Выбрать главу

Przywitało ją mroźne powietrze. Ciemnoszare niebo wyglądało tak, jakby lada moment miał spaść śnieg. Opatuliła się swetrem i przebiegła obok generatora prądu, kierując się przed wejście do szpitala. Stała tam jedna poobijana żółta taksówka. Kierowca zaparkował bezpośrednio przed oszklonymi drzwiami. Joanna dała nura na tylne siedzenie.

— Dokąd? — spytał taksówkarz.

Joanna się pochyliła.

— Na szpitalny parking — odparła.

To jakiś dowcip? — zerknął do lusterka.

— Nie. Muszę dotrzeć do własnego samochodu. Tam zaparkowałam.

Taksówkarz przyjrzał się jej uważnie, jakby miał do czynienia z wariatką. Do pewnego stopnia jego obawy były uzasadnione. Po co uciekała przed panem Mandrakiem jak przed potworem, skoro był tylko natrętny? Dlaczego wierzyła w coś niewiarygodnego?

— Chciałam się przejść, ale jest za zimno.

Wyjaśnienie nie miało sensu, więc czekała na sugestię typu: „Niech pani wejdzie do budynku i przejdzie środkiem”, lecz taksówkarz burknął tylko: „Minimalna stawka dwa dolce”, wrzucił jedynkę i zjechał z podjazdu. Dlaczego miałby nie wierzyć jej wyjaśnienia, skoro ona sama wierzyła, że wraz z Gregiem Menottim znalazła się na pokładzie Titanica? Kierowca stuknął taksometr.

— Dwa dziesięć — oznajmił.

Joanna wręczyła mu wszystkie swoje pieniądze.

— Dziękuję panu. Ocalił mi pan życie. — Pożegnała się z nim i poszła do samochodu. Podświadomie spodziewała się pana Mandrake’a, oczekującego przy jej aucie na nią.

Obawy okazały się nieuzasadnione. Pana Mandrake’a nie dostrzegła także przy wyjeździe. Skręciła na południe, na Colorado Boulevard, potem na zachód, na Szóstą Aleję, i znowu na południe, do uniwersytetu. Zachowywała się jak jedna z postaci z filmu z Sylvestrem Stallone’em, usiłująca zgubić śledzącego ją faceta. Zauważyła straż pożarną, pędzącą w jej stronę z potwornym rykiem syren i trąbieniem, więc zjechała na pobocze i zatrzymała się tam z rękami mocno zaciśniętymi na kierownicy oraz wzrokiem utkwionym w pustce.

Greg Menotti znajdował się na Titanicu. Widziała go tam, założyła, że go tam zastanie, podobnie jak pana Briarleya, dopasowała ich postaci do swojej wizji na podstawie wspomnień i chęci. Ale jeśli Titanic w jej doświadczeniach jest realny, a wszystkie osoby, które widziała, naprawdę się na nim znajdują? Może pan Briarley jest zawieszony w jakimś okropnym niebycie, między dwoma światami. Czy można wykluczyć możliwość, że część pana Briarleya zmarła, a miejsce, do którego wędrują ludzie po śmierci, to nie niebo, tylko pokład Titanica?

Sama w to nie wierzysz, powiedziała sobie Joanna. I rzeczywiście, nie wierzyła. Cała jej wizja nie miała sensu, nawet gdyby ją uznać za doświadczenie o charakterze duchowym. Niebo, Pola Elizejskie, Hades, Walhalla, nawet Tamta Strona pana Mandrake’a — wszystko to wydawało się bardziej logiczne. Nawet gdyby zmarli cofali się w czasie w jakiejś osobliwej wstecznej reinkarnacji, dlaczego mieliby trafiać na Titanica? Czy to jakaś kara? A może umarli powinni tonąć w głębinach Atlantyku, a Titanic po prostu pojawił się na ich drodze?

Zresztą to nie jest Titanic, zadecydowała. Ani razu, nawet kiedy rozpoznała miejsce, w którym się znalazła, nie pomyślała, że to naprawdę liniowiec oceaniczny. To było coś innego, a Titanic stanowił jedynie metaforę tego miejsca, nie tylko dla niej, lecz także — w co trudno uwierzyć — dla Grega Menottiego. Jak to możliwe?

Może chodził do liceum w Dry Creek i słyszał ten sam wykład pana Briarleya. Nie, przypomniała sobie, jak mówił, że właśnie się sprowadził z Nowego Jorku.

Dobrze, może więc należał do grona wielbicieli Titanica, tak samo jak pan Briarley. Żartujesz?, zadała sobie pytanie Joanna. Ten człowiek trzy razy w tygodniu chodził na siłownię. Z drugiej strony, Richard słusznie zauważył, że filmy, książki i programy telewizyjne o Titanicu atakowały człowieka ze wszystkich stron. Informacja, że Carpathia płynęła pięćdziesiąt osiem mil od liniowca, mogła się pojawić gdziekolwiek…

Jeśli naprawdę znajdowała się w takiej odległości. Jak dotąd tylko Maisie o tym wspomniała. Stwierdziła też, że Titanic poszedł na dno na kilka godzin przed przypłynięciem Carpathii. Mogła przesadzać, źle zapamiętać liczbę, może chodziło o pięćdziesiąt siedem mil albo sześćdziesiąt, a ty niepotrzebnie się przejmujesz, zupełnie jak wtedy, gdy wszędzie widziałaś liczbę pięćdziesiąt osiem, począwszy od numerów rejestracyjnych, a skończywszy na reklamach McDonalda.

Joanna zapatrzyła się przez przednią szybę na śnieg, który właśnie zaczynał padać. Nie, to naprawdę chodzi o liczbę pięćdziesiąt osiem. Nie miała żadnych wątpliwości od chwili, gdy usłyszała słowa Maisie. Od razu nasunęło się jej pytanie, czy tak samo nie wątpiła w śmierć pana Briarleya, kiedy biegła zapłakana na oddział nagłych wypadków? Potwierdzenie z zewnątrz. Można przynajmniej sprawdzić fakty, poprosić Maisie o pokazanie książki albo spytać Kit.

Kit. Zaprosiła Joannę do siebie, aby obejrzała podręcznik. Wystarczyło zwrócić się do niej, żeby zerknęła do książek, zweryfikowała informację. To zajmie tylko kilka minut.

Joanna uruchomiła samochód i zjechała z krawężnika. Uświadomiła sobie, że jest prawie na miejscu. Uciekając, pokonała niemal całą drogę na uniwersytet. Dojechała do domu pana Briarleya, myśląc, że nie będzie nawet musiała nic wyjaśniać. Wystarczy, że powie, iż przyjechała zapoznać się z podręcznikiem. Będzie udawała, że to tylko kolejna przydatna informacja.

Dopiero gdy stanęła na ganku i drżąc z zimna, zadzwoniła do drzwi, przypomniała sobie, że Kit wspomniała, iż wujek ma kiepski dzień. Poniewczasie doszła do wniosku, że nie powinna była przyjeżdżać. Kit otworzyła drzwi.

Miała na sobie dżinsy i koronkową kamizelkę do pępka, a na stopach baletki. Joanna pomyślała, że musi być naprawdę zimno, skoro włożyła obuwie.

— Cześć! — rozpromieniła się Kit. — Myślałam, że dzisiaj nie przyjdziesz.

— Jakoś udało mi się wyrwać. Przychodzę nie w porę?

— Skąd, bardzo się cieszę. Nie mogę się doczekać, kiedy pokażę ci książkę. Kiedy ją zobaczyłam, od razu wiedziałam, że to ta. Znasz to uczucie, kiedy coś się wie od samego początku? Mówiłaś, że różne osoby opowiadały różne rzeczy na temat okładki. Proszę bardzo, wszystkie miały rację. Rany, ale tu zimno. — Zadrżała w swojej króciutkiej kamizelce i szeroko otworzyła drzwi. — Dlaczego nie masz płaszcza?

Joanna nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć na to pytanie, ale Kit najwyraźniej nie spodziewała się żadnych wyjaśnień.

— Idę po książkę — powiedziała i udała się do biblioteki. Wróciła po niecałej minucie, cicho zamykając za sobą drzwi. — Wujek Pat zasnął — szepnęła i zaprowadziła Joannę do kuchni.

— Za kilka minut się obudzi, ale nie chcę mu przeszkadzać. Ma kiepski dzień. Dziś w nocy niewiele spał.

Niewiele spał. Znowu porozrzucał wszystko w kuchni, jeszcze bardziej niż poprzednio. Wszędzie walały się naczynia i sztućce, a cała zawartość lodówki wylądowała na podłodze. Między pojemnikami z żywnością, prześcieradłami i zastawą wiła się wstęga rozwiniętej rolki papierowych ręczników. Z blatu ściekała do zlewu zawartość rozbitej butelki keczupu, tworząc wielką, czerwoną plamę. Na stole stała szufelka pełna rozbitego szkła, a kosz na śmieci był przeładowany potłuczonymi naczyniami.

— Wujek Pat szukał książki — wyjaśniła Kit, sięgając po dwie filiżanki z chybotliwego stosu ocalałych przedmiotów. — Wydaje mi się, że jak przez mgłę pamiętał, że ukrył ją gdzieś w kuchni i właśnie dlatego narobił bałaganu.