— Dwie godziny — odparła Tish i wybuchnęła płaczem.
CZĘŚĆ TRZECIA
„Po tym akcie jest jeszcze jeden. Jak sądzę, domyślasz się, czego dotyczy”.
Rozdział 42
„Od około dwóch godzin nikt nie odebrał żadnej informacji z Titanica”.
Tego wieczoru Richard znowu trafił do laboratorium, chociaż wiedział, że nie ma możliwości, aby podjął pracę. Wrócił do szpitala, gdyż policja poinformowała go, że zapewne będzie musiał złożyć zeznania, a poza tym nie przychodziło mu do głowy żadne inne miejsce, w które mógłby się udać. Cały oddział nagłych wypadków uznano za miejsce zbrodni i zablokowano, a pacjentów skierowano do Szpitala Szwedzkiego oraz Świętego Łukasza. W pokoju dla lekarzy, na korytarzach i w bufecie tłoczyli się ludzie, zadający Richardowi pytania typu: „Czy na pewno dobrze się czujesz?” albo: „Gdzie, do cholery, byli ochroniarze? Od trzech lat powtarzam, że na oddziale nagłych wypadków prędzej czy później musiało dojść do tragedii. Dlaczego nie zainstalowali wykrywacza metalu?”, albo: „Czy ustalono już przyczynę śmierci?” Nie potrafił odpowiedzieć na żadne z tych pytań.
Przyczyną zgonu było utonięcie, cisnęło mu się na usta wyjaśnienie. Poszła na dno wraz z Titanikiem.
W pewnej chwili — pierwszego wieczoru? Następnego dnia? — zszedł do kostnicy.
— O rany, przykro mi. — Pracownik kostnicy zrobił smutną minę. — Zabrano ją na uniwersytet.
Richard wiedział, że tam przeprowadzą sekcję zwłok. W wypadku morderstwa sekcje nie odbywały się w Szpitalu Miłosierdzia. Ciało kierowano do szpitala Uniwersyteckiego, gdzie zajmował się nim biegły patolog sądowy.
— Może mógłby pan… — zaczął pracownik. Pojechać tam, dokończył w myślach Richard, lecz mężczyzna nie wyjaśnił, o co mu chodziło. Widać było, że żałuje, iż w ogóle się odezwał. Myślał o nacięciu w klatce piersiowej, usuniętych żebrach i mostku, wyjętym sercu, zważonym i rozpreparowanym. Sercu Joanny.
— W porządku — odezwał się Richard. — Chciałem tylko…
Chciałem — czego chciałem? Przekonać się, że jest bezpieczna w kostnicy, owinięta plastikowym workiem i leży na stalowej szufladzie. Bezpiecznie martwa. Że nie jest wciąż na Titanicu, nie chwyta się kurczowo relingu na pochylającym się pokładzie, czekając na śmierć w oceanie.
— Może pan pójdzie do domu i prześpi się trochę, panie doktorze? — zasugerował łagodnie pracownik kostnicy. Richard skinął głową i się odwrócił, ale nie odszedł. Stał jak wryty, wpatrując się bezmyślnie w ścianę.
— Jak się stąd wychodzi? — spytał w końcu.
— Proszę iść tym korytarzem i skręcić w prawo. — Mężczyzna wskazał palcem, a Richard poczuł się tak, jakby ktoś zadał mu cios nożem. Idź tym korytarzem, aż do klatki schodowej. Wejdź schodami na szóste piętro i przejdź łącznikiem na chirurgię, pokazała mu palcem Joanna. Po prawej stronie jest korytarz. Dojdziesz nim do windy, a potem zjedziesz do kadr. Nie potrafił uwierzyć własnym uszom. Nie ma jakiejś drogi na skróty? Joanna się roześmiała. Właśnie to jest skrót.
Dyżurny wziął go pod rękę.
— Zaprowadzę pana. — Skierował go z powrotem na parter, cały czas trzymając pod rękę, jakby miał do czynienia ze starą kobietą. Poszli korytarzem, potem schodami na górę, do holu.
To musiał być dzień, gdyż przed drzwiami do windy stał pan Wojakowski. Jego piegowata twarz promieniowała radością.
— Witam pana doktora — uradował się i zbliżył energicznie. — I jak, czy Joanna Lander pana w końcu znalazła? Dyżurny westchnął i zacisnął dłoń na ręce Richarda. Nieświadomy, niczego pan Wojakowski kontynuował:
— Widziałem ją na internie. Była… Zaraz, zaraz… — Urwał, spojrzał na dyżurnego, a potem ponownie na Richarda. — Panie doktorze, wszystko w porządku?
Dyżurny odciągnął pana Wojakowskiego na bok i zaczął mu szeptać do ucha, a Richard zauważył, że twarz staruszka nagle zbladła jak papier, podkreślając rude piegi. Pan Wojakowski nagle postarzał się o kilka lat.
— Cholera, gdybym wiedział… Jak to się stało?
Dyżurny poszeptał jeszcze chwilę. Drzwi windy rozsunęły się. Richard wbił wzrok w pustą kabinę.
— Powiem mu, że nie miałem pojęcia… — Pan Wojakowski spojrzał niepewnie na Richarda.
— Nie teraz — odradził dyżurny i zaprowadził starszego pana do windy. Potem stanął przed drzwiami ze skrzyżowanymi rękoma jak ochroniarz i zaczekał, aż się zamkną.
Wrócił do Richarda.
— Jak się pan czuje, panie doktorze? — Ponownie wziął Richarda pod rękę. — Czy mam kogoś wezwać?
Richard pomyślał, że tak, Carpathię i Californian, tylko że ich radiotelegrafy są wyłączone, a kapitan poszedł spać.
— Jest pan pewien, że nie ma nikogo, do kogo mógłbym zadzwonić? Może do narzeczonej? Albo współpracownika?
— Nie.
— W każdym razie nie sądzę, aby dał pan radę prowadzić samochód w takim stanie. Czy jest jakieś miejsce, gdzie mógłby się pan położyć?
— Tak. — Richard wrócił do laboratorium. Położył się spać na podłodze, owinięty kocem, którym przykrywał Amelię Tanakę i Joannę. Pod ręką trzymał włączony pager, jakby nie było jeszcze za późno, jakby istniała nadzieja na cofnięcie tego, co się stało.
Zastanawiał się, czy radiotelegrafista na pokładzie Californian zachowywał się podobnie, bez końca pochylał się nad kluczem, ze słuchawkami na uszach, wsłuchując się w inne wiadomości, nie tracąc nadziei na kolejną szansę. Może po dwóch dniach wyłączył urządzenie, nie mogąc znieść bezustannych pytań i kondolencji.
Zadzwonił rezydent, który próbował ratować Joannę, potem trzech dziennikarzy oraz Tish.
— Postanowiłam wrócić na internę. W świetle tego, co zaszło… Złożyłam już oficjalne podanie o przeniesienie. Potrzebuję pańskiego podpisu.
W świetle tego, co zaszło.
— Oczywiście, z przyjemnością poinstruuję moją następczynię o procedurach obowiązujących w laboratorium. — Zawahała się. — Nikomu nie powiedziałam o… Nie chcę, żeby miał pan kłopoty z powodu przeprowadzania na sobie eksperymentu w taki sposób. Szpital mógłby zaprzestać finansowania pańskich prac, a wiem, że pańska reakcja wynikała z paniki. Nie ponosił pan odpowiedzialności za swoje czyny…
Odpowiedzialność. Zostawiłem Joannę na Titanicu, pozwoliłem jej utonąć.
— Panie doktorze? Jest pan tam?
— Tak.
— Wydaje mi się, że powinien pan z kimś porozmawiać. W szpitalu pracuje bardzo dobra specjalistka, doktor Ainsworth. Jest psychiatrą i zajmuje się właśnie tego rodzaju wypadkami.
Jakiego rodzaju? Wypadkami porzucenia? Zdrady? Przypomniała mu się twarz stojącej nad nim Tish, zalana łzami, z policzkami pomazanymi tuszem do rzęs.
— Przepraszam, że panią przestraszyłem — odezwał się do słuchawki.
— Nie szkodzi. — Głos Tish zadrżał. — Nie potrafiłam pana ocucić. — Urwała. — Byłam przekonana, że pan umarł.
— Proszę pani… — zaczął, lecz pielęgniarka wzięła się w garść.
— Wewnętrzny doktor Ainsworth to dwieście osiem — stwierdziła spokojnie. — Specjalizuje się w zaburzeniach stresowych pourazowych. Naprawdę powinien pan się z nią skontaktować.