Pomyślała, że i tak przebywa tu już dość długo. Zeszła do biblioteki i salonu jadalnianego pierwszej klasy. Spędziła na statku dużo czasu, wiedząc, że jednocześnie obumierają komórki mózgu, a połączenia synaptyczne są zrywane jedno po drugim. Wkrótce ich zabraknie, aby tworzyć ujednolicający obraz. W przeciągu czterech do sześciu minut komórki zginą. Joanna wiedziała, że wtedy przestanie cokolwiek pamiętać, myśleć, straci poczucie lęku. Ogarnie ją nicość. Nicość. Zabraknie nawet ciszy i ciemności, a także świadomości ich istnienia. Nicość.
— Nicość — stwierdziła głośno, zaciskając dłonie na drewnianych poręczach leżaka. Pomyślała, że nie będzie sobie tego uzmysławiać. Przestanie się bać. Straci świadomość, zapomni, zaśnie.
— „Usnąć! Śnić może?”* [William Shakespeare, Tragiczna historia Hamleta księcia Danii, op. cit.] — mruknęła, lecz marzenia senne nie wchodziły w grę, skoro nie będzie synaps, acetylocholiny ani serotoniny. Nicość. — Przestaniesz istnieć — powiedziała sobie. — Nie będzie cię.
Nie będzie. Ani tutaj, ani gdziekolwiek indziej. Nic dziwnego, że ludzie uwielbiają książkę pana Mandrake’a. Nie chodzi im o krewnych i o Świetliste Anioły. Oczekują potwierdzenia, że po śmierci wciąż będą istnieć, że po tamtej stronie znajdą coś, cokolwiek. Choćby piekło albo Titanica. Lepsze to niż nic.
Ale Titanic tonie, uświadomiła sobie i poczuła panikę, podchodzącą jej do gardła jak mdłości. Jej serce zaczęło mocniej bić. Pomyślała, że to strach, co dowodzi, że doświadczenia graniczne nie są poduszką ochronną wytworzoną przez endorfiny. Spojrzała na dłoń, lepką i mokrą, i przycisnęła ją do piersi. Serce gwałtownie łomotało, oddychała pośpiesznie i płytko — typowe objawy lęku. Przycisnęła dwa palce do nadgarstka i zmierzyła tętno. Dziewięćdziesiąt pięć. Sięgnęła do kieszeni po długopis i papier, aby zanotować wynik badania i przekazać go potem Richardowi.
Przekazać go Richardowi. Pomyślała, że wciąż w to nie wierzy. Przyłożyła dłoń do boku. Wciąż nie mogła się pogodzić z własną śmiercią.
„To niemożliwe, aby ludzki umysł pojął własną śmierć”, obwieściła kiedyś ostro Richardowi. Wyobrażała sobie, że poczuje ukojenie, będzie chroniona przed straszną świadomością zniszczenia. Nic podobnego. Wiedziała, że śmierć raczej przypomina drażniącą ucieczkę poza pole zasięgu, jak w wypadku świateł Californian, dających złudne poczucie nadziei nawet po tym, jak wszystkie łodzie opuściły statek, a światła gasły.
„Nadzieja jest wieczna”. Joanna uznała, że to nie powiedzenie Pollyanny, tylko groźba. Zastanowiła się przerażona, czy Lavoisier nie wzywał pomocy. Kropka, kropka, kropka, kreska, kreska, kreska, kropka, kropka, kropka. Mrugnął dwanaście razy. SOS. SOS.
Nadzieja nie jest ochroną, tylko karą. Prawdziwe piekło. Ale przecież to niemożliwe, przecież napis nad bramą piekła głosił: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”. To jednak było polecenie, nie stwierdzenie, i być może na tym właśnie polegała prawdziwa męka piekielna, nie ogień, siarka i potępienie, tylko ciągła nadzieja, nawet kiedy rufa uniosła się nad wodę, kiedy zewsząd buchały płomienie, spływała lawa i zbliżał się rozpędzony pociąg, zawsze istniała nadzieja, że w ostatniej chwili uda się ocaleć. Tak jak w kinie.
Joanna pomyślała, że niekiedy nadzieja nie okazywała się złudna, czasami udawało się ściągnąć posiłki.
— Właśnie dlatego chciałam przekazać wiadomość Richardowi — powiedziała głośno i przypomniała sobie, jak usiłowała poruszyć ustami, kiedy Vielle pochylała się nad nią z przejęciem, próbując jej wysłuchać, ściskając ją mocno za ręce.
Nie pożegnałam się z Vielle. Pomyśli, że to jej wina.
— Vielle, to była moja wina — oświadczyła głośno, jakby przyjaciółka mogła ją usłyszeć. — Nie zwróciłam uwagi na otoczenie. Za bardzo się zajęłam nawiązywaniem łączności z przylądkiem Race. Nawet nie zauważyłam, co się dzieje. Z nikim się nie pożegnałam! — wykrzyknęła i gwałtownie zerwała się na nogi, jakby wciąż nie było za późno. Bez słowa opuściła Kit, której narzeczony i wujek już ją zostawili. — Nie powiedziałam nawet do widzenia Richardowi — stwierdziła. Ani Maisie.
Maisie. Obiecała jej, że do niej wpadnie. Będzie czekała. Poczuła dreszcz przerażenia. Potem przyjdzie Barbara i powie jej, że nie żyje. Zrobiła krok w przód, jakby chcąc zatrzymać Barbarę, lecz nie mogła już nikogo przed niczym powstrzymać. Myliła się w sprawie kary dla zmarłych — to nie nadzieja lub zapomnienie są najgorsze, lecz wspominanie niedotrzymanych obietnic i niemożność pożegnania się z bliskimi.
— Och, Maisie — westchnęła Joanna i usiadła na skraju leżaka. Ukryła twarz w dłoniach.
— Czy ma pani prawo tutaj przebywać, pani Lander? — spytał surowy głos. — Gdzie pani przepustka?
Podniosła wzrok. Tuż obok stał pan Briarley, ubrany w szarą tweedową kamizelkę.
— Pan Briarley… Co takiego? — wykrztusiła. — Co pan tu robi? Czy pan też umarł?
— Czy ja umarłem? — Zastanowił się. — Jakie mam odpowiedzi do wyboru? „Ani ryba, ani drób, ani żywy, ani trup”. Uśmiechnął się i dodał poważnie: — Co pani tu robi, zupełnie sama?
— Chciałam przekazać wiadomość. — Zapatrzyła się w ciemności za relingiem.
— I udało się pani?
Pomyślała, że nie, i przypomniała sobie zmartwiony głos Vielle: „Ćśśś, kotku, nic nie mów”, a także swój własny, krztuszący się z powodu krwi wylewającej się z płuc i z gardła. Rezydent krzyczał: „Jeszcze raz. Strzelamy. Już”, a wszędzie wokół wył alarm reanimacyjny, zagłuszający wszystko, zupełnie wszystko.
Nie, Vielle mnie nie słyszała. Nie zrozumiała mnie, nie powiedziała nic Richardowi. Ta świadomość była gorsza niż wizja Barbary informującej Maisie o śmierci Joanny. Gorsza od wszystkiego.
— Nie — odparła głucho. — Nie udało mi się.
— Wiem — stwierdził pan Briarley, wyglądając za reling. — Wiem. Niekiedy sam próbuję. Ale to za daleko. — Położył rękę na jej ramieniu. Dotknęła jej własną dłonią i oboje stali tak przez chwilę. Wreszcie pan Briarley wyciągnął rękę i lekko poklepał Joannę po dłoni. — Strasznie tu zimno. — Pociągnął ją, żeby wstała. — Chodźmy — polecił i poszedł przed siebie.
— Dokąd idziemy? — spytała Joanna, usiłując za nim nadążyć.
— Do palarni pierwszej klasy — odparł przez ramię. — Trochę tam duszno, jak się nietrudno domyślić, ale za to pomieszczenie jest bliżej rufy, a bierne palenie już nas nie powinno martwić.
Joanna w końcu zrównała się z panem Briarleyem.
— A dlaczego tam idziemy?
— Jedno z błogosławieństw śmierci polega na tym, że nie musimy się już bać umierania — ciągnął, jakby jej nie usłyszał. — Straciwszy życie w jeden sposób, siłą rzeczy nie można umrzeć w inny. Jak pisał Carlyle… — Zerknął surowo na Joannę. — Pamięta pani Thomasa Carlyle’a? To angielski autor…? Czego? To będzie na egzaminie końcowym.
— Francuskiej rewolucji — odparła Joanna, myśląc o dekapitacji Lavoisiera.
— Bardzo dobrze. — Pan Briarley na chwilę zwolnił krok. — Poza tym napisał: „Katastrofa całego systemu słonecznego i gwiezdnego może zabić tylko raz”.
Przeszedł energicznie po pokładzie, podobnie jak wcześniej na Scotland Road. Joanna musiała niemal biec, aby za nim nadążyć. Poczuła zmęczenie. Co prawda nie widziała, aby pokład się pochylał, ale musiało tak być. Czuła się niepewnie i kilkakrotnie uderzyła dużym palcem u nogi o drewniane deski.