Gdy tylko wyszła, Maisie się odezwała.
— Bałam się, że już mnie tutaj nie będzie. — Następnie wyciągnęła z kieszeni złożoną kartkę papieru i wręczyła ją Joannie. Joanna rozpostarła papier. Widniał na nim napis: „Joseph Leibrecht, 1968”.
— Pani Sutterly powiedziała, że ten facet, autor książki, pojechał do Niemiec, gdzie przeprowadził wywiad z tym Leibrechtem, który pisał książkę. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku. Może pani wykorzystać jego doświadczenia graniczne?
Nie istniała taka możliwość. Hindenburg wybuchł w 1937 roku, przeszło trzydzieści lat wcześniej. Wspomnienia z tak odległego okresu musiały być zniekształcone, jedne szczegóły zapomniane, a inne dodane, luki w pamięci zapełnione konfabulacjami. Takie wspomnienia nie miały prawie żadnej wartości, ale Joanna nie chciała rozczarować Maisie.
— No pewnie… — Chciała powiedzieć, lecz uzmysłowiła sobie, że Maisie z zapartym tchem czeka na jej odpowiedź, jakby przeprowadzała test. — Obawiam się, że nie. Wywiady z osobami po śmierci klinicznej należy przeprowadzać natychmiast po całym zdarzeniu, bo ludzie szybko zapominają, czego doświadczyli.
— Albo wymyślają różne rzeczy — dodała Maisie.
— Właśnie — potwierdziła Joanna. — Przykro mi.
— Nic się nie stało. — Maisie wcale nie wyglądała na zmartwioną. Przeciwnie, uśmiechała się szeroko.
Joanna odwzajemniła uśmiech.
Więc wracasz do domu? Cieszysz się?
Maisie skinęła głową.
— Pani Sutterly zabrała za mnie książki — oświadczyła, znacząco spoglądając na płócienną torbę.
— To dobrze. Jak tam Lusitania?
— Już mnie nie interesuje. Za szybko zatonęła. Była pani kiedyś w cyrku?
Joanna pomyślała, że nigdy się nie przyzwyczai do niespodziewanych zmian tematu w rozmowach z Maisie.
— Tak, kiedy byłam małą dziewczynką.
— Podobało się pani? Występowali klauni?
— Tak i tak — odparła Joanna, myśląc, że nawet pani Nellis nie miałaby zastrzeżeń wobec ich rozmowy. — Pamiętam jednego klauna z czerwonym nosem i workowatymi spodniami. Wyciągnął z kieszeni ogromną chustkę w grochy, żeby wydmuchać nos, ale okazało się, że chustka w grochy jest przywiązana do czerwonej chustki, a czerwona do niebieskiej, niebieska do zielonej, zielona do żółtej, a on tak je wyciągał i wyciągał, bez końca.
— Pewnie to było zabawne — podsumowała Maisie. — Wie pani, co to jest ogród zwycięstwa?
— Ogród zwycięstwa? — Joanna ponownie się zgubiła. — Nie jestem pewna. Słyszałam o takim ogrodzie. Podczas drugiej wojny światowej ludzie zakładali ogródki, żeby uprawiać żywność dla armii. I marynarki wojennej — dodała, myśląc o panu Wojakowskim — żeby pomóc w drodze do zwycięstwa. Nazywali te poletka ogrodami zwycięstwa. Czy o to ci chodziło?
— Tak myślę. W Hartford w Connecticut stał kiedyś cyrk, ale namiot zajął się od ognia i wszyscy spłonęli.
Mogłam się tego spodziewać, pomyślała Joanna.
— Zginęło sto sześćdziesiąt osiem osób. Pokazałabym pani zdjęcie, ale nie ma moich książek. Przyniosę je następnym razem, kiedy przyjdę do szpitala.
„Skąd wiesz, że będzie następny raz? Twoja mama mówi, że szybko zdrowiejesz”, miała powiedzieć Joanna, ale ugryzła się w język.
— Jak doszło do wybuchu pożaru? — spytała w zamian.
— Nikt nie wic. To się po prostu stało.
Po prostu się stało, pomyślała Joanna. Papieros, iskra, w trocinach lub materiale, a potem, w parę chwil, stu sześćdziesięciu ośmiu ludzi nie żyje. Prawdopodobnie większość z nich to dzieci, uznała Joanna, znając cyrki. I Maisie.
— Mnóstwo dzieci zginęło — odezwała się dziewczynka, jakby czytając w myślach Joanny. — Myśli pani, że umieranie boli? To znaczy w płomieniach.
— Nie wiem — odparła Joanna, świetnie rozumiejąc, o co naprawdę chodzi Maisie. — Może tylko przez krótką chwilę. Większość pewnie zaczadziała. Myślę, że najgorszy w umieraniu jest strach.
— Ja też tak sądzę. Kiedy straciłam świadomość i trzeba mnie było reanimować, bolało tylko przez chwilę. Wcale się nie bałam. — Spojrzała na Joannę poważnym wzrokiem. — Myśli pani, że doświadczenia graniczne są właśnie po to, żeby ludzie się nie bali?
Właśnie to staram się ustalić z doktorem Wrightem.
— A co pani zdaniem dzieje się później, po doświadczeniach granicznych? Joanna wiedziała, że to pytanie było nieuchronne, od czasu rozmowy na temat Ulli. Zerknęła na drzwi, w nadziei, że matka Maisie pojawi się magicznym sposobem, wraz z wózkiem i wesołymi myślami.
— Chcę znać prawdę — oświadczyła Maisie.
— Prawda jest taka, że nie wiem. Myślę, że zapewne nic. Kiedy serce przestaje bić, ciało przestaje wysyłać tlen do mózgu, a komórki mózgowe zaczynają obumierać, a kiedy obumrą, nie można już myśleć i człowiek czuje się tak, jakby poszedł spać albo zgasił światło.
— Jak wyłączony C-3PO — dodała ochoczo Maisie.
— Tak, właśnie tak — potwierdziła Joanna, myśląc o tym, że jeśli ta rozmowa denerwuje lub przeraża Maisie, dziewczynka z całą pewnością nie daje tego po sobie poznać.
— Będzie ciemno? — spytała Maisie.
— Nie. Nie będzie niczego.
— I nawet nie wiadomo, że się nie żyje.
— Zgadza się — przytaknęła Joanna. — Nawet nie wiadomo, że się nie żyje. — Nie wiadomo dlaczego pomyślała o Lavoisierze. Dlaczego pani powiedziała zapewne? Powiedziała pani, że zapewne nic się nie dzieje.
— Ponieważ nikt tego nie wie na pewno. Nikt martwy nigdy nie powrócił do nas, żeby opowiedzieć, jaka jest śmierć.
— Pan Mandrake twierdzi, że on wie. — Maisie zrobiła minę. — Kiedy przyszedł do mnie po reanimacji, powiedział, że dokładnie wie, co się dzieje po śmierci.
— No cóż, to nieprawda.
Maisie kiwnęła uroczyście głową.
— On mówi, że wszyscy ludzie, których się znało i którzy umarli, czekają tam na nas, a potem wszyscy idą do nieba. Myślę, że on chciałby, żeby to była prawda. Nic nie staje się prawdą tylko dlatego, że ktoś chce, aby to było prawdą. Tak jak w wypadku Dzwoneczka.
— Zgadza się — potwierdziła Joanna. — Ale też nic nie staje się nieprawdą tylko dlatego, że ktoś chce, aby było prawdą.
— Więc niebo może istnieć.
— Może — stwierdziła Joanna. — Nikt tego nie wie.
— Oprócz ludzi, którzy zmarli. A oni nie potrafią nam powiedzieć.
Nie, pomyślała Joanna, nie potrafią. Pomimo wysiłków ze strony Richarda i mojej.
— A więc każdy musi się sam przekonać — wywnioskowała Maisie. — I nie może nikogo zabrać ze sobą. Prawda?
Niestety, tak, pomyślała Joanna. Żałuję, że nie mogę pójść z tobą, dzieciaku. Okropnie się czuję ze świadomością, że sama będziesz musiała przez to przejść. Ale każdy musi umrzeć samotnie, bez względu na to, co mówi pan Mandrake.
— Prawda — powiedziała Joanna.
— Chyba, że to katastrofa. Wówczas cała masa ludzi umiera razem. Tak jak podczas pożaru w cyrku w Hartford. Nie mogli uciec, bo klatki dla zwierząt, wie pani, dla lwów i tygrysów, blokowały drogę i wszyscy się popychali i tratowali na śmierć, poza tymi, którzy się udusili od dymu. — Zmarszczyła brwi.
— Wszystko przygotowane! — radośnie wykrzyknęła matka Maisie, wtaczając do pomieszczenia wózek inwalidzki. — Gdy tylko pielęgniarka przyniesie potwierdzenie wypisania ze szpitala, możemy iść. — Zaczęła pomagać Maisie usiąść na wózku. — Wszystko przygotowane!