Joanna posłała mu zaskoczone spojrzenie, lecz pan Wojakowski uśmiechał się z sympatią.
— Chyba nigdy pani nie mówiłem, jak przypadkiem zostawiliśmy go na pokładzie podczas ewakuacji z Yorktown. Leżał w izolatce, a kiedy się obudził, zobaczył, że na okręcie nie ma nikogo poza nim i George’em Weisem, który ma pękniętą czaszkę i nie żyje. Wszyscy pozostali znaleźli się już na Hammanie i Hughesie.
To niemożliwe, żeby zmyślał. Podaje zbyt wiele szczegółów. Na pewno częściowo mówi prawdę.
— Woła nas, ale go nie słyszymy, bo jesteśmy za daleko. Robi, co w jego mocy — wrzeszczy i macha rękami. — Pan Wojakowski zademonstrował, rytmicznie unosząc ramiona nad głową i opuszczając, jakby udawał semafor. — Z kuchni wydostał nawet jakiś garnek i tłukł w niego co sił, ale i tak nic nie słyszeliśmy, bo byliśmy za daleko i zajmowaliśmy się zupełnie czym innym. No więc stoi tam, na okręcie idącym na dno i nie przychodzi mu do głowy żaden sposób, aby kogokolwiek powiadomić.
— Panie Wojakowski… — usiłowała się wtrącić Joanna.
— I co robi? Bierze karabin maszynowy i strzela w wodę. Jesteśmy za daleko, aby usłyszeć, ale Pulpet Fratelli widzi kule odbijające się rykoszetem od wody i wrzeszczy: „Okręt podwodny” Wszyscy zaczynają się gapić, ale nikt nie potrafi wykombinować, co jest grane. Widać, że to nie okręt podwodny ani bomba głębinowa. Podnoszę więc wzrok i oto on! Stoi sobie na pomoście komunikacyjnym na lewej burcie. Niezły był z niego cwaniak, co? Tak sobie wykombinować, jak przekazać nam wiadomość?
— Panie Wojakowski, chciałam panu zadać jedno pytanie.
— Ed.
Zastanowiła się, po co miałaby go o cokolwiek pytać, skoro w rezultacie przypomni sobie kolejną historię z Yorktown. A nawet jeśli udzieli jakiejś odpowiedzi, Richard i tak nie uwierzy kompulsywnemu kłamcy.
— Proszę walić śmiało, pani doktor.
— Panie Wo… Ed, przedstawiając swoje relacje, sporo mówił pan o drugiej wojnie światowej. Czy w swoich doświadczeniach granicznych zauważył pan coś, co przypomniało panu o przeżyciach wojennych?
— Chodzi pani o Yorktown? — Zdjął czapkę i podrapał się po piegowatym czole. — Nie przypominam sobie.
Jeden jedyny raz chciałabym, aby coś mi opowiedział, a on milczy.
— Nic konkretnego, pani doktor. Przykro mi.
— Nie ma sprawy — oświadczyła i pozbierała swoje rzeczy. — Tak się tylko zastanawiałam.
Pan Wojakowski włożył czapkę na głowę.
— To znaczy oprócz tego, że znajdowałem się na statku, tak?
Rozdział 37
„Pora na mnie, mgła się podnosi”.
— Znajdował się pan na statku? — powtórzyła ostrożnie Joanna. — Jakim statku?
— Trudno powiedzieć — stwierdził pan Wojakowski. — Na pewno nie na Yorktown. Znałem każdy centymetr mojego okrętu, a tamego korytarza zupełnie sobie nie przypominałem. Poza tym drzwi nie wyglądały znajomo. Takie drzwi częściej się widuje w wejściu do kajuty dowódcy. Pamiętam, jak kiedyś poszedłem po coś do kapitana okrętu i widzę, jak z jego kabiny wychodzi Śmierdziel Malone. Wiadomo, że Śmierdzielowi tylko złe w głowie, to największy łobuz w całej marynarce, a to niemało. Tak czy owak, Śmierdziel mnie widzi i mówi…
— Dlaczego uważa pan, że to był statek? — wtrąciła się Joanna.
— Była pani kiedyś na pokładzie? Jeśli tak, to wie pani, że tego uczucia nie da się z niczym pomylić. Poznałaby to pani nawet z zawiązanymi oczyma i z zatkanymi uszami. Jak teraz o tym myślę, to chyba właśnie tak wtedy wyglądałem.
— Nie potrafi pan określić, co to był za statek?
— Nie. Ale wiem, że chodzi o jednostkę marynarki wojennej, bo za drzwiami widziałem marynarzy.
— Widział pan marynarzy?
— Na pewno ludzi. Pomyślałem, że to marynarze. Światło było zbyt jasne, aby dostrzec szczegóły, ale zauważyłem białe ubrania, więc uznałem, że to muszą być marynarze.
Statek, a za drzwiami ludzie ubrani na biało.
— Powiedział pan, że czuł się tak, jakby znajdował się na morzu. Czy silniki pracowały?
— Silniki? — zdumiał się. — Nie. — Panie z błękitnymi włosami podeszły do niego ze zdecydowanym wyrazem twarzy.
— Samochód czeka, Edward — oznajmiła jedna z nich, wpatrując się w Joannę.
— Już idę — odparł. — Idźcie same, dziewczyny. Muszę się pożegnać z przyjaciółką — mrugnął do Joanny. Panie odeszły kilka kroków i zatrzymały się, z niecierpliwością czekając na swojego towarzysza. — Jeszcze jakieś pytania, pani doktor?
— Dlaczego wcześniej mi pan tego nie mówił?
— Powiem pani, że po prostu nie chciałem gadać jak nakręcony, zupełnie jak Gaduła Eggleton. Opowiadałem pani o nim? Nazywaliśmy go tak, bo jak zaczynał gadać, to nie dawał nikomu dojść do słowa i…
— Lepiej niech już pan idzie — przerwała mu Joanna i wskazała na panie, które wyglądały tak, jakby lada chwila miały dostać zawału. — Może pan nie zdążyć do autokaru.
— Ciągle to samo — westchnął pan Wojakowski. — Niech pani do mnie zadzwoni, jak tylko ustali pani plan. Mogę przyjść w każdej chwili. — Powoli ruszył się w stronę kobiet, lecz zaraz zawrócił. — Przyszło mi coś do głowy. To mógł być Franklin. Nie wiem tylko, jak zatonął.
— Zatonął?
— Nie, jak tak myślę, to na pewno nie Hammann, bo jego rufa się przełamała. Ani Wasp, bo odwrócił się do góry dnem, a Lexington położył się na burcie. Ten okręt, wszystko jedno, jak się nazywał, tonął dziobem w dół.
No i proszę, oto potwierdzenie z zewnątrz. Joanna pomyślała, że i tak nie uda się jej przekonać Richarda ani kogokolwiek innego. Pan Wojakowski nie był wystarczająco wiarygodny. Nabrała jednak pewności, że jest na właściwej drodze. Poza tym, skoro znalazła jeden dowód, to natrafi także na inne. Musiała ich tylko poszukać.
Pojechała z powrotem do szpitala i resztę dnia, a także cały następny, spędziła zabarykadowana w gabinecie, przeglądając relacje. Wyłączyła pager, ale pozostawiła działający telefon i automatyczną sekretarkę. Większość nagrań pochodziła od pana Mandrake’a.
Dzwonił w dwugodzinnych odstępach, coraz wyraźniej zirytowany, że nie może skontaktować się z Joanną.
— Skoro nie może pani znaleźć odrobiny czasu na to, aby mi oddzwonić — gderał — mogłaby pani przynajmniej wysłuchać, co pani Davenport ma do powiedzenia na temat swoich wizji. Dowodzą one jednoznacznie, że istnieje możliwość przesyłania wiadomości zza grobu.
Joanna skasowała nagranie i zakleiła szparę pod drzwiami czarnym papierem, aby nikt z zewnątrz nie zauważył światła. Następnie powróciła do czytania relacji.
„Szedłem długim, pochyłym tunelem”.
„Czułam ciepło, jakbym owinęła się kocem”.
„W drzwiach stała kobieta i mała dziewczynka. Wiedziałam, że to na pewno moja matka i młodsza siostra, która zmarła w wieku sześciu lat, chociaż były zupełnie niepodobne do siebie. Dziewczynka wzięła mnie za rękę i poprowadziła do pięknego ogrodu”.
Znowu coś o ogrodzie. Joanna włączyła wyszukiwarkę. „Byłem w czymś w rodzaju ogrodu”. „Eliasz stał w Ogrodzie Edeńskim”. „Za progiem ujrzałam ogród”.
Najbardziej szczegółowy opis przedstawiła Gladys Meers. „Wszędzie wokół wznosiły się drzewa i stały treliaże, obrośnięte winoroślą. Zasiądź, powiedział anioł, więc usiadłam na białym krześle z plecionej wikliny, takim, jakie się często widuje przed domami na patio”.