Выбрать главу

— Zawsze się bałem śmierci w katastrofie samolotu — wyznał pan Briarley. — A także ścięcia, co może wynikać ze związku dekapitacji z angielską literaturą. Sydney Carton, Raleigh i sir Thomas More. More powiedział katu: „Ja się zajmę wejściem na górę, a ty się zajmiesz moim zejściem”. Dowcipny do ostatka.

Pokręcił głową.

— Bałem się też umrzeć na atak serca, chociaż z perspektywy czasu wiem, że każda z tych trzech śmierci byłaby błogosławieństwem. Wszystkie są szybkie, niemal bezbolesne, a mózg sprawnie funkcjonuje do samego końca. — Otworzył drzwi, prowadzące do głównych schodów. Orkiestra ustawiła się na szczycie schodów, grając piosenkę Gilberta i Sullivana. — Człowiek nie boi się już wulkanów, katastrof sterowców ani torped. Ani utonięcia — uzupełnił i skierował się w dół kręconych schodów.

Joanna pomyślała, że to jeszcze nie może być koniec, i przystanęła, aby przyjrzeć się orkiestrze. Nie grają Bliżej Ciebie, Panie ani Jesieni. Przyszło jej do głowy, że teraz się przekona, jaki utwór wykonywali.

— Proszę tutaj — zawołał z dołu pan Briarley. — Czekają.

Joanna zeszła niżej.

— Kto czeka?

Pan Briarley stał w cieniu tuż nad pierwszym podestem. Pod nim schody zakręcały i nikły w ciemności. Oraz w wodzie.

— Kto na mnie czeka? — ponowiła pytanie Joanna, schodząc ostrożnie.

— Jest cała masa rodzajów śmierci, których pani nie musi się już bać. Przedawkowanie narkotyków. Rany postrzałowe…

Rany postrzałowe. Martwy nastolatek z nożem, leżący na podłodze oddziału nagłych wypadków. Martwy. Joanna się zatrzymała z ręką na poręczy.

— Wszyscy są tutaj? — spytała bez tchu. — Wszyscy zmarli? Na statku?

— Wszyscy? — zdumiał się pan Briarley. — Katastrofa Titanica była kolosalna, ale na pokładzie przebywało tylko dwa tysiące ludzi. To zaledwie ułamek łącznej sumy zgonów z każdego dnia — wyjaśnił i szedł coraz niżej.

— Nie o to mi chodziło — sprzeciwiła się i pomyślała, że chciałaby wiedzieć, czy on tu jest, gdzieś pod pokładem, czy na nią czeka? — Miałam na myśli to, czy są tu wszyscy ludzie, który umarli wtedy, co ja? — spytała głośno. — W Szpitalu Miłosierdzia?

Pan Briarley zatrzymał się stopień nad podestem i spojrzał na nią.

— Schodzimy tylko do pokładu z promenadą — stwierdził i wskazał na szerokie drzwi, prowadzące na zewnątrz.

Joanna kurczowo chwyciła poręcz.

— Mówił pan prawdę, że nie możemy umrzeć więcej niż raz?

Skinął głową.

— „Po pierwszej śmierci nie ma następnej”. — Pokonał ostatnie dwa stopnie i doszedł do drzwi. — Dylan Thomas. „Odmowa żałoby po dziecku, które zginęło w płomieniach” wyjaśnił i wciąż mówiąc, wyszedł na dwór.

— Co to znaczy „śmierć dziecka”? — spytała Joanna. Puściła poręcz i zbiegła po pozostałych schodach. — Co to znaczy „w płomieniach”?

Pan Briarley szedł szybko po pokładzie z promenadą.

Stwierdzenie „nie ma następnej” jest dwuznaczne. To aluzja do cudzego zgonu, budzącego nas do naszej śmiertelności, oraz do Zmartwychwstania, lecz można to także zrozumieć dosłownie. Nie ma następnej. Po naszej pierwszej śmierci nie możemy zginąć od uderzenia piorunem czy z powodu choroby serca…

— Czy jest tutaj Maisie?

— Albo na gruźlicę lub niewydolność nerek, wirus Ebola ewentualnie z powodu migotania komór.

— Czy Maisie zmarła? — spytała zrozpaczona Joanna. — Wtedy gdy Barbara powiedziała jej o mojej śmierci? Dostała migotania komór?

— Nie trzeba się już bać szafotu — dodał pan Briarley. W tym miejscu czuło się większy chłód, chociaż ta część pokładu z promenadą była oszklona. Joanna zadrżała. — Ani gilotyny. — Ostrożnie dotknął szyi. — Ani otrucia strychniną. Ani rozległego zawału… — i znalazła się w ciemnym korytarzu, po omacku podążając w stronę szaleńczo dzwoniącego telefonu, przepychając rękę przez koszulę, wyszukując włącznik światła i telefon, niemal zrzucając słuchawkę, jej serce łomotało, wiedziała, co usłyszy, „To twój ojciec…”

— Co to było? — spytała Joanna. Przywarła do jednego z okien, wpatrując się w odbicie swojej własnej, przerażonej twarzy.

— Co takiego? — Z połowy pokładu odezwał się zirytowany pan Briarley.

— Coś się właśnie stało — odparła, obawiając się poruszyć, aby to się nie powtórzyło. — Wspomnienie…

— To z powodu zimna. Chodźmy, w palarni jest cieplej. Rozpalili tam w kominku ogień.

— Ogień? — powtórzyła Joanna. Dym i ogień. Śmierć dziecka w płomieniach. Odwróciła się od okna i podbiegła do pana Briarleya.

— Niech pan powie, że Maisie tu nie ma.

— Ogień to jeszcze jeden rodzaj śmierci, którego nie musi się pani obawiać. Paskudna, powolna śmierć. Joanna d’Arc, arcybiskup Cranmer, Mała Panienka… A, jesteśmy na miejscu — oznajmił i zatrzymał się przed ciemnymi drewnianymi drzwiami.

Rozdział 45

„Bez oficjalnego wystawiania zwłok (…) skromna uroczystość (…) bez przemówień (…) bez balsamowania ciała (…)”

Fragment poleceń Franklina Delano Roosevelta, dotyczących jego pogrzebu, a znalezionych po uroczystości, podczas której całkowicie je zlekceważono

Pogrzeb Joanny miał się odbyć dopiero we wtorek. Tę wiadomość przyniosła Richardowi Vielle.

— Jej siostra nie ufa miejscowym duchownym i nie chce, żeby którykolwiek z nich prowadził uroczystość. Chce koniecznie sprowadzić z Wisconsin własnego specjalistę od ogni piekielnych i potępienia.

— We wtorek — powtórzył Richard. Termin wydawał się odległy o lata świetlne.

— O dziesiątej. — Wręczyła mu kartkę z adresem domu pogrzebowego. — Chciałam cię tylko zawiadomić. Muszę wracać na oddział. — Wbrew zapowiedzi nie wyszła z laboratorium.

Stanęła przy drzwiach, kiwając zabandażowaną ręką. Miała zmartwioną minę.

— To, co powiedziała Joanna… — odezwała się w końcu. — To mogło nic nie znaczyć. Ludzie wygadują rozmaite bzdury. Pamiętam jednego staruszka, który w kółko mamrotał: „Nerkowce są luzem”. Niekiedy sądzisz, że chcą ci powiedzieć jedno, a tak naprawdę próbują wyznać co innego. Miałam kiedyś pacjentkę z niedokrwieniem mózgu, która wciąż powtarzała „wody”, a kiedy podawaliśmy jej szklankę wody do picia, odtrącała ją. Okazało się, że mówi: „Władek”.

— I co z tego? — spytał z goryczą Richard. — Myślisz, że Joanna tak naprawdę mówiła „Suez”? Albo „sos”? Oboje doskonale wiemy, co usiłowała powiedzieć. Wzywała pomocy. Chciała mi przekazać, że jest na Titanicu.

Wyciągnął wtyczkę monitora EKG.

Właśnie o tym zamierzała mnie poinformować, kiedy biegła na oddział nagłych wypadków — ciągnął, zwijając przewód. — Tak się śpieszyła, że wpadła prosto na nóż tego chłopaka. Zamierzała powiedzieć, że to nie złudzenie, że naprawdę znalazła się na Titanicu.

— Ale jak to możliwe? Doświadczenia graniczne to zjawisko typowe dla umierającego mózgu.

— Nie wiem. — Usiadł i oparł głowę na rękach. — Nie wiem.

Vielle wyszła, lecz późnym popołudniem, a może następnego dnia zjawiła się znowu.

— Rozmawiałam z Patty Messner. Wpadła na Joannę w chwili, gdy wchodziła na oddział nagłych wypadków. Spytała, czy jest tam doktor Jamison. Powiedziała: „Muszę znaleźć doktora Wrighta. Wiesz, gdzie on jest?”