Выбрать главу

— To zajmie tylko kilka minut — oświadczył, kierując ją pod ścianę korytarza. — Skoro powiększyła pani grono ochotników doktora Wrighta, nie wątpię, że zdała już sobie pani sprawę, iż jego sztucznie wywoływane halucynacje nie są podobne do autentycznych doświadczeń granicznych. Albo też, jeśli jakimś sposobem przeżyła pani rzeczywiste doświadczenie graniczne, wie pani, że to realne zjawisko, wiążące się z wizją życia po śmierci…

— W tej chwili nie mam czasu, aby dyskutować z panem na ten temat — wyjaśniła Joanna i gwałtownie ruszyła dalej.

Podbiegł i stanął jej na drodze.

— Otóż to. Nie ma pani czasu, żeby przedyskutować ze mną swoje spostrzeżenia. Cały swój czas poświęca pani jałowemu projektowi doktora Wrighta.

Nie ma pan o tym zielonego pojęcia, pomyślała.

— Fizyczne aspekty nie mają żadnego znaczenia — ciągnął pan Mandrake. — Istotne jest tylko to, co jest nadnaturalne. Doświadczenia graniczne to przeżycie duchowe, w którym Świetlisty Anioł usiłuje poinformować nas o świecie, oczekującym na nas po śmierci. To wiadomość…

Joanna roześmiała się mimo woli.

— Nie widzę w tym nic śmiesznego… — Pan Mandrake się wyprostował.

— Przepraszam — odparła Joanna, usiłując się uspokoić. — Rzecz w tym, że pan ma rację. To faktycznie jest wiadomość.

Wpatrywał się w nią osłupiały.

— No cóż, cieszę się, że wreszcie to do pani dotarło — skomentował po chwili.

— Powinnam była słuchać pana od samego początku — wyjaśniła radośnie. — Wszystko kryje się w pana książce. Telegramy, rakiety, światła — wiedział pan, że biel jest międzynarodowym kolorem alarmowym?

— Alarmowym? — powtórzył, niepewnie marszcząc czoło.

— Nigdy nie przypuszczałam, że właśnie pan… Miał pan rację. — Złapała go za rękaw. — Doświadczenia graniczne to wiadomość. To sygnał SOS. Wezwanie o pomoc.

Uścisnęła jego ramiona.

— Mylił się pan jednak, twierdząc, że badania Richarda prowadzą donikąd. Dzięki nim uda się uratować Maisie. Dzięki nim człowiek dokona cudów! — wykrzyknęła i odeszła, czując na sobie osłupiały wzrok. Pan Mandrake nawet nie próbował jej gonić.

Na wszelki wypadek nie ryzykowała. Zrezygnowała z jazdy windą techniczną i dała nura do najbliższej klatki schodowej, a stamtąd na chłodny parking, aby nie natknąć się już na nikogo. Znowu padał śnieg. Przycisnęła ręce do klatki piersiowej i podbiegła do bocznych drzwi prowadzących do głównego budynku.

Okazało się, że szczęście jej nie dopisuje. Barbara, pielęgniarka Maisie, zeskrobywała lód z tylnej szyby swojego samochodu.

— Pani Joanno! — zawołała. — Maisie chce się z panią potkać! — Podeszła bliżej ze skrobaczką w ręku.

— Wiem. Przyjdę do niej po południu! — odkrzyknęła Joanna i uciekła, zastanawiając się, na kogo jeszcze wpadnie. Otworzyła drzwi i zeszła po schodach. Na Kit? Na panią Davenport? Może na wszystkich znajomych? Na klatce schodowej nie spotkała jednak nikogo, a droga nie była zablokowana przez żółtą taśmę. Kilka ostatnich stopni i cały korytarz do oddziału nagłych wypadków pokonała biegiem.

Pchnęła drzwi i przez moment stała w progu, wypatrując Richarda. Nigdzie go nie dostrzegła. Nie zauważyła także doktor Jamison, za to przed jedną z sal stała Vielle oraz stażysta. Oboje rozmawiali z jakimś młodym mężczyzną, nie, chłopcem. Był niższy od Vielle i nosił o dwa numery za dużą kurtkę turystyczną w kolorze brązowym. Joanna dostrzegła na plecach chłopaka pochyły, niebiesko-biały napis.

Nic nie wskazywało na to, aby chłopiec wymagał natychmiastowej pomocy. Rozmawiał z Vielle i stażystą na stojąco i nie wyglądał na rannego, przynajmniej od tyłu. Bez względu na to, jaki miał problem, nawet jeśli ktoś go postrzelił z maszyny do wbijania gwoździ, mógł chwilę zaczekać, bo Joanna musiała się dowiedzieć, gdzie jest Richard.

— Vielle! — wrzasnęła i rzuciła się w ich stronę.

Żadne z nich na nią nie spojrzało. Jeden z rezydentów, wciąż ze stetoskopem na uszach, odwrócił się i zerknął na nią z irytacją znad karty, którą czytał, lecz stażysta i Vielle wciąż wpatrywali się w chłopca, który coś energicznie wyjaśniał. Joanna zastanowiła się, o czym mówią. Vielle zmarszczyła brwi, a na twarzy stażysty widniał wyraz dezaprobaty. Joanna uznała, że to dobrze, bo nie będą jej mieli za złe, że im przerywa. Minęła wózek techniczny i podeszła bliżej.

— Vielle, widziałaś doktora Wrighta? — spytała, jeszcze zanim się przy nich zatrzymała. Żadne z nich nie odwróciło się do niej.

— Muszę stąd wyjść. — Chłopak mówił cicho, lecz stanowczo. — Oni zatrzasną wieko.

— Skąd, nikt tego nie zrobi — uspokajała go Vielle. — Myślę, że powinieneś…

Joanna podbiegła i zatrzymała się za chłopcem.

— Mówisz tak, bo jesteś balsamistką — rozzłościł się. — Wiem, co ci chodzi po głowie.

— Vielle, przepraszam, że przerywam, ale szukam…

Chłopiec gwałtownie się odwrócił, jednocześnie unosząc rękę do ciosu. Widząc jego przestraszoną i zdesperowaną twarz, Joanna zdawała sobie sprawę, że poruszył się bardzo szybko, lecz wydawało się jej, że ta chwila rozciągnęła się w nieskończoność.

Wszystko przebiegało powoli, bardzo powoli. Stażysta się odwrócił i z przerażeniem otworzył usta, brązowy rękaw kurtki chłopca uniósł się i jednocześnie obrócił, a w gładkim materiale odbiły się świetlówki, wiszące pod sufitem. Wciąż owinięta bandażem ręka Vielle usiłowała schwytać chłopaka za rękaw. Wszyscy poruszali się powoli, jakby zanurzeni w lepkiej mazi, w melasie.

Wielka powódź melasy, przebiegło Joannie przez myśl. Spowolnienie upływu czasu miało związek z nadprodukcją adrenaliny w sytuacji stresowej. Ale to nie była sytuacja stresowa.

Joanna nie wątpiła jednak, że odniosła wrażenie spowolnienia, upływu czasu, wszystko bowiem wyraźnie dostrzegła: twarz wzywającego ochronę stażysty była niemal tak przerażona jak oblicze chłopaka; strażnik już się zerwał z miejsca; dłoń Vielle, nie mogąc dosięgnąć rękawa kurtki, skierowała się do ręki chłopca.

Poza tym Joanna wszystko słyszała: głos Vielle, również pogrążony w gęstej cieczy, wołał: „Joanna! Nie…!”; trzymana przez rezydenta karta upadła z łomotem na podłogę; rozległ się dzwonek alarmowy.

Mogła się zastanowić, czy spowolnienie upływu czasu stanowi jakiś skutek uboczny działania dithetaminy. Przyszło jej też do głowy, że musi o tym powiedzieć Richardowi. Skoro jednak nie znajdowała się w sytuacji stresowej, dlaczego ochroniarz, który jeszcze nie zdążył się wyprostować, już sięga po broń?

Starczyło jej czasu, aby pomyśleć: chłopiec musi mieć nóż. Kiedy przyszłam, groził im nożem. Właśnie dlatego nie zareagowali, kiedy wołałam, i nie widzieli mnie, dopóki nie było za późno. Vielle chciała chwycić chłopaka za rękę, bo trzymał w niej nóż.

Joannie przyszło nawet do głowy, że przecież mówiła jej, że na tym oddziale prędzej czy później zdarzy się taki wypadek.

Wystarczyło nawet czasu, aby zastanowiła się nad faktem: on ma nóż, a ja się wcale nie boję. Uznała, że to przez endorfiny, tłumiące ból i panikę, pozwalające wyraźnie myśleć.

Pomyślała spokojnie, że on ma nóż, i spojrzała na bluzkę, na rękę chłopaka, ale chociaż czas płynął tak wolno, było już za późno. Nie dostrzegła noża.

Zdążył zniknąć w jej ciele.