Na końcu korytarza zadzwoniła winda. Przeszło jej przez głowę, że to na pewno Richard albo pan Mandrake. Pośpiesznie namacała w kieszeni klucze i je wyciągnęła. Dobiegł ją odgłos rozsuwanych drzwi windy. Wsunęła klucz do zamka, obróciła go i położyła dłoń na klamce.
— Joanna! — zawołała Vielle. W takiej sytuacji nie pozostało jej nic innego, jak tylko odwrócić się, uśmiechnąć i mieć nadzieję, że pielęgniarka chciała tylko omówić szczegóły najbliższego wieczoru smakołyków.
Nic podobnego.
— Dobrze się czujesz? — spytała Vielle. Na jej twarzy pojawił się taki sam zatroskany wyraz, jaki zawsze przybierała na swoim oddziale. — Coś się stało? Widziałam, jak odjeżdżałaś spod szpitala taksówką. Zawołałam cię, ale zdaje się, że mnie nie usłyszałaś. Dokąd pojechałaś?
Joanna rozejrzała się niespokojnie po korytarzu. Nie powinny rozmawiać w tym miejscu.
— Do Kit. — Otworzyła drzwi i schroniła się w gabinecie.
— Taksówką? — Vielle weszła za nią do środka. — Zepsuł ci się samochód? Mogłaś pożyczyć mój.
— Pan Mandrake mnie ścigał. — Joanna spróbowała się uśmiechnąć. — Zaczaił się przy wejściu na parking.
Vielle najwyraźniej przyjęła to wytłumaczenie.
— Dlaczego pojechałaś do Kit?
— Po książkę — wytłumaczyła, choć przecież nie miała jej przy sobie.
— Zaniepokoiłam się, że nie włożyłaś płaszcza.
— Już ci mówiłam, pan Mandrake deptał mi po piętach. Nie mogłam nawet wrócić do gabinetu po torebkę. On bez przerwy wokół mnie węszy. Jeszcze trochę i będziemy musiały urządzać nasze wieczory smakołyków w specjalnie przygotowanych kryjówkach. — Spróbowała zmienić temat. — Właśnie, kiedy się spotykamy w tym tygodniu?
Nic z tego.
— Na pewno nic ci nie jest? Od dwóch tygodni sprawiasz wrażenie rozkojarzonej.
— Bo jestem rozkojarzona. Moja najlepsza przyjaciółka wciąż pracuje na oddziale nagłych wypadków, chociaż naćpany szaleniec omal nie odstrzelił jej ręki. — Wskazała na zabandażowane ramię Vielle. — Jak ci poszło dzisiaj? Jakieś nowe próby zabójstwa?
— Już dobrze, dobrze. — Vielle podniosła ręce w geście kapitulacji. — Może jutro? Chodzi mi o wieczór smakołyków. Ty powiesz Richardowi, a ja zadzwonię do Kit.
A wtedy Kit i Vielle wymienią się spostrzeżeniami, zaczną wypytywać, dlaczego tak szybko wyszłam i co powiedział Briarley.
— Nie mogę — stwierdziła Joanna. — Jestem zawalona relacjami, które muszę przepisać. — Siadła przy biurku i włączyła komputer na potwierdzenie swoich słów. — Nie ma szans, abym w tym tygodniu wróciła do domu przed dziesiątą. Może w sobotę?
— Wyśmienicie. Powiem Harveyowi Żywemu Trupowi, że jestem zajęta. Wiedziałaś, że w kostnicach wstrzykuje się trupom mastykę w policzki, żeby wyglądały zdrowiej?
— A zatem sobota? — Joanna wyciągnęła kasetę i wsunęła ją do dyktafonu.
— I w ten sposób pozwalam ci się przepracowywać. — Vielle ponownie przybrała zatroskany wyraz twarzy. — Chciałam się tylko upewnić, że nic ci nie jest. — Wychodząc, odwróciła się jeszcze na progu. — Wiem, że ta dithetamina powinna być całkowicie nieszkodliwa, ale wszystkie substancje chemiczne mają skutki uboczne, nawet aspiryna. Powiedziałaś Richardowi o tym, co cię trapi, cokolwiek to jest?
Nie mogę powiedzieć Richardowi. Nie mogę powiedzieć nikomu, nawet tobie. Zwłaszcza tobie. Codziennie stykasz się z umierającymi ludźmi. Jak mogłabyś znieść świadomość, że wiesz, co się z nimi później dzieje?
Spojrzała pogodnie na Vielle.
— Nic mnie nie trapi, poza tym, że nie wiem, jak mi się uda spisać te wszystkie nagrania.
— Wobec tego lepiej bierz się do roboty. — Vielle odwzajemniła uśmiech. — Po prostu się o ciebie martwię.
— Wiem. Vielle… — zaczęła, kiedy pielęgniarka znalazła się już na korytarzu.
Vielle odwróciła się gwałtownie i szybko przymknęła za sobą drzwi.
— Pan Mandrake właśnie wysiadł z windy — szepnęła. — Zarygluj drzwi i wygaś światła. — Błyskawicznie wyszła na korytarz, zamykając drzwi.
Joanna rzuciła się do wyłącznika światła, a następnie do zamka.
— Nie ma jej tutaj — usłyszała głos Vielle. — Właśnie zostawiałam jej wiadomość.
— Wie pani, kiedy wróci? — spytał pan Mandrake.
— Nie mam pojęcia.
— Mam jej coś niezwykle ważnego do zakomunikowania, a ona nigdy nie odpowiada na wiadomości na pager — stwierdził z przyganą. — Wspomniała pani coś o wiadomości? To dobry pomysł, sam też zostawię notatkę.
Rozległo się szuranie, jakby Vielle usiłowała nie dopuścić pana Mandrake do drzwi, a potem ktoś nacisnął klamkę.
— Musiałam niechcący zatrzasnąć blokadę, kiedy wychodziłam — oświadczyła Vielle. — Strasznie mi przykro. — Po chwili jej głos dobiegł z głębi korytarza: — Powtórzę jej, że chciał się pan z nią widzieć. — Zadźwięczała winda.
Joanna stała przy drzwiach, nasłuchując pana Mandrake’a i obawiając się włączyć światło. Zastanawiała się, czy wciąż tam się czai, lecz po chwili zdecydowała się wrócić za biurko. Usiadła i zamyśliła się, co robić dalej.
Będę musiała zrezygnować z uczestnictwa w badaniach. Wymyślę wymówkę, powiem Richardowi, że jestem zbyt zajęta, a projekt uniemożliwia mi normalną pracę. A jak zrezygnuję, to co? Wrócę do przeprowadzania wywiadów z ludźmi, którzy przeszli śmierć kliniczną? Jak mogę kontynuować badania z wiedzą, którą dysponuję? Jak mogę rozmawiać z Maisie, która pewnie umrze, zanim się doczeka nowego serca? Albo z Kit, której narzeczony poszedł na dno wraz z Titanikiem, a wujek jest uwięziony na jego pokładzie i wystrzeliwuje rakiety, których nikt nie widzi? Nie mogę. Będę musiała porzucić szpital, poszukać sobie innego miejsca, uciec. Jak Ismay, wślizgujący się ukradkiem do łodzi ratunkowej, pozwalający utonąć kobietom i dzieciom. „Parszywy tchórz”, stwierdziła z pogardą Maisie, a ona z całą pewnością wiedziała, czym jest odwaga. Od dawna zaglądała śmierci w oczy i nigdy nie usiłowała uciec.
Tylko dlatego, że nie mogła, stwierdziła Joanna, lecz to nie była prawda. Wystarczyło spojrzeć na pana Mandrake’a i panią Davenport. I na matkę Maisie. I Amelię.
Joanna uświadomiła sobie, że właśnie dlatego Amelia zrezygnowała z dalszych sesji. Dotąd tylko częściowo wierzyła w jej opowieść o przejmowaniu się ocenami, lecz zakładała, że brak zainteresowania kolejnymi eksperymentami wynikał z obojętności Richarda. W rzeczywistości było inaczej. Amelia rozpoznała śmierć, jęknęła: „O nie, o nie, o nie” i zrezygnowała z badań.
Ale Amelia miała tylko dwadzieścia dwa lata. Była ochotniczką, a nie osobą współodpowiedzialną za przebieg badań. Nie zgłosiła się po to, aby dowiedzieć się, czym są doświadczenia graniczne, a kiedy poznała prawdę o nich, ogarnęła ją panika, straciła zimną krew, schroniła się na najbliższej łodzi ratunkowej. „Tam, skąd pochodzę, powiesilibyśmy cię na najbliższej sośnie”, mruknęła Joanna.
Gdyby nawet została, gdyby powiedziała o wszystkim Richardowi, co by osiągnęła? Nie uwierzyłby jej. Uznałby, że zmieniła się w Bridey Murphy. Poinformowałby ją, że cierpi na złudzenia powstające w płacie skroniowym.
Bardzo dobrze. W takim razie musi mu udowodnić, że ma rację. Podeszła do drzwi, uderzając kolanem w szafkę. Zapaliła światło. Zbierz dowody. Zdobądź informacje z zewnątrz. Zacznij od Amelii Tanaki.