— Co się stało? — zawołała do Kit, przedzierając się przez labirynt patelni i butelek z sosem do sałatek, odgradzający ją od drzwi.
Kit milczała.
— Kit! Wszystko w porządku? — wrzasnęła ponownie, biegnąc przez przedpokój i myśląc, że pan Briarley na pewno nie żyje. — Co się stało?
Kit stała przy wujku i opierała ręce na biodrach. Pan Briarley z całą pewnością żył. Nie spał i wpatrywał się tępo przed siebie, zatopiony w swoim fotelu obitym ciemnoczerwoną skórą. Ręce trzymał swobodnie oparte na udach. Joanna spostrzegła z przykrością, że jego szara tweedowa kamizelka jest krzywo zapięta. Widząc swojego byłego nauczyciela, zrozumiała, dlaczego Kit stwierdziła, że ma kiepski dzień. Nie chodziło jej o bałagan w kuchni.
— Nie ma jej — oświadczyła przygnębiona dziewczyna.
— Czego? — Joanna nie zrozumiała.
— Książki. Luster i labiryntów. — Kit uklękła przed panem Briarleyem. — Wujku, wziąłeś tę książkę?
Nie odpowiedział, ani nawet nie dał znaku, że dotarł do niego głos siostrzenicy. Wydawało się, że nie zdaje sobie sprawy z jej obecności. Cały czas nie odrywał spojrzenia od ściany.
— Gdzie ją schowałeś, wujku? — nie ustępowała Kit. Nie usłyszawszy odpowiedzi, wyprostowała się. — Znowu ją ukrył. Nie mógł być przytomny dłużej niż pięć minut. Jeszcze spał, kiedy przyniosłam do kuchni książkę o Titanicu.
— Gdzie ją położyłaś?
— Tutaj. — Wskazała puste miejsce na półce. — Myślałam, że jej nie zauważy między innymi książkami. To moja wina, nie powinnam była jej tutaj zostawiać. Nie rozumiem, dlaczego nie zabrałam jej na górę razem z książkami o statku.
— To bez znaczenia — pocieszyła ją Joanna, zmartwiona, że się tak przejmuje. — Wykorzystałam podręcznik jako pretekst, żeby do ciebie przyjechać. Tak naprawdę interesowała mnie Carpathia, chciałam się dowiedzieć, dlaczego Greg Menotti w chwili śmierci zobaczył Titanica…
— To ma ogromne znaczenie. — Kit tłumiła łzy. — Powinnam była ją stąd zabrać. Wczoraj nakryłam go, jak chował moje buty w koszu na ubrania — zaraz, zaraz! Coś mi przyszło do głowy! — Pobiegła na górę.
— Mogę ci jakoś pomóc? — zawołała za nią Joanna.
— Nie, lepiej zostań przy nim — odkrzyknęła. — Nigdy nie wiadomo, co ukryje następnym razem!
Joanna wróciła do biblioteki, chociaż wydawało się mało prawdopodobne, że pan Briarley wstanie z fotela i ucieknie z pokoju, aby coś ukryć. W swoim bezruchu i otępieniu przypominał Carla Śpiączkę, a Joannę ogarnął nagle wstyd, że ogląda go w takim stanie. Poczuła się tak, jakby włamała się do czyjegoś domu pod nieobecność właścicieli. Odwróciła się i spojrzała na książki.
Gdyby zdjął książkę z jednej półki, zapewne położyłby ją na drugą. Przejrzała pobieżnie pozycje leżące na innych, a następnie szybko odczytała tytuły książek ustawionych jedna obok drugiej. Szukała grubego podręcznika w charakterystycznej oprawie. Proszę bardzo, oto on, wciśnięty między Bleak House oraz antologię Umarli ze Spoon River.
— Znalaz… — zaczęła Joanna, lecz urwała, przyglądając się bliżej okładce.
— Znalazłaś? — zawołała z góry Kit.
— Nie! — odkrzyknęła. — Przepraszam, to ta druga, która się okazała niewłaściwa.
Ta, która się okazała niewłaściwa. Joanna zapatrzyła się w rysunek klipera, niebieskie tło i pomarańczowe litery. Niewłaściwa, chociaż spełniała wszystkie kryteria.
Podobnie rzecz się miała z teorią Kit. Brzmiała logicznie, pasowała do wszystkich okoliczności, ale nawet gdyby znalazły Lustra i labirynty, a w nich wiersz poświęcony Carpathii, z napisanym kursywą wstępem: „W noc zatonięcia Titanica parowiec Carpathia znajdował się w odległości pięćdziesięciu ośmiu mil, za daleko, żeby przybyć na ratunek pasażerom liniowca…”, to wyjaśnienie i tak nie przekonałoby Joanny.
Pomyślała, że to nie ostatnie słowa Grega sprawiły, że widzi Titanica. Jej doświadczenia graniczne mają związek z czymś, co pan Briarley powiedział na lekcji. Joanna wiedziała, że przekona się o tym, gdy usłyszy właściwe wyjaśnienie, tak samo jak domyśliła się, że dobiegający ją nieznany dźwięk to wyłączane silniki. Podobnie Kit od razu miała świadomość, że znalazła odpowiednią książkę.
Joanna podeszła do fotela pana Briarleya.
— Proszę pana. — Uklękła obok poręczy mebla. — Na lekcji wspomniał pan coś na temat Titanica i jego znaczenia. Co takiego? Pamięta pan?
Pan Briarley cały czas wpatrywał się obojętnie w przeciwległą ścianę.
— Wiem, że ma pan trudności z przypomnieniem sobie tego — ciągnęła łagodnie Joanna — ale to bardzo ważne. To ma związek z Titanikiem. Zamknął pan książkę, a potem powiedział pan… — Uderzyła dłonią w skórzaną poręcz fotela, usiłując odświeżyć pamięć. — Coś. Coś, co ma związek z Titanikiem. Na dworze było mglisto, a pan trzymał książkę…
Joanna zamknęła oczy, usiłując sobie przypomnieć, czy miał w dłoniach Lustra i labirynty, czy też egzemplarz SOS Titanic w zniszczonej, miękkiej okładce.
— Proszę sobie przypomnieć, co pan mówił — szepnęła. — Bardzo proszę. To dla mnie ważne.
Żadnej reakcji.
Joanna pomyślała, że pan Briarley jest za daleko, żeby ją usłyszeć. Gdzie pan właściwie jest? Stoi pan w magazynie pocztowym, zanurzony po kostki w wodzie, i prosi urzędnika o klucz? A może w bibliotece, usiłując napisać wiadomość dla Kit?
Albo nigdzie. Może komórki mózgowe, które odpowiadały za świadomość, rozumienie oraz tożsamość uległy zniszczeniu pod wpływem choroby Alzheimera, a synapsy przechowujące wspomnienie tamtego mglistego popołudnia znikły bez śladu?
— Nie pamięta pan — stwierdziła, straciwszy nadzieję, i wstała. — Nie szkodzi. Proszę się tym nie martwić.
Odłożyła Wyprawy i wspomnienia, a następnie uważnie przejrzała pozostałe książki, chociaż nie miało to sensu. Lustra i labirynty nie zawierały niczego, co mogło mieć związek z Titanikiem. Zapamiętała je nie dlatego, że w środku zamieszczono jakiś odpowiedni wiersz lub esej. Doświadczenia graniczne Joanny zostały wywołane tym, że podczas jednego z wykładów pan Briarley trzymał w dłoniach właśnie tę książkę. Właśnie dlatego momentalnie przypomniała sobie podręcznik, kiedy Betty wymieniła jego tytuł. Zapamiętała okładkę, gdyż miała ją przed oczyma, gdy nauczyciel wygłaszał kluczowe zdania.
Zakończyła przeszukiwanie półek i zajęła się książkami zgromadzonymi w schowku pod parapetem. Zastanowiła się, czy pan Briarley mógłby tam ukryć podręcznik.
— Co jeszcze mógłby ujrzeć? — spytał pan Briarley, nie ruszając się z fotela.
— Słucham? — zająknęła się Joanna. Nauczyciel wstał i skierował wzrok obok fotela, tam gdzie przed chwilą klęczała.
— Kto mi może powiedzieć, czym jest metafora? — zapytał, lustrując pokój. Jego lekcja, przeszło Joannie przez myśl. Wydaje mu się, że prowadzi swoją lekcję angielskiego.
— Pani Lander? — zwrócił się do niej, a jego spojrzenie ponownie utkwiło w punkcie obok fotela. — Może pani zdefiniować metaforę?
Joanna zerknęła na schody, zastanawiając się, czy zawołać Kit.
— Metafora to sugerowane lub bezpośrednie zestawienie dwóch pojęć, które pod pewnym względem są do siebie podobne — oświadczył. — Śmierć jest podróżą, wyprawą, przejściem. Tak jest, panie Inman, wiem, że nigdy pan nie widział mgły z nogami. To dlatego, że większość rzeczy jest podobna tylko pod jednym lub dwoma względami. Mgła jest cicha i tajemnicza, jak kot, ale z drugiej strony nie jada ryb, ani też, jak pan słusznie zauważył, nie ma nóg. — Pan Briarley wstał, podszedł do stołu i usiadł na jego krawędzi.