Выбрать главу

— Przepraszam — powiedział, przepychając się obok młodego mężczyzny w brązowym płaszczu i kapeluszu. Pod pachą trzymał gazetę. W takiej chwili, pomyślał Richard. — Muszę się tam dostać. Szukam kogoś.

— Jak się nazywa? — spytał nieznajomy, wyciągając z kieszeni notatnik w skórzanej oprawie. — Podróżowała pierwszą klasą?

— Jest na pokładzie C.

— Pokład C — powtórzył młody mężczyzna, notując. — Była sama?

— Tak, podróżowała samotnie.

— Nazwisko? — Mężczyzna pilnie spisywał informacje.

— Joanna Lander. Proszę, muszę tam się dostać. Muszę ją znaleźć.

— Istnieje możliwość, że weszła na pokład jednej z łodzi — zasugerował młodzieniec.

— Na pewno nie. W ten sposób nie mogłaby uciec. Musi wrócić na pokład C do przejścia. — Młody człowiek jednak nie słuchał. Patrzył w stronę podwójnych drzwi, tak samo jak wszyscy inni. Drzwi się otworzyły i ktoś musiał przez nie wejść, ludzie bowiem z nadzieją wpatrywali się w tamtą stronę. Zapadła cisza, a młoda łkająca dziewczyna wyprostowała się i przywarła do ręki starszego mężczyzny.

Richard ruszył przed siebie, przepychając się łokciami obok pary w średnim wieku, młodej kobiety z dzieckiem na ręku, dwoma nastoletnimi chłopcami, aż wreszcie ujrzał mężczyznę, który wszedł do pomieszczenia. Nieznajomy miał na sobie czarny surdut i kamizelkę tego samego koloru, a w ręku trzymał plik papierów. Wszedł na jakieś podwyższenie — może podium? — i uniósł ręce, aby uspokoić i tak już spokojny tłum. Kim był? Kapitanem? Jednym z oficerów? Dlaczego więc nie nosił munduru?

— Wiem, że wszyscy państwo pragną poznać nowiny — zaczął, wciskając na nos binokle. — Jak dotąd nie dysponujemy pełną listą rozbitków.

Co takiego?

— Jesteśmy w stałym kontakcie radiotelegraficznym z Carpathią i kiedy tylko uzyskamy pełną listę…

— Nie! — krzyknął Richard.

— Proszę się opanować — przykazał młody mężczyzna, łapiąc go za ramię. — Możliwe, że była w jednej z łodzi.

— Nie! — wrzasnął Richard. Wyrwał gazetę spod pachy młodego mężczyzny i energicznie ją rozpostarł. „Titanic zaginął”, odczytał nagłówek. „Groźba utonięcia tysiąca ludzi”.

Przepchał się do mężczyzny w binoklach.

— Który dzisiaj? — spytał z furią. Zbliżała się do niego siwa kobieta, a za nią mężczyzna z lekarskim neseserem. Richard złapał mężczyznę w binoklach za klapy surduta. — Który dzisiaj?

— Osiemnasty kwietnia — odparł nerwowo mężczyzna. — Zapewniam pana, że linia White Star głęboko ubolewa…

— Proszę pana — odezwała się siwowłosa kobieta, a mężczyzna z neseserem wziął go pod rękę. — Jest pan zdenerwowany. Powinien pan się położyć.

— Nie! — ryknął Richard. — Nie!

Lekarz usiłował go zatrzymać, lecz Richard rzucił się w tłum, roztrącając ludzi łokciami, spychając ich z drogi. Podbiegł do drzwi i popędził korytarzem. Cztery minuty. Tyle czasu, zmarnował tyle czasu, serce mu waliło, był zbyt głupi, aby dostrzec, gdzie się znalazł, nie zauważył, że to biura linii White Star.

Zegar przy schodach wybijał godzinę. Richard minął go i wbiegł po schodach. Gdzieś się rozległ alarm, jakby przeciwpożarowy albo reanimacyjny, dźwięczał, bzyczał, zagłuszając zegar, wciąż wybijający godzinę.

Richard pędem pokonał resztę stopni, minął pokój radiotelegrafisty, wciąż spisującego wiadomości. Z Carpathii, nie z Titanica. Powinien był zwrócić na to uwagę, domyślić się, że Titanic wysyłałby informacje, a nie przyjmował, a radiotelegraf znajdował się na niewłaściwym pokładzie. Dlaczego nie zauważył od razu, że to budynek, a nie statek, dlaczego nie wrócił natychmiast, aby nakazać Tish przeprowadzenie kolejnej sesji.

Zadyszany, skręcił za rogiem i popędził do drzwi, chwycił gałkę, obrócił. Zamknięte. Szarpnął gwałtownie, kopnął drzwi, rąbnął w nie pięścią.

Otworzyły się. Wpadł do ciemnego korytarza i znalazł się w laboratorium.

— Tish! — krzyknął, usiłując zedrzeć z głowy słuchawki, lecz nie miał ich na uszach. Nie miał także maski na oczy, gdyż widział światło. Świeciło oślepiająco. Pomyślał, że powinien był zasłonić je grubszym papierem, i spróbował usiąść. Nie udało się. Był przywiązany sznurami.

— Tish!

— Och, pan doktor! — ucieszyła się Tish i stanęła między nim i lampą. Wydawało się, że promieniuje błyszczącymi strugami światła. — Chwała Bogu, że nic panu nie jest.

— Przeprowadzimy następną sesję — zarządził. — Trafiłem w niewłaściwe miejsce o niewłaściwym czasie. Nie znalazłem jej.

— Proszę leżeć nieruchomo — powiedziała Tish.

— Nic nie rozumiesz — zdenerwował się i znowu usiłował usiąść. — Ona jest na Titanicu! Muszę się tam znaleźć, zanim zatonie!

— Już dobrze — uspokajała go Tish, popychając z powrotem na łóżko. — Wciąż jest pan pod wpływem leku. Musi pan leżeć nieruchomo, dopóki jego działanie nie osłabnie.

— Nie ma na to czasu. Nieodwracalna śmierć mózgu następuje w przeciągu czterech do sześciu minut. Musisz mnie tam wysłać od razu. I zwiększ dawkę dithetaminy.

Tish stała bez ruchu w promieniach światła.

— Szybko! Zanim będzie za późno! — wrzasnął i zobaczył, że pielęgniarka także ściska chustkę o czarnych krawędziach, a wokół jej oczu pojawiły się czerwone obwódki.

Nie wróciłem do laboratorium, pomyślał. To wciąż część doświadczeń granicznych. Obrócił się, żeby zobaczyć, gdzie się podziało przejście.

— Proszę tego nie robić, panie doktorze, bo wyciągnie pan sobie kroplówkę — ostrzegła Tish. — Wciąż jest pan podłączony do wlewu kroplowego roztworu soli. Nie ocknął się pan na czas, więc odłączyłam dithetaminę. — Sięgnęła do kroplówki.

Klasnął dłonią o igłę.

— Natychmiast z powrotem podłącz dithetaminę! — krzyknął i wreszcie udało mu się przyjąć pozycję siedzącą. Okazało się, że wcale nie był przywiązany. Krępowały go elektrody, łączące go z EEG i EKG. Niewątpliwie znajdował się w laboratorium. Chustka w ręku Tish była przemoczoną jednorazówką.

— Zrób to teraz! — wrzasnął. — Bo sam się tym zajmę. — Jednak usiadł zbyt pośpiesznie i czuł, jak mu się kręci w głowie mu zimno. — Tish, błagam cię. Nic nie rozumiesz. Kończy nam się czas. Musisz mnie podłączyć, zanim będzie za późno.

Tish się nie ruszyła, stała w aureoli światła i bezwiednie obracał w dłoniach zmiętą chusteczkę.

— Ale pan nadal się nie budził, chociaż odłączyłam dithetaminę. Nie wiedziałam, czy podać noradrenalinę czy nie. Pańskie wskazania były w normie, a kiedyś pan Sage nie chciał się ocknąć przez…

Odwrócił się gwałtownie i spojrzał na zegar, lecz Joanna przesunęła go tak, aby pacjenci go nie widzieli.

— Proszę mi powiedzieć — zwrócił się do niej. — Jak długo byłem nieprzytomny? — Z lękiem czekał na odpowiedź.

— Tak mi przykro, panie doktorze. Pani Troudtheim powiedziała mi, jak przyszła… — Obróciła przemoczoną chusteczkę w dłoniach. — Była taka zmartwiona. Wszyscy bardzo lubiliśmy doktor Lander…

— Jak długo byłem nieprzytomny? — powtórzył głucho.

— Nie wiem. Nie potrafię odczytywać skanów, więc nie wiedziałam, czy pan jest w stanie śmierci klinicznej, czy też fazie REM…

— Pytałem, jak długo byłem nieprzytomny? — Nie ustępował, ale i tak znał odpowiedź. Słyszał bicie zegara na korytarzu biur linii White Star. — Powiedz mi.