Выбрать главу

No i wszystko jasne. Nic nie pamiętał. Powinna mu podziękować, kazać odpocząć i wynosić się z jego pokoju, zanim Guadalupe przyłapie ją na gorącym uczynku. Mimo to Joanna nie wstała.

— Czy coś pan słyszał?

Pokręcił głową.

— Carl, może docierały do ciebie jakieś głosy? — nie rezygnowała, bezwiednie zwracając się do niego po imieniu. — Przypominasz sobie jakiekolwiek głosy?

Zaczął kręcić głową, lecz nagle znieruchomiał i wbił wzrok w Joannę.

— Pamiętam pani głos. Mówiła pani, że pani przeprasza.

Joanna przypomniała sobie, jak przeprosiła Carla za to, że zabrzęczał jej pager i że musiała wyjść.

— Słyszałem głosy mówiące mi, że jestem w stanie śpiączki i mam podwyższoną temperaturę.

Joanna przypomniała sobie, że wraz z innymi osobami szeptała o jego stanie, zwracała się do niego Carl Śpiączka. Guadalupe miała rację, słyszał je. Zawstydziła się.

— Była pani tutaj? — spytał, rozglądając się po pokoju.

— Tak. Czasami przychodziłam i siedziałam z panem.

— Słyszałem pani głos — powtórzył, jakby nie potrafił tego zrozumieć. — A zatem musiałem spać. Naprawdę leżałem tutaj, przez cały czas. — Podniósł na nią wzrok. — Nie miałem wrażenia jakbym spał.

— Tylko jakie?

Nie odpowiedział.

— Mówiłem coś? — spytał.

— Czasami — odparła ostrożnie. — Niekiedy pan mruczał, a raz powiedział pan „o rety”.

Pokiwał głową.

— Skoro coś mówiłem, to na pewno był tylko sen.

Całą siłą woli powstrzymała się przed zapytaniem, czy krzyknął „o rety” ze strachu przed podnoszącą się wodą? Jaką melodię pan mruczał? Nie mogła wykrzyknąć: „Był pan na Titanicu, prawda? Prawda?”

— Skoro mnie pani słyszała, to nie mogłem tam być naprawdę — powiedział pośpiesznie.

— Dlaczego nie?

— Bo było za daleko… — Urwał i spojrzał na drzwi.

Za daleko dla niej.

— Za daleko na co? — ponagliła go i w tej samej chwili drzwi się otworzyły.

— Witam — stwierdził technik z laboratorium, wchodząc do środka z metalowym koszykiem, pełnym probówek i igieł. — Nie, proszę nie wstawać — zwrócił się do Joanny, która zerwała się na równe nogi. — Mogę podejść z drugiej strony. — Postawił koszyk na stole nad łóżkiem. — Niech państwo sobie nie przeszkadzają — oznajmił, wciągając gumowe rękawiczki. — Chciałbym tylko pobrać trochę krwi. — Owinął ramię Carla gumową rurką.

Joanna wiedziała, że powinna oświadczyć: „Oczywiście, w porządku” i porozmawiać z nim podczas pobierania próbki, lecz bała się, że w tym czasie Carl straciłby wątek.

— Za daleko na co? — powtórzyła, lecz Carl nie słuchał. Ze strachem wpatrywał się w igłę wyciągniętą przez technika.

— Tylko małe ukłucie. — Technik usiłował pocieszyć pacjenta, który najwyraźniej i tak przestał się bać.

— To igła — powiedział takim samym zdziwionym głosem jak wtedy, gdy spytał Joannę, czy była w jego pokoju. Wyprostował rękę, aby technik mógł wbić igłę i przyłożyć ją do szklanej probówki. Z igły wypłynęła ciemna krew.

Technik zręcznie napełnił probówkę, wyciągnął igłę i przycisnął wacik do ręki Carla.

— No i już — oznajmił, przylepiając watę plastrem. — Nic było tak źle, prawda?

— Nie — potwierdził Carl i odwrócił głowę, aby przyjrzeć się kroplówce, tkwiącej w jego drugiej ręce.

— Na razie to będzie wszystko. Do zobaczenia później — pożegnał się technik i wyszedł, pobrzękując koszykiem.

Nie zamknął za sobą drzwi, więc Joanna wstała, żeby je domknąć.

— To była tylko kroplówka — stwierdził Carl, z ciekawością wpatrując się w przezroczystą rurkę, zwisającą z torebki zawieszonej na stojaku. — Sądziłem, że to grzechotnik.

— Grzechotnik? — Joanna zatrzymała się w miejscu.

— W kanionie — potwierdził Carl, a Joanna znowu usiadła, trzymając w dłoniach długopis i kartkę.

— Ukrywałem się — ciągnął Carl. — Wiedziałem, że tam są, gotowi wciągnąć mnie w pułapkę. Dostrzegłem jednego na końcu kanionu.

Spojrzał przed siebie i podniósł rękę, jakby chciał się zasłonić przed słońcem.

— Próbowałem wspinać się po skałach, ale wszędzie czaiły się grzechotniki. Pełno ich było wokół — powiedział piskliwym, przerażonym tonem. — Grzechotały. Zastanawiałem się, co to za hałas — oświadczył zupełnie innym tonem. — Grzechotanie. — Rozejrzał się po pokoju. — Może ogrzewanie? Słyszała pani jakieś grzechotanie, jak pani tutaj przychodziła?

— Znajdował się pan w kanionie? — upewniła się, usiłując zrozumieć znaczenie jego słów.

— W Arizonie — potwierdził. — W długim, wąskim kanionie.

Joanna słuchała, wciąż starając się pojąć znaczenie tej informacji. Niemal machinalnie robiła notatki. W Arizonie. W kanionie.

— Kiedyś płynął nim strumień — ciągnął Carl — ale wysechł. Było za gorąco. Wszędzie panowały ciemności, bo strome skały wznosiły się wysoko, więc ich nie widziałem, lecz wiedziałem, że tam są i czekają.

Grzechotniki?

— Kto tam jest i czeka?

— Oni — stwierdził lękliwie. — Cała banda, ze strzałami, nożami i tomahawkami. Chciałem ich ominąć, ale postrzelili mnie w rękę. — Carl chwycił się za ramię, jak gdyby usiłując wydobyć strzałę. — Oni… — Otrząsnął się i wykrzywił twarz. Podniósł rękę podłączoną do kroplówki, jakby odpierał atak. — Zabili Cody’ego. Znalazłem jego ciało na pustyni. Oskalpowali go. Miał całkiem czerwoną głowę. Zupełnie jak kanion. Zupełnie jak płaskowyże. — Bezwiednie zacisnął i rozluźnił pięści. — Wszystko czerwone.

— Kto to zrobił? — spytała Joanna. — Kto zabił Cody’ego?

Popatrzył na nią, jakby odpowiedź była oczywista.

— Apacze.

Apacze. Nie znalazł się na Titanicu. Był w Arizonie. Myliła się. Titanic nie był uniwersalny. Ale przecież wykonywał rękoma gesty przypominające wiosłowanie. A przed chwilą powiedział: „Było za daleko…”

— Znajdował się pan w Arizonie? — zaczęła, zamierzając spytać, czy przypomina sobie pobyt w jeszcze innych miejscach.

— Nie! — krzyknął, gwałtownie potrząsając głową. — To nie była Arizona. Myślałem, że to ona, z powodu czerwonego piaskowca. Myliłem się.

— Więc gdzie pan był?

— Gdzie indziej. Naprawdę tam przebywałem, cały czas — wyznał, jakby chcąc się utwierdzić w przekonaniu. — To był tylko sen.

— Miał pan jeszcze inne sny? — spytała. — Czy znalazł się pan gdzie indziej, nie w Arizonie?

— Nie było żadnego innego miejsca — odparł.

— Powiedział pan „o rety”.

Skinął głową.

— Gdzieś w oddali dostrzegłem słupy telegraficzne. Myślałem, że przebiegają w pobliżu torów kolejowych. Przyszło mi do głowy, że tam dotrę, zanim przejedzie pociąg — stwierdził, jakby to było wytłumaczenie.

— Nie rozumiem.

— Sądziłem, że uda mi się dotrzeć do Rio Grande. Ale tamtędy nie przebiegały żadne tory, tylko przewody telegraficzne. Mimo to mogłem przecież wysłać wiadomość. Mogłem wspiąć się na jeden ze słupów i przesłać wiadomość.

Joanna nieuważnie słuchała opowieści Carla. Nie było żadnej podnoszącej się wody ani głównych schodów, tylko pustynia i Rio Grande.

— …było za daleko, aby dojechać tam konno — ciągnął Carl, wpatrując się przed siebie. — Mimo to musiałem jakość przekazać informację. — Opowiadając, lekko się unosił i opadał, trzymając ugięte ręce, jakby jechał konno.