Выбрать главу

— To nie jest śmieszne. Ilu ochotników nam zostało? Trzech?

— Czterech. Teraz kolej na panią Coffey. Przyjdzie o dziesiątej.

— Specjalistka od zarządzania systemami danych — rozchmurzył się Richard. — Świetnie. Ma tytuł MBA i pracuje dla Colotechu.

To niczego nie gwarantuje, pomyślała Joanna, chociaż musiałam przyznać Richardowi rację. Biznesmeni z wyższym wykształceniem zwykle nie należeli do wielbicieli filmu Harold i Maude, a pani Coffey prezentowała się niezwykle obiecująco. Miała na sobie stylową czarną garsonkę, a jej dopracowana fryzura i makijaż świadczyły o utożsamianiu się z wizerunkiem kobiety interesów. Kiedy Joanna poprosiła ją o powiedzenie kilku słów o sobie, pani Coffey otworzyła swój notatnik bizneswoman i wyciągnęła starannie złożoną kartkę papieru welinowego w kolorze kremowym.

— Mają państwo moje zgłoszenie, ale przyszło mi do głowy, że resume również się przyda. — Uśmiechnęła się i wręczyła kartkę Richardowi.

— Dlaczego zdecydowała się pani wziąć udział w badaniach? — spytała Joanna.

— Jak pani widzi w moim resume… — Pani Coffey wyciągnęła jeszcze jedną złożoną kartkę i uśmiechnęła się. — Przyniosłam jeszcze jedno, na wszelki wypadek. W mojej pracy należy z wracać baczną uwagę na szczegóły. — Wręczyła papier Joannie. — Jak pani widzi w punkcie „Praca” — wskazała miejsce na kartce — wiele pracuję społecznie. W ubiegłym roku uczestniczyłam w badaniach dotyczących snu, prowadzonych przez Szpital Uniwersytecki. — Posłała Richardowi ciepły uśmiech. — A kiedy pan doktor opisał projekt, pomyślałam, że to brzmi niezwykle interesująco.

— Czy kiedykolwiek miała pani doświadczenia graniczne? — zainteresowała się Joanna.

— Chodzi pani o to, kiedy się niemalże umiera, a następnie widzi tunel i światło? Nie.

— A czy kiedykolwiek doświadczyła pani zjawiska opuszczania własnego ciała?

— Ma pani na myśli to, jak ludziom się wydaje, że fruwają nad swoimi ciałami? — powtórzyła, sceptycznie marszcząc brwi. — Nie.

— Czy miała pani okazję zapoznać się z książkami Maurice’ a Mandrake’a? — Joanna uważnie ją obserwowała, lecz nie dostrzegła choćby śladu zrozumienia, kiedy pani Coffey pokręciła ufryzowaną głową.

Richard poruszył się nerwowo, usiłując nawiązać kontakt wzrokowy z Joanną. Najwyraźniej nie miał wątpliwości co do pani Coffey. Joanna również uznała, że w zachowaniu ochotniczki nie ma nic podejrzanego.

— Gdybyśmy zdecydowali się zaprosić panią do uczestnictwa w badaniach — zaczęła Joanna — w jakie dni moglibyśmy na panią liczyć?

— W środy rano i w czwartki po południu — wyjaśniła pani Coffey — ale najlepsze dla mnie byłyby poniedziałki. Moje moce metapsychiczne są najpotężniejsze w dni rządzone przez boginię Księżyca. To wynika ze współczulnych wibracji harmonicznych.

— Damy pani znać — zakończyła Joanna. Pani Coffey wręczyła obojgu po wizytówce. — Tu są moje numery telefonów do domu i biura oraz komórka. Mogą państwo zawiadomić mnie także pocztą elektroniczną.

— Albo telepatycznie. Chryste Panie! — jęknął Richard, gdy pani Coffey starannie zamknęła za sobą drzwi. — Czy oni wszyscy powariowali?

Mam nadzieję, że nie, pomyślała Joanna i wyciągnęła teczkę pani Troudtheim. Zapisała sobie, żeby zapytać ją, dlaczego dobrowolnie zgłosiła się do badania, na które będzie musiała dojeżdżać aż z Deer Trail. Miała nadzieję, że istnieje jakieś racjonalne wytłumaczenie. Małe miasteczka i wsie w Kolorado słynęły ze sporej liczby osób porwanych przez UFO i wyznawców teorii potajemnego rozczłonkowywania bydła.

— Och, rzecz w tym, że nigdzie nie muszę jeździć — wyjaśniła Joannie. — Dentysta musi solidnie popracować nad moimi zębami, a o tej porze roku nie wiadomo, jaka będzie pogoda następnego dnia, więc zatrzymałam się u syna do czasu, kiedy skończą mi się problemy stomatologiczne. Sama jednak pani wie, jak to jest mieszkać z dziećmi. Pomyślałam, że zgłoszę się do badań i pozwolę mojej synowej odetchnąć ode mnie na jakiś czas. Poza tym nie cierpię siedzieć i nic nie robić.

To nie ulegało wątpliwości.

— Pozwolą państwo, że podczas rozmowy będę szydełkowała? — spytała Joannę na samym początku wywiadu, a kiedy uzyskała pozwolenie, wyciągnęła kłębek wełny oraz na wpół gotowy szal w kolorze pomarańczowo-żółto-zielonym i zaczęła poruszać spracowanymi dłońmi.

Joanna spytała ją o Deer Trail i życie na ranczo. Odpowiedzi pani Troudtheim okazały się wiarygodne i precyzyjne, a kiedy Joanna poprosiła o opisanie rancza, zdumiała ją szczegółowość i plastyczność obrazu ziemi oraz bydła. Gdyby wzięła udział w badaniach, byłaby świetnym obserwatorem. Spore wrażenie wywarł na Joannie także swobodny, przyjacielski sposób bycia i szczera twarz pani Troudtheim.

— Powiedziała pani doktorowi Wrightowi, że nigdy nie miała pani doświadczeń granicznych. — Joanna sprawdziła w notatkach. — Zna pani kogoś, u kogo wystąpiły tego typu wizje?

— Nie. — Pani Troudtheim okręciła włóczkę wokół haczyka szydełka i przeciągnęła ją przez krawędź szala. — Na dzień przed swoją śmiercią moja ciotka stwierdziła, że widziała swoją siostrę — czyli moją matkę — stojącą u stóp jej łóżka, ubraną w długą białą suknię. Moja matka nie żyła wówczas od kilku lat, ale moja ciotka utrzymywała, że ją zobaczyła, białą jak prześcieradło, i wiedziała, że po nią przyszła. A następnego dnia zmarła.

— I pomyślała pani o tym? — spytała Joanna.

— Sama nie wiem. — Pani Troudtheim w zamyśleniu wyciągnęła kawałek włóczki. — Lekarz podał jej niezwykle silne lekarstwo. Poza tym nie wyobrażam sobie mojej matki w długiej sukni. Nie cierpiała zbyt długich spódnic. Ludzie niekiedy widzą to, co chcą zobaczyć.

Założę się, że w pani wypadku jest inaczej, przyszło Joannie do głowy i zapytała o możliwy czas spotkania.

— To jak dotąd najbardziej obiecujący materiał na badanego — wyznała Richardowi po tym, jak pani Troudtheim upchnęła szal do torby i wyszła. — Przypomina mi moich krewnych z Kansas, twardych i miłych realistów, takich, którzy przetrwają wszystkie przeciwności losu i pewnie niejedno mają już za sobą. Wydaje mi się, że jest stworzona do naszych badań. W szczególności zrobiła na mnie wrażenie jej spostrzegawczość.

— Poza tym, że najwyraźniej jest daltonistką. Widziałaś ten szal? — Richard zadrżał ze zgrozy.

— Od razu widać, że nigdy nie zawitałeś w Kansas. Ten szal nawet w połowie nie był tak zły, jak tamtejsze.

— Skoro tak twierdzisz.

— Twierdzę, że to będzie wyśmienita ochotniczka — uśmiechnęła się Joanna.

— Zwykła też załatwiałaby sprawę.

To prawda, pomyślała Joanna, zadowolona, że wreszcie znalazła kogoś, kto nieźle się zapowiada. Zerknęła do rozpiski. Następny powinien się zjawić pan Sage, a po nim pan Pearsall, ale nie wcześniej niż o wpół do drugiej. Jeśli wywiad z panem Sage’em nie potrwa przesadnie długo, powinna zdążyć na spotkanie z panią Woollam. Zabraknie jej czasu na pełną rozmowę, ale przynajmniej się pokaże i przedstawi, podsunie zgodę do podpisu i umówi na wywiad po południu. O ile pan Sage nie okaże się gadułą.

Nie okazał się. Przeciwnie, z trudem cokolwiek z niego wyciągnęli. Udzielał zwięzłych, lakonicznych odpowiedzi na wszystkie zadawane mu pytania, co trochę zaniepokoiło Joannę. Zastanawiała się, jak otwarty się okaże, opowiadając o tym, co widział podczas doświadczeń granicznych. Nie interesował się jednak metapsychiką i niespecjalnie zajmowała go śmierć. Przebił wszystkich kandydatów swoim uzasadnieniem zgłoszenia się na badania. „Żona mi kazała”.