Выбрать главу

Joanna pomyślała, że i tak nie ma co czekać na jej telefon, bo na Tianicu nie wybuchły żadne pożary. Gdyby coś się zaczęło odpowiednia scena z całą pewnością pojawiłaby się w przepełnionym efektami specjalnymi hollywoodzkim filmie. Z kolei pożar, który wyobraziła sobie Joanna, z płonącymi kawałkami drewna, wypadającymi z kominka w wyniku przechyłu i podpalającymi dywan, zgasłby niemal natychmiast, zalany wodą. Joanna doszła do wniosku, że musiało chodzić o parę, chociaż z drugiej strony pani Katzenbaum wyraźnie powiedziała „dym”, tak samo jak Carl Śpiączka.

Zadzwonił telefon. Joannie przeszło przez myśl, że to Kit z nowymi informacjami. Sięgnęła po słuchawkę, lecz momentalnie cofnęła rękę i poczekała, aż włączy się sekretarka. I dobrze, bo telefonował pan Mandrake.

— Nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie chce się pani ze mną skontaktować. Przesyłałem pani wiadomości na pager i wielokrotnie chodziłem do pani gabinetu — poskarżył się głosem drżącym od irytacji. — Dysponuję dowodami…

Dowodami, pomyślała pogardliwie Joanna. Ciekawe jakimi. Czyżby pani Davenport znowu coś sobie przypomniała na pańskie zamówienie? Znowu zadawał pan naprowadzające pytania? Zmieniał pan dane, aby dopasować je do swojej teorii, usuwając wszystko, czego się nie dało zmienić?

A właściwie jak byś nazwała to, czym sama dysponujesz?, zadała sobie pytanie. Czym różnią się twoje dowody od tego, co zebrał pan Mandrake? Zgromadziłaś kilkadziesiąt odniesień do Titanica, które niczego nie dowodzą poza tym, że odpowiednio intensywnie pracując, można dowieść wszystkiego. To, co masz, to twoje subiektywne odczucia, bez względu na to, ile procent relacji jest zbieżnych. Nie ma możliwości przeprowadzenia jakiejkolwiek weryfikacji z zewnątrz. Joannie przyszło do głowy, że potrzebuje czerwonej tenisówki albo mapy południowego Pacyfiku.

Jak mam zdobyć coś takiego? Pan Wojakowski to kompulsywny kłamca, pan Briarley nic nie pamięta, Amelia Tanaka odmawia prowadzenia rozmowy, Carl Śpiączka…

— Carl Śpiączka — wykrzyknęła głośno. Nie tylko ona go słyszała. Guadalupe i jego żona mogły wszystko poświadczyć. W tym, co mówił, pojawiały się wyraźne odniesienia do Titanica…

Ponownie otworzyła jego plik. Powiedział: „dym” oraz „o rety”, co niczego nie dowodziło. Przesunęła kursor niżej. „Woda… musimy…” Guadalupe dopisała: „…nie ma…” Nie ma łodzi?

Rozległo się pukanie do drzwi. Joanna wyobraziła sobie, że to pan Mandrake, i znieruchomiała.

— Joanna? — zawołał Richard. — Jesteś tam?

— Chwileczkę — odpowiedziała. Zamknęła plik, położyła teczkę pana Wojakowskiego na wierzchu stosu ze spisanymi relacjami i otworzyła drzwi.

— Cześć — przywitał się Richard. — Przyszedłem powiedzieć, że na jakiś czas znikam z laboratorium. W razie czego będę na siódmym piętrze u doktor Jamison. Mam nadzieję, że przyjrzy się skanom pani Troudtheim i dostrzeże coś, czego ja nie widzę.

— I co, znalazłeś kortyzol we wcześniejszych sesjach pani Troudtheim? — Joanna oparła się o drzwi, aby nie wszedł do środka.

— Tak, było go tam bardzo wiele. — Przeczesał dłonią włosy. — Niestety, zarówno kortyzol, jak i kwas deltaaminomasłowy pojawiły się w jednym badaniu Amelii Tanaki, dwóch twoich i trzech pana Sage’a, łącznie z jego rekordową sesją długości dwudziestu ośmiu minut.

— A więc nie zamierzasz dzisiaj badać pani Troudtheim — spytała z nadzieją Joanna.

— Przeciwnie, zamierzam. Biorę pod uwagę jeszcze kilka innych rozwiązań. Jedno z nich to theta-asparcyna.

— Wydawało mi się, że twierdziłeś, iż to nie jest inhibitor.

— I mówiłem prawdę, ale istnieje możliwość, że ta substancja w inny sposób przerywa doświadczenia graniczne. Poza tym ocknęłaś się, kiedy zmniejszyłem dawkowanie. To może oznaczać, że próg występowania doświadczeń granicznych u pani Troudtheim jest wyższy niż u innych osób, więc zwiększę dawkę i zobaczymy, czy to umożliwi przeprowadzenie eksperymentu. Właśnie dlatego przyszedłem. Chciałem się upewnić, że odpowiada ci godzina druga. Umówiłem się z doktor Jamison na pierwszą, lecz przyjdę znacznie przed czasem. Powiedziałem Tish, aby zjawiła się o wpół do drugiej, na wypadek, gdyby pani Troudtheim pokazała się za wcześnie. No więc — oświadczył, uderzając klamkę otwartą dłonią — widzimy się o drugiej.

— Dobrze — potwierdziła. — Do tego czasu skończę swoje sprawy. — W jej głosie musiał zadźwięczeć żal, gdyż Richard się odwrócił.

— Wiesz co? — spytał. — Oboje pracujemy o wiele za ciężko. Może kiedy już skończymy, wybierzemy się razem na kolację? Nie do Taco Pierre’s. Do prawdziwej restauracji.

Kiedy już skończymy.

— Z przyjemnością — zgodziła się Joanna.

— Świetnie. — Uśmiechnął się. — Stęskniłem się za tobą przez tych kilka dni.

— Ja za tobą też — odparła.

— Aha, na twoim miejscu zamknąłbym drzwi na klucz. Pan Mandrake przed chwilą wpadł do laboratorium. Szukał cię. Powiedziałem mu, że jesteś w bufecie.

— Dziękuję — odetchnęła Joanna.

— „Więcej jest rzeczy w niebie i na ziemi” — zacytował z szerokim uśmiechem i zniknął w windzie.

Joanna zamknęła drzwi, przekręciła zamek i powróciła do przeglądania zapisków Guadalupe. „…muszę… nie mogę… łaty”. Łaty?

Muszę się przyjrzeć oryginalnym notatkom pielęgniarki, uznała Joanna, po czym wyciągnęła stosik karteczek i skrawków papieru, na których Guadalupe spisywała słowa Carla Śpiączki. Pierwsza kartka nosiła nadruk formularza żywieniowego. Z tyłu widniał napis: „Ponownie jeńcy Wietkongu. Brak zrozumiałych słów. Wyrwał kroplówkę”. „…dym…” Następna kartka była wyrwana z bloczka recept: „…nie mogę… dwa”. A może powiedział „za”, jak w „za daleko dla niej”? A może chciał powiedzieć „tak”? Co tak?

Notatki w większości były krótkie. „Wiosłuje na jeziorze” albo „długo mamrocze. Nic nie można zrozumieć”. Wreszcie złowróżbne: „Bardzo cichy przez cały dzień”. Jedna informacja okazała się długa, a spisano ją na odwrocie ulotki koncernu farmaceutycznego. „Podczas mojej wczorajszej zmiany nie zrozumiałam niczego. Od trzeciej do jedenastej zastępstwo, a Paula zapomniała powiedzieć o robieniu notatek, więc nic nie ma. Dzisiaj pytałam, czy cokolwiek mówił. Pielęgniarka wyznaczona na zastępstwo odparła, że nie, tylko mruczał. Nie potrafiła rozpoznać melodii, ale stwierdziła, że brzmiała jak hymn”.

Hymn. Carl Śpiączka mruczący, długo, długo, krótko, krótko, długo. Joanna odwróciła się do komputera, żeby przeszukać własne pliki. Napisała hasło „mruczenie”. „Długo, długo, krótko, krótko”, głosiły zapiski w komputerze. „W skali opadającej”.

— Hmmm, hmmm, hm, hm, hm, hmm — zamruczała, usiłując odtworzyć zasłyszane dźwięki. — Półnuta, półnuta, ćwierćnuta…

Bliżej Ciebie, Panie.

Na taśmie. Potwierdzenie z zewnątrz. Pochyliła się i porwała pudło z taśmami. To było w dniu, kiedy poznała Richarda. Czyli kiedy? Dziewiątego stycznia. Przejrzała nagrania w poszukiwaniu odpowiedniej daty. Jest. Wrzuciła ją do magnetofonu i wcisnęła przycisk odtwarzania.

„Było ciemno…”, burknęła pani Davenport. Joanna przewinęła. „A potem ujrzałam siebie na przyjęciu z okazji ósmych urodzin. Bawiłam się w przypinanie ogona osiołkowi i…” Dalej, „…mój ślub…” Dalej. „I anioł wręczył mi telegram”.