Выбрать главу

Musiał wciąż skrywać w sobie nadzieję, że coś albo ktoś inny sprowadził Joannę na oddział, bo kiedy Vielle mówiła, czuł się tak, jakby słyszał Tish, bez końca powtarzającą wiadomość o śmierci Joanny. Nieco otępiały, zastanawiał się, dlaczego Vielle pokonał tak długą drogę, aby mu o tym powiedzieć.

— Patty twierdzi, że Joanna się śpieszyła, właściwie nie mogła złapać oddechu. Wydaje mi się, że się mylisz — ciągnęła Vielle. — Nie wiesz, co ci chciała powiedzieć.

Urwała, spodziewając się prośby o wyjaśnienie, a gdy jej nie usłyszała, mówiła dalej:

— Kiedy mnie postrzelono, nie powiedziałam o niczym Joannie, bo wiedziałam, jak zareaguje. Zawsze mi powtarzała, że powinnam się przenieść z nagłych wypadków, bo stanie mi się krzywda. Wcale nie miałam ochoty, aby się dowiedziała, że miała rację. — Spojrzała z wyczekiwaniem na Richarda.

— A Joanna wiedziała, że nazwę ją wariatką, gdyby mi powiedziała, że znalazła się na Titanicu, czy o to ci chodzi? — spytał.

— Chodzi mi o to, że przez kilka dni unikałam Joanny, aby nie widziała mojego bandaża. Gdyby to naprawdę był Titanic, Joanna na pewno nie krążyłaby po szpitalu i nie szukała ciebie. Nie rozumiesz? — przekonywała. — Z całą pewnością odkryła coś dobrego, co według niej mogło cię uszczęśliwić.

To brzmiało przekonująco. Wersja Vielle prezentowała się sensownie, przynajmniej do pewnego momentu. „Tak się śpieszyła, że niemal po mnie przebiegła”, mówił pan Wojakowski. Może chciała przekazać mu jakąś dobrą wiadomość, uzyskaną od jednego z pacjentów. Bez względu na to, jaka była jej treść, przyćmiło ją to, co się stało Joannie, przytłumiły panika i groza uwięzienia na pokładzie statku. Racjonalizowanie problemu przez Vielle nie miało znaczenia. Joanna chciała powiedzieć: „Jestem na Titanicu. Toniemy”.

— Myślę, że powinieneś sprawdzić, o co jej chodziło, co ci pragnęła przekazać — zasugerowała Vielle i wyszła, tym razem na dobre.

Zjawili się za to inni ludzie, z książkami i radami. Pani Dirksen z działu kadr ofiarowała mu książkę Siedem strategii pogodzenia się z cudzą śmiercią.

— To niezdrowo tak siedzieć w samotności, jak pan. Powinien pan wyjść i spotykać się z innymi, postarać się nie myśleć o tej tragedii — poradziła.

Ann Collins dała mu Słowa ukojenia w chwilach próby.

— Bóg nigdy nie zsyła na nas więcej, niż możemy znieść.

Ktoś z działu kierowania kadrami wręczył mu ulotkę z informacją o organizowanych przez szpital środowych warsztatach „Jak sobie radzić ze stresem pourazowym”.

Zjawiła się też drobna i młoda blondynka z krótkimi włosami. Jej pojawienie się przerosło nadwątlone siły Richarda.

— Jestem… Byłam przyjaciółką Joanny Lander — wyjąkała. — Nazywam się Kit Gardiner i przyszłam…

Przerwał jej gwałtownie.

— …powiedzieć mi, że to nie moja wina, że nic nie mogłem zrobić? Albo że śmierć była szybka i Joanna nie cierpiała? A może obwieści mi pani, że życie toczy się dalej? Albo wszystko na raz?

— Nie. Przyniosłam książkę. To…

— No jasne, książka — syknął. — Prosta odpowiedź na wszelkie problemy. Jaki jest jej tytuł? Pięć prostych kroków do zapominania?

Nie wiedział, co chciał osiągnąć swoim zachowaniem. Spodziewał się, że ją zrani i zaskoczy, że w jej oczach pojawią się łzy, że ciśnie książkę na ziemię i każe mu iść do diabła?

Nic podobnego. Spojrzała na niego spokojnie, bez śladu łez, a potem stwierdziła łagodnie:

— Spoliczkowałam moją ciotkę Marthę. Kiedy zmarł mój narzeczony. Powiedziała mi, że Bóg go potrzebował w niebie, a ja nie wytrzymałam i ją uderzyłam. Sześćdziesięcioletnią kobietę. Powiedzieli potem, że nie byłam sobą, że żal odebrał mi rozum. To nieprawda. Ludzie opowiadają niewiarygodne bzdury. Zasługują na to, żeby ich spoliczkować.

Wpatrywał się w nią z ulgą.

— Oni… — zaczął.

— Oni każą się z tym pogodzić — stwierdziła Kit. — Wiem. Mówią, że to niezdrowo tak się przejmować. I twierdzą, że nie można się obwiniać, bo nie miało się na to wpływu…

— …i nikt nie mógł z tym nic zrobić — uzupełnił Richard. — To kłamstwo. Gdybym tam dotarł wcześniej, gdybym miał włączony pager… — Urwał, nagle wyobrażając sobie, że Kit wyjaśni, iż nie mógł tego przewidzieć, ale nie powiedziała.

— Wszyscy mi mówili, że to nie moja wina. Z wyjątkiem wujka Pata. — Urwała i spojrzała na książkę, którą trzymała w dłoniach. — To straszne słuchać, że coś nie jest twoją winą, chociaż świetnie wiesz, że to nieprawda. Wie pan co, przyjdę innym razem. — Podeszła do drzwi. — I tak ma pan wystarczająco dużo zmartwień.

— Niech pani zaczeka. Przepraszam, że się zachowałem nieuprzejmie. To wszystko dlatego…

— Wiem. Moja mama uważa, że ludzie nie wiedzą, co powiedzieć i dlatego starają się pocieszać, jak umieją najlepiej. Ale wujek Pat mówi… mówił, że nic nie usprawiedliwia wygadywania takich głupot jak to, że to minie. — Spojrzała na Richarda. — To nigdy nie mija. Przenigdy. Ludzie twierdzą, że z czasem człowiek zaczyna czuć się lepiej. To też bzdura.

Jej słowa brzmiały przygnębiająco, lecz paradoksalnie, Richard poczuł się lepiej.

— „Wydaje ci się, że nie może być gorzej” — zacytował Vielle. — „A potem dzieje się coś takiego”.

Kit skinęła głową.

— Znalazłam książkę, o którą prosiła mnie Joanna w dniu swojej śmierci. Dzwoniłam i proponowałam, że ją przywiozę, lecz Joanna wolała przyjechać po nią osobiście.

Richard pomyślał, że gdyby Kit dostarczyła książkę, być może Joanna nie znalazłaby się na oddziale nagłych wypadków w chwili, gdy przebywał tam chłopak z nożem. Zdumiało go, że każdy znajdzie sposób, aby się obwinić. Gdyby obserwatorzy dostrzegli górę lodową pięć minut wcześniej, gdyby radiotelegrafista na Californian nie poszedł spać, gdyby Carpathia płynęła bliżej. To zdumiewające, jak wiele poczucia winy i „gdybania” towarzyszy każdej tragedii.

Nie ulegało jednak wątpliwości, że Titanic płynął zbyt prędko, na jego pokładzie brakowało łodzi ratunkowych, a Richard miał wyłączony pager.

„To moja wina, nie twoja”, chciał powiedzieć, lecz Kit nie dała sobie przerwać.

— Całymi tygodniami szukałam dla niej tej książki, a kiedy ją wreszcie znalazłam, było za późno, aby się do czegokolwiek przydała. Joanna ogromnie pragnęła dowiedzieć się, skąd się biorą doświadczenia graniczne, jak przebiegają. Właśnie dlatego przywiozłam panu tę książkę. Joanna nie miała możliwości dokończenia tego, co zaczęła, lecz niewykluczone, że to pomoże panu w badaniach. — Wyciągnęła do niego książkę.

Nie przyjął jej.

— Zrezygnowałem z dalszego prowadzenia projektu badawczego. — Pomyślał, że Kit powie teraz, iż to tymczasowe załamanie.

Nie powiedziała.

— To podręcznik, z którego Joanna korzystała na lekcjach angielskiego — ciągnęła, jakby słowa Richarda do niej nie dotarły. — Mój wujek był nauczycielem w liceum. Joanna prosiła, żebym poszukała tej książki. Sądziła, że może znajdzie w niej coś, co wyjaśni, dlaczego w swoich doświadczeniach granicznych widziała Titanica. — Ponownie wyciągnęła do niego książkę.

— Nie potrzebuję jej. I tak znam już odpowiedź.

— Rozmawiałam z Vielle — oświadczyła Kit. — Powiedziała mi o pańskiej teorii. Myśli pan, że ona naprawdę znalazła się na Titanicu.