Выбрать главу

— Lepiej niech panienka wsiada do łodzi — zasugerował uprzejmie.

— Nie mogę. Muszę wracać — odparła, próbując go ominąć, nie wdeptując w kałużę i nie dotykając cieknącego worka. — Muszę powiedzieć Richardowi, czego się dowiedziałam.

Skinął oficjalnie głową.

— Poczta musi dotrzeć do adresatów. Ale tędy panienka nie zejdzie. Droga jest zatarasowana.

— Zatarasowana?

— Tak jest, panienko. Ludzie idą na górę. Musi panienka iść do tylnych schodów. — Wskazał palcem pokład łodziowy. — Wie panienka, gdzie jej szukać?

— Wiem — potwierdziła i pobiegła na rufę, mijając przygotowującą się do występu orkiestrę. Skrzypek postawił czarny futerał na pianinie i z trzaskiem odblokował zamki.

— Alexander’s Ragtime Band — oświadczył dyrygent, a basista przekartkował stos kartek z nutami, poszukując utworu.

Za łodzią ratunkową numer dziewięć młody mężczyzna żegnał się z kobietą w białej sukni z welonem.

— Wszystko dobrze, maleńka — uspokajał ją. — Ty pójdziesz, a ja jeszcze trochę zostanę.

Przy jedenastej łodzi mężczyzna z wąsami, którego widziała w bibliotece i przy rozdawaniu kart, umieszczał w łodzi dwoje dzieci. Przy trzynastej stał oficer i wołał: „Kto jeszcze do tej łodzi? Są jeszcze kobiety i dzieci?”

Joanna potrząsnęła głową i minęła go bez zatrzymywania. Wpadła na mężczyznę w dżinsowej koszuli i szelkach.

— Proszę państwa, nie ma powodów do paniki — głosił, prowadząc ludzi na dziób. — Proszę iść powoli. Nie biegać. Mamy mnóstwo czasu.

Joanna się cofnęła i zderzyła się z oficerem. Chwycił ją za rękę.

— Musi panienka wejść do łodzi — zadecydował i poprowadził ją do trzynastki. — Zostało niewiele czasu.

— Nie — zaprotestowała, lecz chwycił ją mocno i poprowadził do żurawików.

— Zaczekajcie na tę młodą damę — zawołał do marynarza w łodzi.

— Nie — sprzeciwiła się. — Nic pan nie rozumie. Muszę…

— Nie ma się czego bać — wyjaśnił, ściskając ją tak mocno, że w jej ręce przestała krążyć krew. — To całkowicie bezpieczne.

— Nie! — Wyrwała się z jego uścisku i pobiegła po pokładzie, obok oficera, obok orkiestry, do holu przy głównych schodach. Po głowie chodziła jej jedna myśclass="underline" winda. Windą będzie prędzej.

Nacisnęła złocony przycisk z kości słoniowej.

— Szybciej, szybciej — mruknęła i wcisnęła go ponownie. Strzałka nad drzwiami nawet nie drgnęła. Zrezygnowała z pomysłu zjechania windą i pobiegła na schody, a potem w dół, na pokład B, C. Cały czas się zastanawiała, co będzie, jeśli rzeczywiście okaże się zablokowany?

Jednak nie. Droga była wolna.

— Jeszcze raz. Gotowe — stwierdził rezydent, a Joanna znalazła się na stole reanimacyjnym. Vielle trzymała ją za rękę.

— Mam tętno.

— Vielle — powiedziała Joanna, lecz przyjaciółka patrzyła w inną stronę, na pielęgniarkę, która pojawiła się korytarzu tego dnia, gdy się pokłóciły.

— Jeśli nie odpowie na wiadomość z pagera, idź po niego. Jest w pokoju pięćset dwa — przekazywała instrukcję Vielle.

— Vielle, powiedz Richardowi, że doświadczenia graniczne to wezwanie o pomoc, wysyłane przez umierający mózg — usiłowała powiedzieć Joanna, lecz nie mogła wykrztusić ani słowa z powodu jakiegoś przedmiotu tkwiącego w ustach.

— Joanno, on już idzie — powiedziała Vielle, ściskając jej dłoń. — Wytrzymaj.

— Jeśli Richard nie zjawi się na czas, powtórz mu, że doświadczenia graniczne to sygnał alarmowy. To ważne. — Joanna usiłowała mówić pomimo obcego ciała w gardle.

Ogarnęła ją panika, gdy się domyśliła, że to intubacja. Usiłowała wyciągnąć rurkę, lecz to nie był przewód tlenowy, tylko krew. Krztusiła się i wypluwała ją, całymi litrami. „Kto by pomyślał, że starszy człowiek może pomieścić w sobie tyle krwi?” Zalewała ją, oblewała Vielle, rezydenta i pielęgniarkę, Joanna dławiła się nią, topiła się w niej.

— Pomocy! — krzyknęła. — Muszę powiedzieć Richardowi, że to SOS. — W tej samej chwili przekonała się, że mówi nie do Vielle, tylko do mężczyzny z wąsami. Ponownie znalazła się na pokładzie łodziowym. Orkiestra grała Dobranoc, Irene, a oficer kierował ludzi na łódź numer cztery.

— Chciałbym, żeby pani coś dla mnie zrobiła po dotarciu do Nowego Jorku — oświadczył wąsacz, wciskając coś w jej rękę.

Przyjrzała się przedmiotowi. Była to notatka, sporządzona dziecinnym, okrągłym i pochyłym charakterem pisma. „W wypadku ocalenia”, głosił tekst, „proszę powiadomić moją siostrę, panią F.J. Adams z Findlay, Ohio. Zaginiony. J.H. Rogers”.

— Proszę dopilnować, aby moja siostra to otrzymała — poprosił, zaciskając jej palce na kartce. — Proszę jej powiedzieć, że to ode mnie.

— Ale ja nie będę… — zaczęła Joanna, lecz mężczyzna znikł w tłumie. Zbliżał się do niej oficer, wołając:

— Panienko! Panienko!

Wcisnęła notatkę do kieszeni i pobiegła po pokładzie do tylnych schodów, przedzierając się między parami, mijając dwójkę marżoretek w szkarłatno-złotych plisowanych spódnicach, obok żegnających się rodzin.

— Nic mu się nie stanie, prawda? — pytała oficera kobieta w białym płaszczu i zrobionej na drutach czapce.

Mężczyzna spojrzał na nią ze smutkiem.

— Robimy, co w naszej mocy.

Joanna przepchnęła się obok kobiety, ale drogę do tylnych schodów blokował tłum ludzi w chustkach i czapkach, walczących między sobą o możliwość schronienia się w łodzi, a także marynarzy, próbujących opuścić szalupy na wodę.

— Tędy pani nie przejdzie! — zawołał marynarz obsługujący lampę sygnalizacyjną. Wskazał kciukiem na rufę. — Niech pani spróbuje schodami dla drugiej klasy.

Odwróciła się i pobiegła obok żurawików, z których opuszczono już łodzie.

Drzwi na schody drugiej klasy były otwarte. Czerwona tenisówka leżała na progu, przewrócona na bok. Joanna ominęła ją i popędziła na dół, obok restauracji A La Carte, po następnych schodach i wokół podestu. Nagle stanęła.

Dwa stopnie niżej wisiała przywiązana do balustrady żółta taśma z napisem: „Miejsce zbrodni. Nie podchodzić”. Schody poniżej zalała woda, jasnoniebieska i lśniąca jak farba.

— Jest pod wodą. — Joanna usiadła, kurczowo trzymając się poręczy. — Przejście jest pod wodą.

A może tylko schody? Może woda nie dotarła jeszcze do przejścia? Skąd, oczywiście, że dotarła. Schody drugiej klasy znajdowały się na rufie, a statek tonął dziobem w dół. Poniżej taśmy woda wlewała się ze wszystkich stron, zalewała magazyn pocztowy, Scotland Road, basen, kort do squasha, kajuty mieszkalne i oszklony pokład. A także drogę do wyjścia, drogę z powrotem.

Joanna zapatrzyła się w jasnoniebieską wodę, myśląc, że musi istnieć inna droga powrotna. Apacze przecięli przewody, a mimo to Carl wciąż potrafił wysłać wiadomość. Na pewno jest jeszcze inny sposób ucieczki. Łodzie ratunkowe! Zerwała się na nogi i popędziła po schodach na pokład łodziowy.

Wszystkie łodzie zniknęły, a pokład opustoszał. Pozostała tylko orkiestra, która skończyła grać Dobranoc, Irene. Muzycy szukali teraz nut do następnego utworu i porządkowali kartki na statywach.

Joanna podbiegła do relingu i wychyliła się jak najdalej, usiłując dojrzeć szalupę, którą załadowywał marynarz. Znajdowała się nisko, niemal nad wodą. Joanna niewiele widziała w ciemnościach poza jasnym zarysem białego munduru marynarskiego. Szalupa była za daleko, aby na nią wskoczyć, ale istniała szansa, że ktoś usłyszy krzyk Joanny.