Richard po omacku ruszył przed siebie, cały czas dotykając rękoma ścian. Starał się śpieszyć, nie miał wiele czasu. Gdyby jednak było późno, statek musiałby się pochylić pod ostrym kątem, tymczasem Richard nie miał kłopotów z utrzymaniem równowagi. Podłoga zachowała idealny poziom.
— Joanna! — ponownie krzyknął i ujrzał przed sobą światło. Był to cienki pasek bieli, jaśniejący pod drzwiami. Usłyszał jakiś hałas, zapewne trzaśnięcie zamykanych drzwi. Podszedł bliżej i wymacał gałkę, błagając w myślach, aby dały się otworzyć. Przekręcił gałkę i otworzył drzwi prowadzące na inny, jasno oświetlony korytarz. Lampy świeciły w nim tak mocno, że niemal go oślepiły. Musiał zasłonić oczy i zatrzymać się, mrugając.
To nie było przejście, przez które przedostawała się Joanna. Jej korytarz prowadził na zewnątrz, prosto na pokład z oknami. Richard znajdował się na statku, a z obydwu stron widział rzędy zamkniętych drzwi i kinkietów zawieszonych między nimi. Światło jeszcze nie zgasło. Lampy oświetlały cały korytarz, a drewniana podłoga była sucha i idealnie pozioma. Musiało być wcześnie, zanim ktokolwiek uświadomił sobie, że statek tonie. Niewykluczone, że usłyszany przez Richarda dźwięk był tym samym, który dotarł do Joanny. Możliwe, że taki odgłos wydała lodowa ocierająca się o kadłub, lecz Richard usłyszał odmienny hałas tylko dlatego, że znajdował się w innej części statku.
Tylko której? W kajutach drugiej klasy? Kinkiety z brązu Wyglądały kosztownie i pasowałyby do pierwszej klasy, lecz na ścianach nie zawieszono żadnych dekoracji. Poza tym nigdzie nie było okien ani iluminatorów. Na pewno jest w korytarzu, przebiegającym w środku statku albo poniżej poziomu wody. Może to najniższa klasa?
Tylko gdzie się ona znajdowała? Joanna twierdziła, że na pokładzie C. Ale gdzie był pokład C? Powyżej? Poniżej? Czy pokłady liczono od góry do dołu czy na odwrót?
Przypomniał sobie, że Joanna wspominała o wspinaniu się na pokład łodziowy. Ile pokładów musiała pokonać? Nie pamiętał. Pomyślał, że powinien był uważniej zapamiętywać szczegóły, i ruszył biegiem. Żałował, że nie słuchał Joanny, kiedy twierdziła, że to rzeczywistość.
Nie myliła się. Starała się go przekonać. Opowiadała mu, że widziała kolory, słyszała dźwięki, czuła poręcz schodów pod dłonią, starała się opisać namacalność tego świata, lecz on był przekonany, że to halucynacja, zjawisko związane z pamięcią długotrwałą i zachodzące w płacie skroniowym, nawet kiedy podkreślała, że to rzeczywistość.
Nie potrafił przeboleć, że jej nie słuchał, i jednocześnie wypatrywał schodów lub drzwi prowadzących na zewnątrz. Żałował, że jej nie powiedział, dokąd idzie. Nie powinien był wyłączać pagera.
Wszystkie drzwi były zamknięte na klucz.
— Ej! — krzyknął, waląc w nie pięściami, szarpiąc za staromodne gałki. — Jest tam kto?
Dopiero trzecie drzwi ustąpiły pod naciskiem jego dłoni. W środku siedział mężczyzna w słuchawkach, a obok niego leżał klucz radiotelegraficzny. Nieznajomy nasłuchiwał i spisywał kod: kropka-kreska-kropka-kropka.
— Halo! — zawołał Richard. — Jak stąd dojść na pokład C?
Mężczyzna nie podniósł głowy.
— Pokład C. — Richard stanął przy nim. — Na którym pokładzie się znajduję?
Nieznajomy wciąż pisał, koncentrując się na kluczu. Kreska-kreska-kropka-kreska-kropka-kropka-kropka…
SOS, pomyślał Richard. No jasne. On wzywa pomocy. Kiedy wysłano pierwsze SOS? Dopiero po północy.
— Która godzina? — spytał głośno Richard. — Jak długo pan nadaje?
W drzwiach stanęła siwa kobieta w bluzce o wysokim kołnierzu i długiej, czarnej spódnicy.
— Pan nie ma prawa wstępu do tego pomieszczenia — oświadczyła z ręką na framudze.
— Szukam…
— Jak pan się tu dostał? — przerwała surowo. — Nieuprawnione osoby nie mogą wchodzić do tej części…
— Szukam Joanny Lander — stwierdził. — Muszę ją znaleźć.
— Tak, proszę pana, wiem — potaknęła i poprowadziła go do drzwi. — Rzecz w tym, że ta część statku…
— Pani nie rozumie. To pilne. Grozi jej niebezpieczeństwo. Pewnie jest na pokładzie C albo na pokładzie łodziowym…
— Wiem, proszę pana. — Głos nieznajomej niespodziewanie złagodniał. — Proszę iść ze mną. — Poprowadziła go z powrotem korytarzem, trzymając delikatnie rękę na jego ramieniu.
— Jej przejście znajduje się na pokładzie C — mówił. — Prowadzi na pokład.
— Tak, proszę pana. — Otworzyła drzwi i skierowała się w dół schodów.
— Ma około stu sześćdziesięciu sześciu centymetrów wzrostu. Brązowe włosy, okulary. Miała na sobie kardigan i… — Urwał. Nie wiedział, co jeszcze. Spódnicę? Spodnie? Próbował przypomnieć sobie stosik ubrań na krawędzi stołu, lecz nie potrafił określić, co nosiła Joanna. Wszystko przez krew, dużo krwi. — Muszę ją natychmiast znaleźć.
— Rozumiem, proszę pana — potwierdziła i szła dalej korytarzem, powoli i spokojnie.
— Pani nie rozumie! To pilna sprawa! Ona…
— Rozumiem, że pan jest zdenerwowany — odparła, ale nie przyśpieszyła kroku.
— Grozi jej niebezpieczeństwo!
Kobieta skinęła głową i poprowadziła go powoli dalej, za róg.
Bom! Zaniepokojony uniósł wzrok. To zadzwonił zegar, wielki drewniany zegar na ścianie, z wahadłem i rzymskimi cyframi, za kwadrans druga. Titanic zatonął dwadzieścia po drugiej.
— Nic pani nie rozumie! — powtórzył, chwytając ją za ramię i potrząsając. — Nie ma czasu! Muszę ją znaleźć i zabrać. Niech mi pani tylko powie, jak się dostać na pokład C!
Jej oczy się rozszerzyły i wypełniły łzami.
— Proszę iść tędy — poprosiła błagalnie. — Bardzo proszę.
— Nie ma czasu. Sam ją znajdę. — Popędził korytarzem i wbiegł przez drzwi na jego końcu. Wpadł prosto w tłum przepychających się i gestykulujących ludzi.
Pomyślał, że jest na pokładzie łodziowym, lecz uświadomił sobie, że to inne pomieszczenie, z jednej strony zakończone wielkimi podwójnymi drzwiami z drewna. Wszyscy się przepychali w jego kierunku. Przyszło mu do głowy, że pokład łodziowy musi się znajdować za nim, a ludzie czekają na sposobność, aby się zabrać jedną z szalup. Stanął na palcach, usiłując cokolwiek dojrzeć zza wysokich cylindrów panów i zdobionych piórami kapeluszy pań. Bezskutecznie wypatrywał gołej głowy Joanny.
Joanna stwierdziła kiedyś, że pasażerowie na pokładzie nie mieli pojęcia, co się dzieje, lecz kłębiący się przed nim ludzie najwyraźniej dobrze zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Wyglądali na przerażonych, mężczyźni mieli spięte i zatroskane twarze, a wokół oczu kobiet widniały czerwone obwódki. Młoda dziewczyna przytuliła się do starszego mężczyzny, bezradnie popłakując w chustkę o czarnych brzegach.
— No, już dobrze — powiedział starszy pan. — Nie możemy tracić nadziei.
Czy to oznaczało, że wszystkie łodzie opuszczono na wodę? Kiedy wodowano ostatnią? Joanna utrzymywała, że dopiero przed samym zatonięciem, lecz to niemożliwe, aby koniec był bliski. Pokład wcale się nie pochylił.
Gdyby tylko udało mu się przedrzeć przez tłum. Ruszył do przodu, wypatrując Joanny, wyciągnął szyję i usiłował zobaczyć coś w morzu kapeluszy, lecz tłum był tak gęsty, że momentalnie w nim utknął.