Выбрать главу

„To prawdziwe miejsce”, mówiła. „Nic nie rozumiesz. To prawdziwe miejsce”. Prawdziwe, ze schodami, bibliotekami i salami gimnastycznymi. I grozą. I drogą powrotną, którą można uciec, jeśli nie jest zablokowana, jeśli jest jeszcze czas, aby z niej skorzystać.

— Wznowić reanimację — zarządził Richard, a Vielle puściła rękę Joanny i zrobiła gest, jakby chciała go uspokoić. — Vielle, nie pozwól, aby odłączyli jakiekolwiek urządzenia — przykazał. — Rozpocząć reanimację. Wznowić wstrząsy elektryczne. — Odwrócił się i wybiegł.

— Richard! — zawołała za nim Vielle, lecz już był za drzwiami, biegł korytarzem po schodach w górę. Cztery minuty. Miał cztery minuty, maksymalnie sześć. Dlaczego w tym szpitalu nie istniały schody dłuższe niż na dwa piętra, dlaczego łączniki między skrzydłami nie znajdowały się na każdym piętrze?

Błyskawicznie pokonał łącznik na drugim piętrze, zastanawiając się, jak najszybciej się dostać do laboratorium. Joanna znałaby drogę. Joanna! Otwierał drzwi, nie zwalniając biegu, i pędem minął internę. Nie do windy. Nie ma na to czasu. To tylko cztery minuty. Cztery minuty.

Wbiegł po schodach dla personelu, skręcił na podeście. Trzecie piętro. Dithetamina zacznie działać po co najmniej dwóch minutach, nawet jeśli zastosuje wstrzyknięcie dożylne. Nie ma czasu. Ale kiedy znajdzie się na Titanicu, czas przestanie odgrywać rolę. Joanna obeszła cały statek w osiem sekund. Joanna… Czwarte piętro. Trzydzieści sekund, aby Tish znalazła żyłę, następne pół minuty, aby zaaplikowała kroplówkę i podała dithetaminę. A jeśli Tish jeszcze nie przyszła? Nie ma czasu, aby jej szukać, nie ma czasu, aby…

Wpadł przez drzwi na piąte piętro, sprintem pokonał korytarz. Tish musiała już przyjść. Sesja pani Troudtheim była zaplanowana na drugą. Musiała tam być.

— Tish! — ryknął i wdarł się do laboratorium. — Tish!

Tish uniosła głowę. Właśnie zawieszała torbę roztworu soli.

— Musi pan zadzwonić na oddział nagłych wypadków. Telefonują co dwie minuty — oświadczyła. — Jest jeszcze wiadomość od doktor Lander. Znowu wyłączył pan pager… — Zamilkła, ujrzawszy jego twarz. — Co się stało? Co jest?

— Podasz kroplówkę — rozkazał, podbiegając do apteczki. — Roztwór soli i dithetamina.

— Ale nie ma pani Joanny — sprzeciwiła się. — Sprawdzałam u niej w gabinecie i jej nie zastałam.

— Jest reanimowana — wyjaśnił, chwytając fiolkę dithetaminy i strzykawkę.

— Pani Joanna? Reanimowana? — powtórzyła głucho, podchodząc do szafki. — Nie rozumiem. Miała wypadek samochodowy?

— Została pchnięta nożem. — Napełnił strzykawkę.

— Pchnięta nożem? Nic jej nie jest?

— Powiedziałem, że jest reanimowana! — Podszedł szybko do stołu do badań. — Musimy wstrzyknąć dithetaminę dożylnie.

Tish wiodła za nim niepewnym spojrzeniem.

— Wstrzyknięcie dożylne? Ale przecież… jak przeprowadzimy sesję, skoro ona… — Zamilkła przerażona. — Ona nie zmarła, a pan chce zarejestrować jej doświadczenia graniczne?

— Nie zmarła i nie umrze. — Ściągnął fartuch i zawiesił go na krześle. — Idę za nią.

— Nie rozumiem — wyjąkała zdumiona Tish. — Co to znaczy, że pan za nią idzie?

— To znaczy, że po nią idę. Sprowadzę ją z powrotem. — Podwinął rękaw.

— Ale przecież mówił pan, że doświadczenia graniczne nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. — Tish wyglądała na przerażoną. — Twierdził pan, że to tylko halucynacje. I że są wywołane stymulacją płata skroniowego.

— Dużo rzeczy mówiłem. — Położył rękę na stole do badań, spodem dłoni do góry. — Podłącz kroplówkę.

— Ale…

— Podłącz kroplówkę! — wycedził groźnie. Tish wzięła gumową rurkę i obwiązała nią ramię lekarza. Zacisnął pięść, a pielęgniarka zaczęła szukać żyły.

— Pośpiesz się! Mamy tylko cztery minuty. — Tish wbiła igłę, podłączyła ją do kroplówki i ustawiła tempo podawania. Chciała przylepić igłę plastrem, lecz Richard jej przerwał.

— Później się tym zajmiesz — warknął. — Teraz dithetamina. Wstrzyknięcie dożylne.

— Panie doktorze, przeprowadzanie eksperymentu, kiedy jest pan zdenerwowany, to zły pomysł. Może zadzwonię po doktora Everetta albo kogoś innego…

— Nie ma czasu. Zresztą, wszystko jedno, sam to zrobię. — Wolną ręką chwycił strzykawkę i wbił ją do przewodu kroplówki.

— Włącz biały szum. — Sięgnął po słuchawki.

— Panie doktorze… — powiedziała niepewnie Tish, lecz posłusznie podeszła do wzmaczniacza.

Richard chwycił słuchawki i rozejrzał się w poszukiwaniu maski na oczy. Nigdzie jej nie dostrzegł, a nie miał czasu do stracenia. Nasunął słuchawki na uszy i położył się.

— Podłóż mi poduszki pod ręce i nogi — przykazał, nie mając pojęcia, czy Tish go słyszy. — Podłóż… — zaczął i urwał, najwyraźniej go słyszała. Podniosła jego lewą rękę i wsunęła pod nią podkładkę; podobnie postąpiła z drugą ręką.

Podłożyła mu poduszki pod nogi i owinęła taśmę ciśnieniomierza wokół jego ręki.

— Daj z tym spokój — odezwał się Richard, lecz Tish go nie słuchała. Przykładała mu elektrody do głowy. — Nie potrzebuję EEG — stwierdził, ale nie podniosła wzroku. Przemawiał do wierzchołka jej głowy. — Tish! — wrzasnął i uświadomił sobie, że jest za daleko, aby go usłyszała. Unosił się nad nią, nad stołem do badań, na którym leżał z kroplówką podłączoną do ręki. Frunął coraz wyżej, pod sufit. Spojrzał na górę apteczki. Była gładka i pusta, z wyjątkiem srebrzystego przedmiotu przy samej ścianie. Podpłynął bliżej, usiłując przekonać się, co to takiego.

Srebrny przedmiot tkwił w rogu pokoju, tam, gdzie go zostawiła Joanna, ukryty za wystającą krawędzią szafki. Był ukryty przed oczyma wszystkich, dostrzegalny tylko z góry. Richard przysunął się jeszcze bliżej i przekonał się, że to mały cynowy sterowiec.

No jasne. Hindenburg. Muszę powiedzieć Joannie, że go widziałem. Ale i tak mi nie uwierzy. Powie, że wszedłem na krzesło, aby sprawdzić, co to takiego. Joanna…

— Joanna! — powiedział głośno, nagle przypominając sobie wszystko. Doświadczał zjawiska opuszczania ciała, ale nie miał na to czasu. — Pośpiesz się! — krzyknął do Tish. — Wprowadź mnie do tunelu!

Cały czas pływał pod sufitem, przesuwając się powoli do przodu i do tyłu, zupełnie jak przycumowany Hindenburg.

— Szybciej! — wrzasnął i spojrzał na Tish. Znalazła maskę na oczy i włożyła mu ją na głowę. Leżał nieruchomo, podłączony do skanera RIPT, z rękoma przyciśniętymi do boków.

— Na co czekasz? — krzyknął. Jego głos odbił się drżącym echem od ścian, jakby znajdował się w niewielkim pomieszczeniu. Po chwili zapadła cisza i ciemności.

Przeszło mu przez myśl, że jest w przejściu. Wyciągnął rękę w nieprzenikniony mrok i poczuł twardą ścianę pokrytą farbą. Ściana korytarza. Na jego końcu powinno świecić światło. Wytężył wzrok. Nic. Ciemność. Musi być bardzo późno, pewnie lampy już pogasły. Kiedy to nastąpiło? Zaledwie kilka minut przed końcem.

Wszystko dlatego, że statek tonie. Zostały tylko cztery minuty.

— Joanna! — wrzasnął. — Gdzie jesteś?

Nikt mu nie odpowiedział. Chciał wyciągnąć zapałki z kieszeni fartucha, lecz okazała się pusta. Sięgnął do spodni. Pager. Wyciągnął go. Był wyłączony. Wymacał włącznik i uruchomił urządzenie. Na kwarcowym wyświetlaczu ukazał się numer telefonu Joanny, lecz, światło okazało się zbyt słabe, aby rozjaśnić przejście.