— To prawda, ale kiedy poinformowałem doktor Jamison o kwasie deltaaminomasłowym, zasugerowała, żebym udał się do doktora Friedmana w szpitalu Świętego Antoniego. Doktor Friedman sporo zajmował się tym kwasem i jego sztucznymi substytutami. Dowiedziałem się od niego, że kwas deltaaminomasłowy samodzielnie nie może pełnić roli inhibitora endorfin, lecz w połączeniu z kortyzolem, jak najbardziej.
— Innymi słowy, inhibicja endorfin mogła jej przywracać świadomość?
— Tego jeszcze nie wiem. Spytałem go także o theta-asparcynę, ale to nie jest inhibitor. Doktor Friedman specjalizuje się w inhibitorach, więc niewiele wiedział o tej substancji. Powiedział, że wydaje mu się, iż pełni ona funkcje regulacyjne. Podobno wyprodukowano jej syntetyczny odpowiednik. Muszę przeprowadzić jeszcze trochę badań, ale przede wszystkim zajmę się panią Troudtheim. Chcę sprawdzić, czy kortyzol pojawiał się podczas wszystkich jej sesji. Jeśli tak, znam kilka sposobów przeciwdziałania jego obecności, które umożliwią mi utrzymanie jej w stanie śmierci klinicznej. I to właściwie tyle. Do zobaczenia jutro o czwartej.
O czwartej. Do tego czasu będzie już coś wiedziała. Może nawet wcześniej, jeśli uda się jej skontaktować z Kit. Gdy tylko dotarła do domu, zadzwoniła do niej po raz kolejny, a potem ponawiała próby co kwadrans, coraz bardziej się denerwując. Wreszcie udało się jej połączyć.
— Bardzo się cieszę, że dzwonisz — przywitała ją Kit. — Chciałam cię przeprosić za pozostawienie książki w miejscu, w którym wujek Pat mógł ją znaleźć. Nie mam ci za złe, że tak wyszłaś.
— To nie był powód… — zaczęła Joanna, ale Kit nie słuchała.
— Zrobiłam coś niewyobrażalnie głupiego — oświadczyła. — Widzisz, on ją już wcześniej ukrył. Nietrudno się było domyślić, że ponowi próbę. Wcale się nie dziwię, że jesteś wściekła.
— Wcale nie jestem wściekła… — zaprzeczyła Joanna.
— A powinnaś. Wciąż jej nie znalazłam, chociaż szukałam wszędzie. Za kaloryferami, wewnątrz…
— Prawdę mówiąc, nie dzwonię w sprawie podręcznika.
— No pewnie, przecież miałam przygotować odpowiedzi na twoje pytania. Na Titanicu nie było biblioteki, za to na pokładzie z promenadą znajdowała się sala czytelniczo-pisarska, wyposażona w półki z książkami i biurka. Tuż obok salonu pierwszej klasy z barem. Poza tym zgadza się, Scotland Road to przejście dla załogi, usytuowane na pokładzie E i biegnące przez niemal całą długość statku. Jego…
— Potrzebuję jeszcze jednej informacji. Możesz mi powiedzieć, czy tamta noc była mglista?
— Nie — odparła bez wahania Kit. — Powietrze było idealnie przejrzyste. I nie wiał wiatr. Jeden z rozbitków opowiadał później, że zdawało mu się, że pływa po jeziorze. Właśnie dlatego załoga nie dostrzegła fal rozbijających się o górę lodową.
— Może potem pojawiła się mgła? Już po zderzeniu?
— Nie sądzę. — Kit nie miała wątpliwości. — Wszyscy rozbitkowie twierdzili, że nigdy nie widzieli równie przejrzystej nocy. Podobno gwiazdy dochodziły do linii horyzontu. Mam poszukać potwierdzenia w książkach?
— Nie, to mi wystarczy. Dzięki. Powiedziałaś mi wszystko, co chciałam wiedzieć. — Kiedy Joanna odłożyła słuchawkę, pomyślała, że i tak to wszystko wiedziała. Informacje od Kit w połączeniu z często pojawiającą się wizją ogrodu oznaczały, że pan Briarley się mylił.
Oczywiście miał rację, dlaczego zobaczyła Titanica. To prawda, ujrzała lustrzane odbicie śmierci. Na szczęście mylił się, twierdząc, że wszyscy są skazani na ujrzenie go i może Kit miała rację, a Greg Menotti mówił o czymś zupełnie innym niż Carpathia.
Mam nadzieję, pomyślała następnego ranka, idąc do gabinetu. Mam nadzieję.
Automatyczna sekretarka mrugała jak oszalała. Joanna zdjęła płaszcz, i wcisnęła przycisk odtwarzania. Pierwsze nagranie pochodziło od Richarda: „Tish nie może przyjść o czwartej. Przesunąłem panią Troudtheim na drugą. Zadzwoń, jeśli pora ci nie odpowiada”.
Leonard Fanshawe. Pan Mandrake. „Dowiedziałem się z niezwykle wiarygodnego źródła, że poddaje się pani eksperymentom w projekcie badawczym doktora Wrighta”.
O nie, tylko tego mi było trzeba.
„Bardzo pragnąłbym podyskutować na temat pani wspomnień, aby ustalić, czy doświadcza pani rzeczywistych przeżyć granicznych. Taka ewentualność wydaje mi się wątpliwa”.
Mam nadzieję, że pan ma rację. Joanna skasowała resztę jego wiadomości. Zadzwonił telefon. Jeśli pan Mandrake uważa, że podniosę słuchawkę, to się bardzo myli, pomyślała. Sekretarka rozpoczęła nagrywanie.
— Musi pani natychmiast przyjść — oświadczyła zadyszana Maisie. — Chcę pani coś pokazać.
Joanna podniosła słuchawkę.
— Maisie, jestem przy telefonie. Co takiego mam zobaczyć?
— Oglądałam… Ilustrowanego Titanica — urwała, żeby wziąć głęboki oddech — i…
— Nadal masz migotanie przedsionków? — spytała surowo Joanna.
— Tak, ale… czuję się znacznie lepiej — zadyszała się Maisie.
— Powiedziałam ci, że nie wolno ci niczego sprawdzać, dopóki ci nie przejdzie.
— Zajrzałam tylko do jednej książki — zaprotestowała dziewczynka. — Zresztą nie wiem, czy można to uznać… za ogród, dlatego musi pani przyjść.
— Co można uznać za ogród?
— Kawiarnię Verandah. Są w niej kwiaty i drzewa, i winorośle… rosnące na tych siatkach, nie pamiętam jak się nazywają, takie białe, z drewna…
Treliaże, stwierdziła w myślach Joanna.
— Powiedz mi, jak wyglądały krzesła — poprosiła, otwierając plik z relacją Gladys Meers.
— Są białe, wykonane z takich drobnych, cienkich… Sama nie wiem. — Maisie wydawała się sfrustrowana. — Musi pani przyjść zobaczyć.
— W tej chwili nie mogę. Jakich drobnych i cienkich?
— Takich długich, pogiętych patyków. Jak koszyk.
Wiklina. Ujrzała to słowo na ekranie komputera. „Wszędzie wokół wznosiły się drzewa i stały treliaże, obrośnięte winoroślą. Usiadłam na białym krześle z plecionej wikliny, takim, jakie się często widuje przed domami na patio”.
— Są tam jakieś drzewa? — spytała Joanna, otwierając plik pani Woollam.
— Tak — potwierdziła Maisie, a Joanna wiedziała już, co usłyszy. — Palmy, ale musi pani sama przyjść je obejrzeć.
To nie ogród niebiański, tylko kawiarnia Verandah. Na Titanicu.
— Może pani przyjść dzisiaj rano? — dopytywała się Maisie.
Nie, o drugiej zjawi się pani Troudtheim. Muszę się upewnić, że nie było tam żadnej mgły.
— Dzisiaj rano mi się nie uda, jestem zbyt zajęta.
— Wobec tego niech pani przyjdzie po lunchu. Znalazłam wszystkie wiadomości radiotelegraficzne. Powiedziała pani, że kiedy sporządzę pełną listę, wtedy pani przyjdzie.
— Przyjdę dzisiaj po południu.
— Zaraz po lunchu?
— Zaraz po lunchu.
— Obiecuje pani? Słowo honoru?
— Słowo honoru — potwierdziła Joanna i odłożyła słuchawkę. Ponownie wyświetliła wszystkie wypowiedzi, w których pojawiło się słowo mgła. „Znajdowałem się wysoko na suficie i wpatrywałem się w stół operacyjny. Widziałem, jak lekarz przykłada mi do klatki piersiowej te płaskie talerzyki, przypominające rakietki do ping-ponga, a potem nic nie widziałem, bo pojawiła się mgła”, opowiadał pan James. Pani Katzenbaum mówiła: „Tunel był ciemny, lecz na jego końcu świeciło złote światło, zamazane, jakby przebijało się przez dym albo mgłę”.