Выбрать главу

Znowu przycisnęła go do piersi i niepewnie zbliżyła się do kolumny pośrodku pokładu, trzymając się relingu najdłużej, jak mogła. Gdy go puściła, zsunęła się do bezpiecznego słupka z drewna. Lampy pokładowe zupełnie ściemniały, a potem ponownie zajaśniały ciemnoczerwonym kolorem.

— Kora wzrokowa przestaje funkcjonować — powiedziała Joanna i złapała się kolumny. Owinęła smycz wokół nadgarstka, jednocześnie usiłując nie puścić słupa. Wózek reanimacyjny zsunął się tuż obok, nabierając prędkości. Tygrys o czerwono-czarnym futrze, słabo widocznym w gasnącym świetle, dał susa koło Joanny.

Joanna owinęła się smyczą w talii i przywiązała węzłem do psa oraz kolumny.

— W ten sposób cię nie puszczę. Jak w Rozbiciu się okrętu Hesperus — wyjaśniła i pożałowała, że nie ma przy niej pana Briarleya. — „Odciął linę ze złamanego drzewca i przywiązał ją do masztu”* [Henry Wadsworth Longfellow, op. cit.] — wyrecytowała, lecz następną linijkę przypomniała sobie dopiero po chwili. — „A gdy nieżywi byli, rudziki czerwienią zalśniły, poziomek liście zebrały, nad nimi je uroniły”*. [Ibid.]

Statek tracił równowagę, podobnie jak Ricky Inman, zbytnio wychylający się na krześle. Buldog, ściśnięty między jej klatką piersiową i kolumną, popatrzył w górę oszalałym z przerażenia wzrokiem.

— Nie bój się — szepnęła. — To już nie potrwa długo.

Zaczął prószyć śnieg. Duże szarobiałe płatki opadały na pokład jak kwiaty jabłoni, jak popiół. Joanna podniosła wzrok, częściowo spodziewając się ujrzeć wznoszącego się wysoko Wezuwiusza. Ubrany na biało marynarz przebiegł obok niej, ciągnąc za sobą kliny do blokowania kół samolotów.

— Zera na dziewiątej! — wrzeszczał. Orkiestra zamilkła, lecz po chwili ponownie zagrała.

— Już czas — szepnęła Joanna. — Bliżej Ciebie, Panie. — Jednak to nie była ta melodia. — No, nie jest najgorzej. — Usiłowała się uśmiechnąć do psa. — Rozwikłaliśmy tajemnicę ostatniego utworu orkiestry, czy grała Bliżej Ciebie, Panie, czy też Jesień. — Ale to także nie była Jesień. Muzycy wcale nie zagrali hymnu religijnego, tylko Gwiazdy i pasy na zawsze.

— Och, Maisie — mruknęła.

Obok przegalopował wymachujący nożem Apacz. Z żurawików, z relingu i ze schowka zaczęła wypływać woda.

— To najgorsza z możliwych katastrof na świecie — zatkał do mikrofonu reporter, stojący na dachu kwater oficerskich. — To tragiczny wypadek, panie i panowie, wszędzie dym i płomienie! O ludzkości! — Uruchomił się alarm reanimacyjny.

Joanna spojrzała w górę, gdzie wznosiła się rufa statku, zawieszona w ciemnościach. Przycisnęła psa, usiłując osłaniać jego łeb. Światła zgasły, zamrugały ciemną czerwienią, znowu zgasły i znowu się zapaliły. Jak alfabet Morse’a. Jak Lavoisier.

Rozległ się potworny hałas i wszystko zaczęło spadać, leżaki, fortepian, wielkie kominy, skrzypce, indiańskie maczugi, karty do gry, pocztówki, granaty, naczynia, wieczór smakołyków, relacje, treliaże i telegramy. Książki wylatywały z półek, Lustra i labirynty, ABC Titanica, Światło na końcu tunelu. Żurawiki wypadły z mocowań, podobnie jak mechaniczny wielbłąd i urządzenie do ćwiczeń, które teraz bardziej niż kiedykolwiek przypominało gilotynę. Wsporniki upadły, a wraz z nimi telegraf z maszynowni, ustawiony na „stop”, skany, maski na oczy, skróty, arterie, starzy żeglarze, dyktafony, metafory, metalowe identyfikatory, wentylatory, noże, neurony, noc.

Wszystko to z donośnym, ogłuszającym rykiem spadło na Joannę i małego buldoga, a w ostatniej chwili, zanim zniknęli, uświadomiła sobie, że myliła się co do hałasu, który słyszała w przejściu. To nie silniki się zatrzymywały, to nie brzęczał alarm reanimacyjny ani też góra lodowa nie rozrywała burty statku. To jej całe życie waliło się na nią, przytłaczało ją i miażdżyło.

Rozdział 52

„Trzymajcie się”.

Radiotelegraficzna wiadomość ze statku Frankfurt do Titanica

— Usiłuję się z panem skontaktować od środy — wyjaśniła z oburzeniem Maisie, zwracając się do Richarda. Sięgnęła po pilota i wyłączyła dźwięk w filmie Dźwięki muzyki. — Tylko że na tym oddziale nie można mieć telefonów w pokoju, więc trzeba prosić pielęgniarkę dyżurną, która dzwoni w imieniu chorego, wybiera numer i tak dalej, a telefony komórkowe też są niedozwolone ze względu na rozruszniki serca. Ich praca może ulec zakłóceniu i istnieje ryzyko wystąpienia migotania komór i w ogóle — mówiła Maisie, śpiesząc się nieco. — No więc poprosiłam siostrę Lucille o zadzwonienie do pana, a ona spytała po co, a nie mogłam podać prawdziwego powodu, bo mam udawać, że nic nie wiem o pani Joannie. Następnym razem musimy ustalić jakieś hasło rozpoznawcze.

— Dobrze, coś wymyślimy — zgodził się Richard. — Dowiedziałaś się, kogo poszła odwiedzić Joanna?

— Tak. Tak czy owak, powiedziałam jej, że chcę się z panem spotkać, i dodałam, że nie jest pan odwiedzającym, tylko lekarzem, ale i tak nie chciała zadzwonić.

Zamilkła, aby nabrać powietrza. Trochę się zadyszała, lecz po chwili ciągnęła:

— No więc poprosiłam ją, żeby zatelefonowała do pani Sutterly, aby przyniosła mi książki, bo ona nie jest odwiedzającą, a ja potrzebuję książek do odrobienia pracy domowej. Kiedy przyszła, pomyślałam, że dyskretnie wręczę jej kartkę z pańskim numerem telefonu, ale siostra Lucille oświadczyła, że mogą wejść tylko członkowie rodziny. Czuję się jak w więzieniu.

— I poinformowałaś mamę, że odkryłem lekarstwo na śmierć kliniczną? — podsunął Richard.

Maisie skinęła głową.

— Wpadłam na to, kiedy oglądałam Nie wierzcie bliźniaczkom, a dokładnie tę część, w której oszukują mamę. Nic innego nie przyszło mi do głowy — przyznała przepraszająco. — Pomyślałam, że sama pana skłoni do przyjścia, jeśli uzna, że opracował pan sposób na przywracanie do życia pacjentów w stanie śmierci klinicznej. I miałam rację. — Zrobiła poważną minę. — Tak naprawdę wiem, że nie umie pan tego robić. Gniewa się pan?

— Nie. Powinienem był wpaść do ciebie wcześniej, bo nie dzwoniłaś. Odwiedziłem cię dwa dni temu, lecz właśnie zabrano cię na badania.

— Zgadza się, na echokardiogram. Po raz kolejny. Kiedy byłam na dole, cały czas starałam się znaleźć kogoś, kto prześle panu wiadomość na pager, ale nikt mi nie chciał pomóc. Mówili, że pagery służą wyłącznie do przekazywania informacji zawodowych.

— Najważniejsze, że się ze mną skontaktowałaś — podsumował. — I dowiedziałaś się, gdzie była Joanna i z kim rozmawiała.

— To mi sprawiło jeszcze więcej kłopotów niż przekazanie panu wiadomości, bo nigdzie nie mogłam pójść ani do nikogo zadzwonić, a miałam pewność, że jeśli spytam pielęgniarki, zainteresują się, co chcę wiedzieć. Dlatego spytałam Eugene’ a. To ten facet, który przynosi jedzenie. Kiedy leżałam na pediatrii, Eugene też mi podawał posiłki, więc przyszło mi do głowy, że na pewno obsługuje wszystkie piętra i widuje wiele osób.

— I jak, spotkał Joannę? — spytał Richard, usiłując wrócić do tematu.