Dym. Carl Śpiączka też coś wspominał o dymie. A może wcale nie chodzi o mgłę, tylko o dym? Albo parę? Titanic był parowcem. „Toniemy. Nic nie słychać z powodu szumu pary”, głosił spisany przez Maisie telegram.
Ale przecież para wydostawałaby się kominami. Nie kładłaby się po pokładach. A dym? Czy na statku mogły wybuchnąć pożar, kiedy przechył się pogłębił? Może płonący węgiel wysypał się z pieców na podłogę kotłowni albo świeca przewróciła się na obrus w salonie jadalnianym pierwszej klasy?
Zadzwoniła do Kit, ale linia była zajęta. Maisie wiedziałaby, czy na statku wybuchł pożar, zwłaszcza że tak bardzo interesowała się pożarem w cyrku w Hartford. Poza tym można by ją bezpiecznie spytać, bo nie chodziło o mgłę, tylko o dym. Kogo chcesz oszukać?, zadała sobie pytanie Joanna. Maisie od razu dostrzeże analogię.
Ponownie zatelefonowała do Kit. Odebrał pan Briarley.
— Proszę pana, chciałabym rozmawiać z Kit.
— Nie ma jej w domu — odparł. — Poszła do kościoła. Wszyscy są w kościele, poza Kevinem. Nie wiem, gdzie on jest.
Właśnie to miała na myśli Kit, kiedy wspominała, że pan Briarley mówi okropne rzeczy. Joanna przypomniała sobie, że była przekonana, iż chodzi o coś obscenicznego.
— „Umieramy samotni, zgodnie z wolą Nieba” — zacytował. — Kevin poszedł po film. Kit go wysłała. Nie mam pojęcia, czemu wcześniej o tym nie pomyślała.
Joanna uznała, że to gorsze niż wulgaryzmy i Kit nie może tego słuchać.
— Proszę jej przekazać, że dzwoniłam. Do widzenia. — Pożegnała się i chciała się rozłączyć, lecz było za późno. Kit podniosła słuchawkę.
— Cześć. Kto mówi? — spytała radosnym tonem. — O, cześć Joanna, o czymś zapomniałaś?
Joanna pomyślała, że może Kit nie słyszała, co powiedział jej wujek, może właśnie zeszła po schodach i ujrzała, jak trzyma telefon. Wiedziała jednak, że to nieprawda, że słyszała każde słowo. Zresztą ile razy musiało się to jej przytrafić? Dziesiątki? Setki?
— Joanna? — przypomniała o sobie Kit. — Chciałabyś wiedzieć coś jeszcze na temat Titanica?
— Tak — potwierdziła Joanna, starając się mówić równie spokojnie jak przyjaciółka. — Wiesz może, czy na pokładzie coś się paliło?
— Chodzi ci o przypadkowy pożar czy normalny ogień?
— Normalny ogień?
— No wiesz, taki jak pod kotłami i w kominkach.
— Na Titanicu były kominki? — zdumiała się Joanna i przypomniała sobie kobietę z upiętymi włosami, mówiącą: „Powiemy stewardowi, żeby rozpalił ogień”.
— Tak — potwierdziła Kit. — W palarni, o ile się nie mylę, i w niektórych kabinach pierwszej klasy. — Joanna uznała, że rozpalono ogień w kominku, bo pasażerowie zmarzli na pokładzie, a potem nie ugaszono go, gdy statek zaczął się przechylać. Wtedy drewno i popiół wysypały się na dywan, a od ognia zajęły się zasłony i całą kabinę wypełnił dym.
— Czy o taki ogień ci chodziło? — spytała Kit.
— Sama nie wiem, o jaki ogień mi chodziło. Zastanawiam się, skąd się mogło wziąć dużo dymu. Albo pary.
— Pamiętam, że wujek Pat wspominał kiedyś o ogniu w jednej z kotłowni, w magazynie na węgiel. Pożar tlił się od chwili opuszczenia portu, ale nie sądzę, aby pojawił się jakiś dym. Albo para, zgadza się?
— Tak.
— Myślałam o tej scenie w filmie, kiedy rozlega się ogłuszający wybuch, a na pokładzie łodziowym wszystkich przysłania para. Postaram się coś znaleźć na ten temat. Dzwoniłaś może wcześniej, kiedy było zajęte?
— Tak — przyznała Joanna.
— Tego się obawiałam. Wujek Pat zaczął zdejmować słuchawkę z widełek. Wciąż sprawdzam, czy telefon jest sprawny, niemniej…
— „Och, ojcze, słyszę odgłosy wystrzałów”* [Henry Wadsworth Longfellow, op. cit.] — usłyszała głos pana Briarleya.
— Zadzwonię do ciebie, jak tylko cokolwiek znajdę — zobowiązała się Kit.
— Potrzebuję informacji jak najszybciej…
— „Och, powiedz, cóż to być może?”* [Ibid.] — ciągnął pan Briarley.
— …najszybciej jak się da. — Zakończyła Joanna, a Kit powiedziała, że w porządku, lecz Joanna nie wiedziała, czy dobrze słyszy, z oddali dochodził bowiem głos pana Briarleya, deklamującego: „Jakiś okręt w potrzebie, który żyć nie może”* [Ibid.]. Przemawiają do nas!
Joanna odwiesiła słuchawkę i wbiła w nią wzrok, zastanawiając się, czy mgła mogła być parą. Żadna z osób po doświadczeniach granicznych nie twierdziła nigdy, że mgła wirowała lub poruszała się w jakikolwiek sposób, a Maisie powiedziała, że znajdowała się w jakimś pomieszczeniu, a nie na zewnątrz, na pokładzie łodziowym.
A może się myliła? Joanna powróciła do pierwszej rozmowy przepowadzonej z dziewczynką. „Znalazłam się w jakimś pomieszczeniu, wydaje mi się, że w tunelu, ale prawie nic nie widziałam, bo było ciemno i mglisto”, wspominała Maisie, a potem powiedziała jeszcze o ścianach po obu stronach. „Były naprawdę wysokie. Sufit znajdował się tak wysoko, że go nie widziałam”.
W żadnym pomieszczeniu na statku nie było wysokich sufitów, nawet w luksusowych kabinach Titanica. Maisie znalazła się zapewne na pokładzie łodziowym, a dobiegający ją hałas był odgłosem pary wypuszczanej przez kominy. Maisie stwierdziła, że usłyszała ryk. Na pokładzie łodziowym nie było jednak wąskiego pomieszczenia z wysokimi ścianami po obu bokach. Z drugiej strony, dym ma charakterystyczny zapach, a para nie.
Joanna wystukała słowa para, mgiełka i wirująca, a następnie przeszukała wszystkie swoje pliki, cały czas licząc na telefon od Kit. Doczekała się o jedenastej.
— Cześć — powiedziała z podnieceniem. — Znalazłam.
Joanna porwała słuchawkę.
— I co, na Titanicu wybuchł pożar?
— Pożar? — powtórzyła niepewnie Kit. — Ach, nie, jeszcze niczego o tym nie znalazłam. W indeksach są tylko wzmianki o ogniu pod kotłami oraz o palaczach, usiłujących go zgasić, zanim woda dotrze do kotłowni i spowoduje wybuch. Nie mam też nic o dymie, ale wciąż szukam. Nie dlatego dzwonię. Znalazłam książkę!
Tym razem Joanna powtórzyła niepewnie:
— Książkę?
— Lustra i labirynty!. Wreszcie się udało. Przewróciłam cały dom do góry nogami. Kuchnia wygląda tak samo jak wtedy, gdy zdemolował ją wujek Pat. Nie uwierzysz, gdzie znalazłam te książkę. W szufladzie lodówki, dlatego jest trochę wilgotna i chłodna, ale przynajmniej ją mam. Ukryłam ją w bezpiecznym miejscu, teraz wujek Pat na pewno jej nie znajdzie i nie schowa. Może wpadniesz? Zrobię coś na lunch.
— Nie bardzo, jestem zajęta. Zresztą… — Zresztą już wiem, co oznacza Titanic. Nie potrzebuję już książki, tylko dowodów.
— Zresztą nie jestem pewna, czy uda mi się wydostać z pracy. Mam strasznie dużo roboty.
— Mogę ci ją dostarczyć do szpitala — zaproponowała Kit. — Dziś wieczorem ma przyjść opiekunka do wujka, ale mogę zadzwonić i sprawdzić, czy mogą przysłać kogoś na popołudnie.
— Nie — stwierdziła sucho Joanna i zmusiła się, aby jej głos zabrzmiał bardziej entuzjastycznie. — Sama po nią przyjadę.
— Świetnie. Nie mogę się doczekać, aż sprawdzisz, czy w książce kryje się rozwiązanie twojego problemu. Upiekę ciasteczka.
— Och, nie rób sobie kłopotu. Nie wiem, kiedy dokładnie…
— To nie jest dla mnie kłopot. Zresztą wszystkie składniki mam na wierzchu — oświadczyła Kit. — Poza tym ciepło z piekarnika osuszy książkę. Do zobaczenia po południu — zakończyła rozmowę i rozłączyła się, zanim Joanna zdążyła jej przypomnieć, aby jak najszybciej zadzwoniła, gdy natrafi na wzmianki o jakimś pożarze.