Joanna ponownie rzuciła okiem w stronę pokoju pacjenta. Musi tam wejść i porozmawiać z nim przed zjawieniem się jego żony i doktora Cherikova, ale jeśli ktoś przy nim czuwa, a na pewno tak, bo pacjent, który właśnie odzyskał świadomość, nie może być zostawiany sam…
Zadzwoniła winda. Guadalupe i Joanna spojrzały w stronę drzwi, zza których wyłoniła się pielęgniarka.
— Znalazłaś ją? — spytała Guadalupe.
Pielęgniarka podeszła bliżej, kręcąc głową.
— Nie znalazłam jej w bufecie. Może powiadomić ją przez pager?
— Nie chcę jej przerazić — sprzeciwiła się Guadalupe. — Chodzi tylko o to, aby przyszła do męża. — Podniosła słuchawkę.
— A może w kaplicy? — podsunęła Joanna.
— Corinne już tam poszła — odparła Guadalupe. Wystukała numer telefonu, kilkakrotnie sprawdzając go w książce telefonicznej. — Byłaś w sklepiku z upominkami? — spytała pielęgniarkę.
— Tak, przy automatach z żywnością też.
— A poszłaś do… Mówi siostra Santos ze Szpitala Miłosierdzia. Usiłuję się skontaktować z doktorem Antonem Cherikovem. Poszedł do państwa na lunch. — Cisza. — Nie, nie odbiera wiadomości na pager. — Cisza. — Czy mógłby pan sprawdzić? To bardzo pilne. — Znowu zasłoniła mikrofon. — Sprawdzałaś w solarium? — zwróciła się do pielęgniarki.
Żadna z nich nie zwracała uwagi na Joannę, która wyszła z pokoju, a gdy Guadalupe podniosła wzrok, wskazała na zegarek i machnęła ręką.
— Sprawdziłam wszędzie — odparła cierpliwie pielęgniarka. — Założę się, że poszła do domu.
— Już tam dzwoniłam. Nikt nie odpowiadał, więc zostawiłam wiadomość.
— Nie przerazi się, kiedy odsłucha sekretarkę? — zaniepokoiła się pielęgniarka.
Joanna poszła szybko korytarzem, mijając pokój Carla. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy zniknęła z pola widzenia Guadalupe.
— Jest pan pewien, że go tam nie ma? — spytała pielęgniarka i rozległ się stuk odkładanej słuchawki. Zapadła krótkotrwała cisza. — Jak się pisze Sfuzzi’s?
— Sfuzzi’s? Nie mam pojęcia. Co to takiego?
— Restauracja.
Znowu cisza. Joanna ukradkiem cofnęła się kilka kroków, aby ponownie zerknąć na pokój pielęgniarek. Guadalupe i pielęgniarka stały przy biurku i wpatrywały się w otwartą książkę telefoniczną. Joanna szybko się pochyliła i przeszła na drugą stronę korytarza do pokoju Carla.
Pomyślała, że wystarczy jej jedna minuta rozmowy. Spojrzała na drzwi. W środku nie było pielęgniarki. Wślizgnęła się do środka. Uznała, że spyta tylko, czy był na pokładzie Titanica. Przymknęła za sobą drzwi. Musi zdążyć, zanim Carl o wszystkim zapomni, zanim…
— Dzień dobry — dobiegł ją głos z łóżka. Odwróciła się i ujrzała siwego mężczyznę, siedzącego na łóżku. Miał na sobie niebieską piżamę. — Z kim mam przyjemność? — spytał.
Przez długą chwilę serce Joanny waliło jak młotem. Myślała, że wkradła się do niewłaściwego pokoju, i nie miała pojęcia, jak to wyjaśni Guadalupe. Jak to wytłumaczyć Richardowi?
— Czy znaleziono już moją żonę? — spytał mężczyzna, a Joanna przekonała się, że to Carl Śpiączka. Miała wrażenie, że znajduje się w kinie, a kamera nagle robi najazd na jego twarz.
Nie sprawiał wrażenia nieznajomego. Joanna zdumiała się, bo wyglądał jak człowiek, a przedtem przypominał pustą skorupę. Zdawało się, że jego zapadła klatka piersiowa i cienkie ramiona napęczniały, jakby przybrał na wadze, co nie było możliwe. Twarz Carla, pokryta takim samym siwym zarostem, wyglądała na żyjącą, zupełnie jak dom, do którego nagle wrócili właściciele. Jego siwobrązowe włosy, codziennie starannie zaczesywane do tyłu, rozdzieliły się na boku i opadały niemal chłopięco na czoło. Joanna zawsze sądziła, że Carl ma szare oczy, tak bowiem wyglądały spod na wpół przymkniętych powiek, lecz w rzeczywistości okazały się ciemnobrązowe.
Wpatrywała się w niego jak idiotka.
— Ja… — wyjąkała, usiłując sobie przypomnieć, o co spytał.
— Czy jest pani jednym z moich lekarzy? — zainteresował się, patrząc badawczo na kitel Joanny.
— Nie — odparła. — Nazywam się Joanna Lander. Pamięta mnie pan, panie Aspinall?
Pokręcił głową.
— Niewiele pamiętam. — Miał inny głos, wciąż szorstki, lecz znacznie donośniejszy i głębszy niż dotąd. — Byłem w stanie śpiączki, rozumie pani.
— Wiem. — Skinęła głową. — Właśnie o tym chciałam z panem porozmawiać. Co pan pamięta. Jeśli pan pozwoli, zadam kilka pytań.
Joanna pomyślała, że Carl miałby prawo nie pozwolić. Potrzebowała jego pisemnej zgody. Formularz podpisany przez jego żonę stracił aktualność, gdy pacjent się obudził. Teraz należało sporządzić nowy dokument. Zachowywała się zupełnie wbrew zasadom. Nie miała jednak czasu na wypełnianie formularzy i wyjaśnienia. Lekarz albo pani Aspinall mogli się zjawić lada chwila.
Joanna przysunęła krzesło do łóżka, niespokojnie przyglądając się kołysaniu trąconej przez nią kroplówki. Usiadła.
— Czy mógłby pan opowiedzieć mi, co pan pamięta?
— Pamiętam, jak przyjechałem do szpitala. Alicia mnie przywiozła.
Joanna ostrożnie sięgnęła do kieszeni swetra, aby uruchomić dyktafon. Kieszeń była pusta. Uświadomiła sobie, że zostawiła magnetofon w gabinecie, kiedy zanosiła taśmę do archiwum.
— Potwornie bolała mnie głowa. Nie mogłem prowadzić, bo nic nie widziałem.
Joanna grzebała w kieszeni, poszukując czegoś do pisania, ale nie miała przy sobie nawet formularza dokumentu z wyrażeniem zgody na przeprowadzenie rozmowy. Przynajmniej zabrała z gabinetu długopis. Rozejrzała się dyskretnie, szukając kawałka papieru do pisania, jadłospisu, koperty, czegokolwiek. Guadalupe zabrała z pokoju kartę pacjenta, a na stoliku nic się nie znajdowało.
— Zamierzała pójść ze mną do lekarza, ale ból głowy stawał się coraz silniejszy…
Joanna sięgnęła do kosza na śmieci i wyciągnęła wyrzuconą kartkę z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Na kartce widniało zdjęcie modraszki z listem w dziobie. „Te życzenia fruną do Ciebie jak na skrzydłach”, głosił napis na kartce. Joanna odwróciła ją. Z tyłu była pusta.
— …więc zawiozła mnie na oddział nagłych wypadków i wtedy… — Carl zawiesił głos, wpatrując się prosto przed siebie. — Było ciemno.
Ciemno, pomyślała Joanna, a jej ręka zadrżała, gdy zapisywała to słowo.
— Alicia nie znosi jeździć po zmroku, ale tym razem musiała. Było bardzo zimno. — Podniósł rękę i delikatnie dotknął karku, jakby wciąż był obolały. — Pamiętam, jak doktor powiedział, że mam zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, a potem posadzono mnie na wózku inwalidzkim. Następnie pamiętam, że pielęgniarka rozsunęła zasłony, a ja zdumiałem się, że nie jest ciemno. — Uśmiechnął się do Joanny. — I to by było wszystko.
Zupełnie, jakby rozmawiała z Gregiem Menottim.
— Pamięta pan cokolwiek z okresu między wózkiem inwalidzkim i rozsuwaniem zasłon?
— Nie — padła odpowiedź. — Zupełnie nic.
— Miał pan jakieś sny? — nie ustępowała Joanna. — Pacjenci w śpiączce niekiedy śnią.
— Sny — zamyślił się. — Nie. — W jego głosie nie zabrzmiała niepewność czy chęć uniknięcia odpowiedzi. Powiedział to zupełnie rzeczowym tonem.