Выбрать главу

— Proszę numer doktora Wrighta.

— Doktor Wright poszedł do domu.

— Wiem. Muszę znać jego numer, żeby zadzwonić jutro. W celu umówienia wizyty — dodała.

— Wizyty? — powątpiewała telefonistka, ale podyktowała numer. Maisie zadzwoniła, na wypadek, gdyby doktor Wright jeszcze był w pracy, lecz nikt nie podniósł słuchawki. Następnego dnia również nikt nie odbierał, chociaż Maisie telefonowała co pół godziny.

Uznała, że musi się z nim spotkać. Zadzwoniła do centrali i spytała o numer gabinetu doktora Wrighta. Telefonistka wyjaśniła, że chodzi o laboratorium numer 502. Maisie była zadowolona, bo skoro jej pokój oznaczono liczbą 322, pokój lekarza powinien się znajdować dwa piętra wyżej, bezpośrednio nad nią. Nie musiała daleko chodzić; wystarczyło, aby wsiadła do windy.

Najtrudniejsze było dyskretne przedostanie się do kabiny. Dziewczynka w Tajemniczym ogrodzie odbyła swoją eskapadę nocą, lecz doktor Wright nie pracował wieczorami. Ranek odpadał, wtedy bowiem pielęgniarki słały łóżka i pomagały jej wziąć prysznic; poza tym przed południem jeździł wózek z książkami z biblioteki. O drugiej przychodziła matka Maisie.

Zatem będzie musiała się wykraść po zebraniu tac z naczyniami po lunchu. Gdy tylko posłano jej łóżko, podeszła do szafy, wyciągnęła ubrania i ukryła je pod kocem. Na wierzchu rozłożyła jedną z książek o Titanicu, żeby zamaskować wybrzuszenie. Następnie położyła się i odpoczywała, zbierając siły na spacer.

Z tego samego powodu zmiotła cały lunch, a Eugene, który przyszedł po tacę, wykrzyknął:

— No proszę! To mi się podoba! Tak trzymaj, a wkrótce cię wypiszą!

Jeszcze przed posiłkiem włożyła spodnie i skarpety. Gdy tylko Eugene sobie poszedł, wciągnęła buty i golf. Na ubranie włożyła szlafrok, podciągnęła koc i leżała nieruchomo, łapiąc oddech i nasłuchując.

W pokoju 320 rozpłakał się chłopczyk. Na korytarzu rozległ się odgłos kroków i ktoś wszedł do dziecka, aby sprawdzić, co się stało.

Maisie postanowiła włączyć telewizor, żeby pielęgniarki sądziły, że ogląda wideo, i nie sprawdzały, co robi. Wzięła ze stolika pilota, przewinęła Tajemniczy ogród i wcisnęła przycisk odtwarzania.

Płacz ucichł. Po kilku minutach ktoś wyszedł z pokoju chłopca i wrócił do pomieszczenia pielęgniarek. W telewizorze dziewczynka wdrapywała się dyskretnie po wysokich kręconych schodach. Maisie wyszła z łóżka i zdjęła szlafrok. Ukryła go pod kocem i podkradła się do drzwi. Na korytarzu było pusto, nie widziała także nikogo w pokoju dla pielęgniarek. Bardzo prędko podbiegła do windy, wcisnęła i schowała się za drzwiami poczekalni. Gdy zabłysło światło nad wejściem do kabiny, wyskoczyła z poczekalni, wpadła do windy i wcisnęła przycisk piąte piętro.

Jej serce waliło potwornie mocno, przede wszystkim z obawy, że ktoś zobaczy zamykające się drzwi.

— Szybciej! — szepnęła i wreszcie drzwi się bardzo powoli zasunęły. Winda ruszyła.

No dobrze. Teraz musiała tylko znaleźć numer 502. Kiedy drzwi się otworzyły, wyszła i rozejrzała się wokół siebie. Wszędzie było mnóstwo pomieszczeń, lecz żadnego z nich nie oznaczono cyfrą. Na jednych drzwiach widniał napis: TTY-TDD.

Poszła dalej. Na kolejnych drzwiach widziała litery LHS oraz OT, lecz nigdzie nie było cyfr. Z pokoju oznaczonego PT wyszła kobieta z notatnikiem w ręku. Na widok Maisie zatrzymała się i ściągnęła brwi. Przez chwile dziewczynka miała pewność, że nieznajoma domyśliła się, że ma do czynienia z pacjentką. Kobieta podeszła bliżej, przyciskając notatnik do piersi.

— Szukasz kogoś, słoneczko? — spytała.

— Tak. — Maisie usiłowała mówić stanowczo i rzeczowo. — Doktora Wrighta.

— Jest we wschodnim skrzydle. Wiesz, jak tam trafić?

Maisie pokręciła głową.

— Musisz wrócić na czwarte piętro i skręcić w prawo. Zobaczysz napis: „Kadry”. Przejdziesz tamtędy i trafisz do wschodniego skrzydła.

Czy to daleko? Maisie nie odważyła się zadać tego pytania, gdyż kobieta od razu zapytałaby, skąd się tu wzięła.

— Dziękuję bardzo — stwierdziła krótko dziewczynka i wróciła do windy. Szła prędko, żeby nieznajomej nie przyszło do głowy, że jest chora.

W windzie mogła przez chwilę odpocząć. Gdy wyszła, skręciła w prawo, zgodnie ze wskazówkami kobiety. Znak znajdował się bardzo daleko, w głębi korytarza. Serce Maisie zaczęło gwałtownie walić. Zatrzymała się i przez chwilę odpoczywała, lecz z któregoś pomieszczenia wyłonił się mężczyzna z tacą pełną próbek z krwią, więc musiała podjąć marsz.

Drzwi oddzielające łącznik od budynku były bardzo ciężkie. Maisie popchnęła je z całych sił, aby się wreszcie otworzyły. Za nimi znajdował się szary korytarz. Nie wiedziała, jakiej jest długości, lecz na pewno nie planowała tak dalekiej wędrówki. Zawahała się, czy iść dalej, jednak pomyślała, że droga powrotna do windy jest równie długa, a gdyby znalazła doktora Wrighta i uzyskała od niego adres Joanny, mogłaby go poprosić o przetransportowanie do pokoju. Na pewno sprowadziłby jakiś wózek inwalidzki. Zresztą mogła iść bardzo wolno.

Ruszyła przed siebie. Korytarz był dziwny. Nie miał okien, drzwi, ani nawet poręczy przy ścianie, jak wszystkie inne korytarze w szpitalu. Oparła się ręką o ścianę, lecz niewiele to dało. Męczyła się znacznie bardziej, nie mogąc wesprzeć się o poręcz.

— Chyba chwilę odpocznę — powiedziała do siebie i usiadła, opierając się plecami o ścianę, lecz to niewiele pomogło. Nie mogła złapać oddechu, a lampy na ścianach wciąż dziwacznie pływały. — Źle się czuję — stwierdziła i położyła się na podłodze.

Rozległ się głośny hałas, lampy rozbłysły jaskrawym światłem i gwałtownie ściemniały, przybierając ciemnoczerwoną barwę. Zanim prawie zupełnie zgasły, Maisie pomyślała, że to zupełnie jak światła na Titanicu. Mam nadzieję, że nie zrobi się całkiem ciemno. Nie znajdowała się jednak w korytarzu, tylko w tunelu, w którym już wcześniej przebywała. Wyczuwała wysokie, proste ściany po bokach.

To doświadczenie graniczne, przeszło jej przez myśl, i usiadła na pokrytej terakotą podłodze. Tylko że to nie była terakota. Nie potrafiła rozpoznać tego dziwnego w dotyku materiału. Żałowała, że jest tak ciemno i że nie może mu się przyjrzeć. Musiała wszystko uważnie obserwować, aby potem opowiedzieć Joannie.

Powinna także wsłuchiwać się w odgłosy. Przypomniała sobie dziwny dźwięk, który rozległ się przed tym, jak światła zrobiły się czerwone. To był łomot albo głośny stuk. Może wybuch. Nie pamiętała dokładnie. Szkoda, że nie słuchała uważniej, przecież będzie musiała zdać dokładną relację.

Jej serce przestało łomotać i nie czuła już zawrotów głowy. Wstała i ruszyła przed siebie tunelem między wysokimi, prostymi ścianami. Było ciemno i mgliście, jak wcześniej, poza tym zrobiło się bardzo ciepło. Odwróciła się i spojrzała za siebie. Także z tyłu położyła się mroczna mgła.

— Przecież mówiłam panu Mandrake’owi, że nie świeciło światło — powiedziała do siebie i w tej samej chwili na końcu tunelu zabłysło światełko. Miało kolor czerwony, podobnie jak światła w korytarzu, i poruszało się, jakby ktoś biegł z latarnią w ręce, i pewnie tak było naprawdę, ujrzała bowiem pędzących ku niej ludzi. Nie potrafiła ich rozpoznać z powodu mgły.

— Prędko! — krzyczeli. — Tędy! Ogłosić alarm reanimacyjny! Natychmiast!

Minęli ją. Usiłowała im się przyjrzeć, kiedy biegli obok, chcąc rozpoznać ich zasłonięte mgłą twarze. Pan Mandrake twierdził, że to powinni być znajomi ludzie, którzy zmarli, tacy jak babcia, lecz Maisie nie poznawała nikogo z nich.