— Zamiast obsobaczać pacjentów, lekarzy i ciągle nieczynny bufet — uzupełniła Vielle.
— Nigdy go nie otwierają, prawda? — wtrącił Richard. — Za każdym razem, gdy do niego schodzę, jest zamknięty.
Vielle podniosła palec w ostrzegawczym geście.
— Zasada numer jeden.
— Więc postanowiłyśmy spotykać się raz na tydzień i oglądać dwa filmy fabularne — wyjaśniła Joanna.
— I jeść — dorzuciła Vielle, wyciągając z lodówki opakowanie parówek. — Zasada numer dwa, dozwolone tylko śmieciarskie żarcie — popcorn, żelki…
— Dip z pikantną szynką — dopowiedziała Joanna.
Vielle wpatrzyła się w nią z uwagą.
— Zasada numer trzy, musisz zostać na obydwu filmach…
— Ale nie musisz zwracać uwagi na akcję — dokończyła Joanna. — Możesz rozmawiać podczas seansu i wygłaszać urągliwe komentarze o filmie lub filmach w ogóle.
Vielle przytaknęła.
— Tańczący z wilkami dawał szczególne pole do popisu pod każdym względem.
— Zasada numer cztery, nie oglądamy filmów z Sylvestrem Stallone’em, filmów Woody’ego Allena i Titanica. Znajdujesz się w strefie wolnej od Titanica.
— A dlaczego nazywacie to wieczorem smakołyków? Zdawało mi się, że zasada numer jeden to żadnych plotek.
— To prawda — stwierdziła Vielle. — Nazwa wieczór smakołyków wzięła się stąd, że…
— Stąd, że moja babcia opowiadała mi kiedyś, jak w latach trzydziestych chodziło się do kina — wtrąciła się pośpiesznie Joanna. — I organizowało wieczór smakołyków, serwując rozmaite dania, a my urządzamy sobie podobny staromodny wieczór w domu. Vielle, gdzie są filmy?
— Tutaj. — Wręczyła kasety Joannie. — Poza tym obydwie jesteśmy niezłymi smakołykami. A zwłaszcza Joanna. Może puścicie film, a ja pójdę dokończyć dipa. — Wepchnęła ich do salonu.
Czy można się zachować w bardziej oczywisty sposób?, pomyślała Joanna.
— Chciałabym przeprosić za głupkowate pomysły mojej przyjaciółki — zwróciła się do Richarda. — I za nieporozumienie z dzisiejszego popołudnia. Zapomniała mi powiedzieć, że przychodzisz.
— Domyśliłem się. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Czego chciał pan Mandrake? — Joanna spojrzała w stronę kuchni.
— Powiedział, że słyszał o moim nowym współpracowniku.
— Stara dobra szpitalna plota. — Joanna pokręciła głową. — Wiedział, że to o mnie chodzi?
— Nie sądzę. On…
— Zasada numer jeden! — wrzasnęła z kuchni Vielle.
— Od którego filmu chciałabyś zacząć? — odkrzyknęła Joanna. — Od Woli zwycięstwa, czy raczej… — spojrzała na drugie pudełko — …od Zakochanego kundla?
— Chciałaś, żeby nie było o śmierci! — krzyknęła Vielle.
— Czy to jedna z zasad? — zainteresował się Richard.
— Nie. — Joanna włączyła telewizor. Właśnie puszczali reklamę linii Karnawałowy Rejs. Na pokładzie statku stała para, wychylając się za burtę. — Co powiedział Mandrake?
— Wszedł, kiedy pracowałem przy skanach. — Richard uśmiechnął się. — Tak na marginesie, okazało się, że Amelia Tanaka ma niższy poziom aktywności w receptorach endorfin. Powiedział, że słyszał o moim nowym współpracowniku, i wyraził nadzieję, że jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji, bo może mi polecić kilka świetnych osób.
— No pewnie. — Joanna wepchnęła Wolę zwycięstwa do magnetowidu i przewinęła początkowe reklamówki. Gdy dotarła do napisów, zatrzymała taśmę.
— Poza tym miał nadzieję, że wybrany przeze mnie współpracownik nie okaże się osobą o „wąskich horyzontach myślowych”, „skoncentrowaną na tradycyjnych, tak zwanych naukowych interpretacjach przeżyć związanych ze śmiercią kliniczną” i dowiedzie swojej „otwartości na alternatywne możliwości”.
Joanna się roześmiała.
— Najwyraźniej nie rozmawiacie o pracy. — Do pokoju weszła Vielle z dwiema puszkami coli. Wręczyła im po jednej. — Kaseta się zacięła?
— Nie — zaprzeczyła Joanna. — Czekaliśmy na ciebie.
— Nie przejmujcie się mną i włączcie film. Zaraz przyjdę. I usiądźcie.
Usadowili się na kanapie. Joanna podniosła pilota i puściła film. Zaczęli wpatrywać się w telewizor, w którym wokół łóżka zajmowanego przez starca zgromadziła się rodzina. Obok stała pielęgniarka badająca tętno chorego.
— Zebrałem was tutaj, bo umieram — oznajmił starzec.
— Hej, Vielle! — ryknęła Joanna. — Miałaś wybrać film bez śmierci.
— Przecież wybrałam. — Vielle pojawiła się w drzwiach, ściskając w rękach nóż i puszkę chili. — Nie podoba się wam?
Joanna wskazała na ekran, na którym starzec przyciskał dłonie do klatki piersiowej i sapał: „Moje tabletki!”
— O Boże. — Vielle obeszła kanapę, żeby się lepiej przyjrzeć. — Facet w wypożyczalni zarzekał się, że to komedia.
— Nie kłamał — wtrącił się Richard. — Widziałem zajawki. Ten staruszek umrze, nie powiedziawszy nikomu, gdzie ukrył testament, więc wszyscy spadkobiercy będą usiłowali go znaleźć.
Starzec zaczął stękać i świszczącym głosem przemówił do zebranych:
— Muszę… powiedzieć wam… — Zakrztusił się i wszyscy, łącznie z pielęgniarką, pochylili się, żeby lepiej słyszeć. — …o moim testamencie…
— To zupełnie nieprawdopodobne — odezwała się Vielle. — Już dawno zadzwoniliby pod dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć i wszyscy ci ludzie odegraliby swoją scenę na moim oddziale nagłych wypadków.
— Faktycznie, pracujesz na nagłych wypadkach. — Richard zwrócił się do Vielle: — Słyszałem o wypadku z dzisiejszego popołudnia.
— Jakim wypadku? — ostro spytała Joanna.
— Łamiesz zasadę numer jeden — sprzeciwiła się Vielle. — Nie rozmawiamy o pracy.
— Co słyszałeś? — Joanna zwróciła się do Richarda.
— Jakaś kobieta nawaliła się tym nowym narkotykiem, rogue, wpadła na oddział i wymachiwała brzytwą — wyjaśnił Richard.
— Brzytwą — sapnęła Joanna. — Vielle, musisz koniecznie…
— Skończyć przygotowywać dipa. — Vielle machnęła nożem. — Nie przeszkadzajcie sobie. Zaraz wracam. — Zniknęła za drzwiami.
— Przepraszam cię na moment — odezwała się Joanna i pomaszerowała do kuchni. — Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
— Mamy wieczór smakołyków. — Vielle mieszała dipa z pokrojonymi papryczkami. — Zresztą to nic wielkiego. Nikt nie został ranny.
— Vielle…
— Wiem, wiem, muszę zmienić oddział. Myślisz, że przyda się nam nóż, czy wystarczy, że będziemy maczać jedzenie w dipie?
— Nie potrzeba noża. — Joanna dała za wygraną. Vielle wręczyła jej talerz krakersów, podniosła miskę z dipem i wróciły do salonu.
— Co przegapiłyśmy? — Vielle postawiła dipa na stoliku.
— Niewiele. Zatrzymałem taśmę — wyjaśnił Richard. Podniósł pilota i wycelował nim w telewizor.
— Sprowadziłem… was tutaj… — dyszał starzec leżący na licznych poduszkach. — …Niewiele mam życia przed sobą… — Rodzina pochyliła się jak stado sępów. — Sporządziłem nowy testament… ukryłem go… w… — Starzec rozpostarł ramiona i z zamkniętymi oczyma opadł na poduszki. Członkowie rodziny wymienili spojrzenia.