Выбрать главу

— Panu też nie zostawiła nowego adresu?

— Nowego adresu?

— Tego, pod którym zamieszkała w New Jersey.

— Zamieszkała…? Maisie, nikt ci nie powiedział? — osłupiał Richard.

— Czego mi nie powiedział? — Maisie usiadła na łóżku. Linia na ekranie urządzenia monitorującego pracę serca gwałtownie podskoczyła. Richard spojrzał błagalnie na Kit.

— Coś się stało pani Joannie, prawda? — zaskrzeczała dziewczynka. — Prawda?

Pełna dobrych chęci matka Maisie powiedziała jej, że Joanna się wyprowadziła i zabroniła Barbarze i innym pielęgniarkom podawania córce prawdziwych informacji. Teraz Richard to zrobił… Za jej głową linia pracy serca gwałtownie zygzakowała. A jeśli jej powie, a ona dozna wstrząsu i dostanie migotania komór? I tak reanimowano ją już dwukrotnie.

— Musi mi pan powiedzieć — krzyknęła Maisie. Urządzenie kontrolne uruchamiało alarm w pokoju pielęgniarek. Za chwilę przybiegnie siostra, aby ich wyprosić i uspokoić małą. Richard pomyślał, że w ten sposób nie będzie zwiastunem złych wieści.

— Błagam — jęknęła Maisie, a Kit kiwnęła do niego głową.

— Joanna się nie wyprowadziła — wyjaśnił łagodnie. — Zmarła.

Maisie wpatrywała się w niego z otwartymi ustami i oczami rozszerzonymi ze zdumienia. Nie ruszała się. Na ekranie zielona linia wystrzeliła w górę i opadła. No i się doigrałem, pomyślał Richard. Zabiłem ją.

— Wiedziałam — sapnęła Maisie. — To dlatego nie przyszła do mnie po reanimacji. — Uśmiechnęła się promiennie. — Wiedziałam, że nie przeprowadziłaby się z dnia na dzień, nie przychodząc i nie żegnając się ze mną! — wykrzyknęła radośnie. — Wiedziałam.

Rozdział 49

„Ufam, że kat jest specjalistą, a ja mam taką cienką szyję. O Boże, ulituj się nad moją duszą, o Boże, ulituj się nad moją duszą…”

Ostatnie słowa Annę Boleyn, wypowiedziane tuż przed egzekucją

Joanna pobiegła z powrotem po pokładzie z promenadą. Oby radiotelegrafista wciąż był u siebie, powtarzała sobie. Żeby tylko nie przestał jeszcze nadawać.

Przechył statku się pogłębił, gdy przebywała w palarni. Joanna musiała rękami chronić się przed uderzeniem o okna, do których się zsuwała, biegnąc. Oby schodów nie zalała jeszcze woda, myślała. W tej samej chwili przyszło jej do głowy, że w pobliżu tylnych schodów znajdują się schody dla załogi. Przekręciła gałkę najbliższych drzwi.

Zamknięte. Następne były zablokowane przez plątaninę lin, które spadły na pokład. Kolejne też okazały się zamknięte. Gdzie są te właściwe? Szarpnęła za jeszcze jedną gałkę i drzwi niespodziewanie się otworzyły. Za nimi znajdowały się stalowe schody.

Widziała je po raz pierwszy. Były węższe, bardziej strome i ażurowe; stopnie wykonano z cienkiej kraty. Schody, na których Joanna znalazła się wcześniej, wyposażono w drzwi na każdym podeście. Nie miała żadnych wątpliwości, że te schody biegły na sam dół, dzięki ich konstrukcji widziała bowiem wszystko kilka pięter niżej. A jeśli on tam jest?, zadała sobie pytanie, wciąż ściskając gałkę w drzwiach.

Joanna zerknęła na pokład z promenadą. Greg Menotti znajdował się w połowie drogi do niej. Biegł bardzo szybko, energicznie przebierał nogami i machał rękami.

— Musisz mi pokazać, gdzie są składane łodzie! — wrzasnął, a Joanna pośpiesznie ukryła się za drzwiami, które zamknęły się z cichym trzaskiem. Popędziła na górę, głośno tupiąc o metalowe stopnie.

Przechylały się do przodu, więc stopy Joanny wciąż się ześlizgiwały. Chciała chwycić metalową poręcz, lecz nie mogła. Spojrzała na dłonie. Wciąż trzymała tacę z bufetu. Pomyślała, że cały czas biegła z nią na pediatrię i nie uświadamiała sobie tego. Chciała przekazać tacę pielęgniarce bez bioder, lecz nie była na oddziale pediatrii, tylko na schodach, a Greg zbliżał się do niej. Uznała, że musi się pozbyć tacy, więc ją rzuciła. Taca spadała po schodach coraz niżej i niżej, pokład za pokładem, na samo dno statku.

Joanna obydwiema dłońmi chwyciła poręcz, mokrą i tak ostrą, że wbiła się jej w śródręcze. Spojrzała do góry. Gdzieś z wysoka kapała woda. Za późno, pomyślała, a poręcz przecięła jej rękę jak nóż. Statek tonie.

Ale przecież Jack Phillips nadawał SOS do samego końca, nawet wtedy, gdy dziób zniknął pod wodą, nawet gdy kapitan powiedział mu, że odtąd każdy zajmuje się sobą. Joanna puściła poręcz lewą ręką i znowu ruszyła w górę, niezdarnie pokonując pochyłe stopnie, uderzając biodrami o stół, przewracając napój owocowy kool-aid, słysząc, jak jej matka wzdycha: „Och, Joanno”, i sięgając jednocześnie po szklankę i ręcznik, wycierając napój, ręcznik zrobił się czerwony, coraz czerwieńszy, przemókł, a Vielle powiedziała: „Pośpiesz się! Film się zaczyna”, wręczyła jej prażoną kukurydzę, Joanna pobiegła ciemnym przejściem, nic nie widząc, bojąc się, że film się zaczął, mając nadzieję, że to tylko reklamy innych programów, widząc przed sobą światło, migoczące, złote, jak ogień… klęczała z palcami wczepionymi w kratę następnego stopnia. Pomyślała, że nie, jeszcze nie. Muszę przesłać wiadomość. Wstała i ruszyła wyżej, przed siebie.

Dobiegł ją hałas. Joanna przygotowała się na ciemność tunelu. Dźwięk zabrzmiał ponownie. Dochodził z dołu i odbijał się od ścian metalicznym echem. Joanna pomyślała, że on jest na schodach, że idzie na górę. Spojrzała przez ażurowe schody, lecz to nie był on, tylko Greg Menotti, wbiegający na górę.

Szybciej, pomyślała i pokonała ostatnie schody, wbiegła przez drzwi i znalazła się na pokładzie łodziowym. Pędem minęła otwór szybu wentylacyjnego i wypukły dach głównych schodów. Gdzieś za nią trzasnęły drzwi. Szybciej, szybciej. Przebiegła obok pustych żurawików. W pomieszczeniu radiotelegrafisty wciąż świeciło światło. Widziała je pod drzwiami. A więc jeszcze nadawał, i będzie to robił, dopóki nie zabraknie prądu.

Ktoś szarpnął ją za sweter i pociągnął do tyłu. Niezdarnie upadła na kolano.

— Gdzie są… — wrzasnął Greg, lecz jego słowa zagłuszył niespodziewany, ogłuszający ryk pary. Otoczył ich dym. Joannie przeszło przez myśl, że może uda się jej uciec, lecz gdy spróbowała, Greg chwycił ją za nadgarstek, a drugą ręką złapał jej sweter.

Szarpnął nią gwałtownie, stawiając na nogi.

— Gdzie są składane łodzie? — usiłował przekrzyczeć ryk — Gdzie one są?

— Nad kwaterami oficerskimi. — Wyciągnęła rękę ku dziobowi statku. — Tam.

Popchnął ją przed sobą, wykręcając rękę za plecy.

— Pokaż — rozkazał i popchnął ją stanowczo. Przeszli obok komina i pomieszczenia radiotelegrafisty.

— Muszę wysłać wiadomość — oznajmiła Joanna, nie odrywając wzroku od cienkiej linii światła pod drzwiami. — To ważne.

— Najważniejsze to wydostać się z tego statku, zanim pójdzie na dno. — Ponownie ją popchnął.

Joanna pomyślała, że to się nie dzieje naprawdę i że chce, aby Greg zniknął. Jest tylko tworem konfabulacji, metaforą, błędem. Wymyśliłam go, próbując zrozumieć, co się dzieje. Ogarnęła mnie panika, przestałam racjonalnie myśleć. Jego nie ma. Zmarł półtora miesiąca temu. Nie może nikomu nic zrobić. Zacisnęła oczy i spróbowała wyobrazić sobie jego zwłoki na oddziale nagłych wypadków, lecz cały czas mocno ściskał ją za nadgarstek i brutalnie popychał obok kabiny nawigacyjnej do kwater oficerskich.