Выбрать главу

Rozdział 40

„To straszne! To najgorsza z możliwych katastrof na świecie (…)rama rozbija się o ziemię, nieopodal słupa cumowniczego (…) o ludzkości!”

Dziennikarz radiowy Herb Morrison, komentujący katastrofę Hindenburga

Wszędzie było pełno krwi, co nie miało sensu; w miejscu, gdzie utkwił nóż, pojawiła się bowiem tylko cienka, ciemnoczerwona smużka.

— Nagły wypadek! — wrzasnął stażysta, rzucając się, aby podtrzymać Joannę, ale ona i tak upadła. Leżała na wyłożonej terakotą podłodze, a obok klęczała Vielle. Kardigan Joanny tonął we krwi, zalewającej także rękę, ściskaną przez Vielle.

Joanna pomyślała, że Vielle sięgnęła po nóż, więc na pewno się zraniła.

— Coś ci się stało? — spytała przyjaciółkę.

— Nie — odparła Vielle, a Joanna uznała, że to nieprawda, bo słyszała jej łkanie.

— Mamy tutaj ranę kłutą. — Stażysta zwrócił się do rezydenta. Joanna pomyślała, że ktoś się tym zajmie, ale rezydent nawet nie spojrzał na Vielle. Zerknął na cienką strużkę krwi, ściekającą po klatce piersiowej Joanny, i szybko sięgnął po lateksowe rękawiczki.

— Dajcie ją na stół — nakazał, wsuwając rękawiczkę. — Sprawdźcie jej zgodność krzyżową. Jakie ciśnienie?

— Dziewięćdziesiąt na sześćdziesiąt — stwierdził ktoś, Joanna nie wiedziała kto. Wokół niej kłębili się jacyś ludzie, podłączając rozmaite urządzenia i pobierając krew. Joanna pomyślała, że to dziwne. Po co im jeszcze więcej krwi? I tak wszędzie jej pełno.

— Sprowadźcie kardiochirurga — rozkazał rezydent. — I dajcie jeszcze dwie jednostki krwi. Vielle, sprawdź bezpośrednio ciśnienie.

Joanna przestraszyła się, że Vielle gdzieś sobie pójdzie i puści jej rękę, ale na szczęście wciąż klęczała obok niej.

— Nie ruszaj się, kotku — przykazała ze zmartwionym wyrazem twarzy. — Leż nieruchomo. — Joanna zawsze się zastanawiała, czy taka mina Vielle wywołuje u pacjentów lęk. Okazało się, że przeciwnie, działa uspokajająco.

Ciekawe czemu. Joanna usiłowała dojrzeć coś pocieszającego w twarzy Vielle, lecz niczego nie dostrzegła. Widziała jedynie czubek głowy pielęgniarki i rezydenta. Oboje mieli na sobie zielone czepki. Poza tym mignęła jej jeszcze przed oczyma głowa ochroniarza, stojącego nad chłopcem w kurtce. Leżał twarzą do dołu na podłodze. Joanna wyraźnie zauważyła niebiesko-biały napis na plecach brązowej kurtki oraz ciemnoczerwoną plamę pod jego głową, w miejscu, gdzie go postrzelił ochroniarz.

Strażnik miał błyszczącą łysinę, w której odbijały się zawieszone pod sufitem świetlówki.

— Joanno, tylko się trzymaj! — powiedziała Vielle, ściskając jej dłoń. Joanna pomyślała, że to dziwne, bo znajdowała się wyżej niż przyjaciółka.

W tej samej chwili stwierdziła, że ona sama też jest nisko. Wszyscy byli niżej, stażysta, rezydent i inni, trudno powiedzieć kto, bo widziała tylko czubki głów. Ludzie kręcili się przy niej, mierzyli ciśnienie krwi i podłączali kroplówki.

— Siedemdziesiąt pięć na pięćdziesiąt — powiedział ktoś.

— Wykrwawia się. Pewnie ma przeciętą aortę — skomentował inny, nie wiedziała kto, był zbyt daleko w dole.

Pomyślała, że się unosi w powietrzu, pod sufitem. Mogłaby wyjrzeć za okno i sprawdzić, czy na parapecie nie leży czerwona tenisówka. Uświadomiła sobie, że doświadcza zjawiska opuszczenia ciała. Wreszcie. Musi o tym powiedzieć Richardowi.

Richard. Ogarnęło ją uczucie paniki. Powinna przekazać mu, że doświadczenia graniczne to SOS.

— Gotowe — stwierdził rezydent. — Gdzie, do cholery, jest ten kardiochirurg?! Zawiadomiliście go przez pager?

Nic Carsona, Richarda. Joanna przyjrzała się rezydentowi. Teraz widziała jego twarz, zupełnie nie przejętą, przeciwnie, opanowaną i chłodną. Poczuła się spokojniejsza.

— Zawiadomcie Richarda. To ważne — powiedziała, lecz z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk, nie poruszyła wargami. Pielęgniarka coś jej wpychała do ust, i głębiej, w gardło.

— Nie — sprzeciwiła się i odwróciła głowę. Wyszukała wzrokiem Vielle.

— Tu jestem, kotku — odezwała się przyjaciółka, ściskając jej dłoń. Ktoś musiał zabandażować jej rękę, była cała biała i tak jasna, że z trudem dawało się na nią patrzeć.

— Zawiadom Richarda — poprosiła Joanna, lecz nie potrafiła stwierdzić, czy Vielle ją słyszała. Rozległo się dziwne piszczenie. Pewnie jedna z pielęgniarek wcisnęła alarm reanimacyjny. — Prześlij mu wiadomość na pager. Powiedz, że poznałam znaczenie doświadczeń granicznych. Są wezwaniem o pomoc. — Mówiła głośniej, lecz piszczenie zagłuszało jej słowa.

— Cholera jasna, co to za dźwięk? — zdenerwował się rezydent, manipulujący przy jej klatce piersiowej.

— Jej pager — wyjaśniła Vielle.

— Więc wyłącz to kretyńskie urządzenie.

Pomyślała, że to Richard. Kazała mu do siebie zadzwonić. Chciała powiedzieć, żeby mu wyjaśnili sens doświadczeń granicznych, żeby kazali mu ustalić znaczenie kodu. Dla Maisie. Koło niej rozległ się kolejny dźwięk. Dzwonienie. Brzęczenie.

— Jest w laboratorium.

— Sześćdziesiąt na czterdzieści — odezwała się pielęgniarka.

— Wykrwawia się — zdenerwował się rezydent.

— Joanno, poczekaj — prosiła Vielle, mocno ściskając jej rękę. — Zostań przy mnie. — Jednak Joanny już tam nie było. Znalazła się na Titanicu.

Ale nie w przejściu. Na stopniach głównych schodów. Wokół kłębili się pasażerowie, tłoczyli na schodach, ubrani w smokingi, suknie wieczorowe i kamizelki ratunkowe. Przepychali się, zmierzając na górę marmurowych schodów. Biegła razem z tłumem. Pomyślała, że podążają na pokład łodziowy. Wszyscy starają się dostać na pokład łodziowy.

— Muszę wracać na pokład C. — Joanna usiłowała się odwrócić, ale ludzie tłoczyli się obok niej, przed nią, za nią, naciskając na nią tak mocno, że nie mogła się ruszyć. — Muszę powiedzieć Richardowi, że odkryłam tajemnicę. Muszę wracać do przejścia.

Nikt jej nie słyszał, ludzie popychali ją w górę po białych marmurowych stopniach. Zerknęła na pozłacaną balustradę z kutego żelaza. Gdybym ją chwyciła, mogłabym się przepchać w dół, pod prąd.

Obróciła się z ogromną trudnością. Z wysiłkiem poruszyła ręką, tułowiem i brnęła przez rzekę pasażerów, jakby brodząc w głębokiej wodzie. Dotarła do barierki i złapała ją tak mocno, jakby od tego zależało jej życie. Nic to nie pomogło; przeciwnie, ludzie niżej podciągali się na balustradzie i nie pozwalali Joannie się cofnąć. Szli na górę, jakby jej nie widzieli, nieśli walizki i koce, pchali Joannę, niemal ją przewrócili.

— Niech pani mi pozwoli… — odezwała się do kobiety z pekińczykiem i złożonym parasolem i odsunęła się bliżej środka stopnia, chcąc zejść jej z drogi. Uniosła rękę, zamierzając złapać się poręczy za kobietą…

Parasolka wbiła się boleśnie między jej żebra. Joanna sapnęła i przyłożyła dłoń w miejsce ukłucia. Puściła poręcz, a tłum popchnął ją wyżej, obok cherubina, aniołów Honoru i Chwały koronujących Czas, przez drzwi z wytrawionego szkła, na pokład łodziowy.

Zatrzymała się tam na chwilę, przyciskając rękę do boku. Ludzie się przepychali, a ona ponownie skierowała się do tyłu, do drzwi.

— Przepraszam — odezwała się, przepychając obok mężczyzny w mundurze. Okazało się, że to urzędnik pocztowy z magazynu. Na ramieniu trzymał worek z przesyłkami, ociekający wodą i zalewający dywan w holu. Urzędnik się cofnął, spoglądając na dywan i ciemne, mokre plamy.