim spotykać w tej chwili i wysłuchiwać jego opowiastek o niebie i szczęśliwościach tamtego świata. Zbiegła po schodach na drugie piętro i znieruchomiała z dłonią na klamce. Aby dotrzeć stąd na parking, musiałaby pokonać łącznik między skrzydłami, minąć internę i pokój pani Davenport. Z kolei na pierwszym piętrze czaił się pan Wojakowski.
Puściła klamkę, zbiegła na parter i wyszła na zewnątrz. Taksówka, przy wejściu zawsze stoją taksówki. Ale trzeba mieć pieniądze. Sięgnęła do kieszeni. Wygrzebała stamtąd dwa dolary, dwadzieścia pięć centów i trzy jednocentówki. Zbiegła do piwnicy, minęła kostnicę i wydostała się na dwór.