Выбрать главу

— Ja też już muszę iść — stwierdziła Joanna. — Do widzenia, dzieciaku. Bądź grzeczna. — Skierowała się z powrotem do laboratorium. Przy recepcji zastała zajętą robotą papierkową Barbarę. Joanna spojrzała za siebie, żeby się upewnić, że Maisie i jej matka jeszcze nie wyszły z pokoju, a następnie zwróciła się do Barbary:

— Matka Maisie twierdzi, że z małą jest lepiej. To prawda?

— To zależy, jak rozumieć słowo „lepiej” — wyjaśniła Barbara. — Zasadniczo jej stan nie uległ zmianie, ale praca serca lekko się poprawiła. Inderon najwyraźniej ustabilizował rytm uderzeń serca, chociaż nie wiem, jak długo Maisie może przyjmować ten lek. Skutki uboczne są niezwykle poważne — uszkodzenie wątroby, nerek, ale zgadza się, matka tym razem nie kłamała. Stan dziecka się poprawił.

— To dobrze. — Joanna odetchnęła z ulgą. — Nie widziała pani na tym piętrze pana Mandrake’a, prawda?

— Nie.

— To jeszcze lepiej — ucieszyła się Joanna. Obydwiema rękami uderzyła w blat, otaczający recepcję. — Na razie.

— O, dobrze, że jeszcze panią spotykam. — Podeszła do nich matka Maisie. — Chciałam podziękować pani za poświęcenie Maisie tak dużo czasu. Ona uwielbia gości, ale wielu z nich lubi rozmawiać na takie smutne tematy, o chorobach i… po prostu ją przygnębiają. Ale ona ogromnie się cieszy, gdy panią widzi. Nie mam pojęcia, o czym rozmawiacie, ale Maisie jest zawsze rozradowana po pani wizytach.

Rozdział 11

„Jezu… Jezu… Jezu…”

Ostatnie słowa palonej na stosie Joanny d’Arc

Joannie udało się dotrzeć do pani Woollam dopiero po godzinie trzeciej. Pan Pearsall się spóźnił, a jego wywiad (zakończony pomyślnie) został przerwany przez telefon od pani Haighton, która najwyraźniej dzwoniła z targów rzemiosła, wciąż bowiem krzyczała do osób o imionach Ashley i Felicia, prawdopodobnie rozwieszających różne przedmioty.

— Ten tydzień nie wchodzi w grę — poinformowała Joannę — ale przyszły… Chwileczkę, tylko wezmę kalendarz… Chyba może być… Nie, ten koniec jest za wysoko.

Pan Pearsall czekał cierpliwie, a Joanna zdawała sobie sprawę, że najwłaściwszą rzeczą byłoby poproszenie pani Haighton o telefon później, lecz miała poczucie, że gdyby to zrobiła, ich kontakty by się urwały.

— O której godzinie ma pani czas w przyszły poniedziałek? — Joanna uśmiechnęła się przepraszająco do pana Pearsalla.

— Poniedziałek, niech sprawdzę… Musi być bardziej pofałdowane…nie, popołudnie nie wchodzi w grę, może rano, zobaczmy… O dziesiątej mam spotkanie Amerykańskiego Akademickiego Stowarzyszenia Kobiet. Czy odpowiadałaby pani za piętnaście dwunasta?

— Tak — potwierdziła Joanna, chociaż na jedenastą umówiła się już z panią Troudtheim. Nawet biorąc pod uwagę jej wizyty dentystyczne, ustalenie terminu spotkania z panią Haighton nastręczało znacznie więcej trudności. — Za piętnaście dwunasta mi odpowiada.

— Za piętnaście dwunasta — powtórzyła pani Haigton. — O nie, patrzyłam na środę, a nie na poniedziałek. Niestety, poniedziałek mimo wszystko odpada.

— Może wtorek?

Następne dziesięć minut Joanna spędziła na wysłuchiwaniu litanii spotkań pani Haighton, przerywanych poleceniami wydawanymi Felicii, aż wreszcie stanęło na tym, że umówiły się na piątek, między zebraniem rady bibliotekarskiej i zajęciami jogi.

— Chociaż jestem niemal pewna, że tego dnia mam jeszcze coś do zrobienia — zastrzegła się pani Haighton.

Joanna odłożyła słuchawkę, zanim jej rozmówczyni przypomniała sobie, co to takiego, i powróciła do rozmowy z panem Pearsallem, który nigdy nie był operowany, nie mówiąc już o śmierci klinicznej.

— Nigdy nie usunąłem wyrostka ani migdałków. Nikt w mojej rodzinie nigdy nie cierpiał na tego typu dolegliwości. Mój ojciec ma siedemdziesiąt cztery lata i nie chorował ani razu.

Pan Pearsall nigdy nie spotkał pana Mandrake’a ani też nie czytał jego książek, a kiedy Joanna spytała go, czy wierzy w spirytualizm, spojrzał na nią lekko wstrząśnięty.

— Czy to na pewno jest badanie o charakterze medycznym?

— Tak — potwierdziła Joanna i dała mu spokój. Musiała jeszcze tylko przygotować plan spotkań i powiedzieć Richardowi o spotkaniu z Mandrakiem.

— On uważa, że usiłujesz ośmieszyć jego badania — oznajmiła.

— Bo to prawda. Jak zareagował na wieść, że ze mną współpracujesz?

— Uciekłam, zanim zdążył mi powiedzieć — pochwaliła się Joanna. — Pewnie będzie chciał wybić mi to z głowy. O ile uda mu się mnie znaleźć — dodała. — Idę na kardiologię, żeby porozmawiać z pacjentem po śmierci klinicznej. Gdyby dzwonił pan Mandrake, powiedz mu, że poszłam zobaczyć się z Maisie.

— Myślałem, że ją wypisano.

— Dobrze myślałeś — potwierdziła Joanna i zeszła na oddział intensywnej opieki kardiologicznej, gdzie poinformowano panią Woollam już przeniesiono do zwykłego pokoju.

Zegarek Joanny wskazywał szesnaście po czwartej, kiedy dotarła pod drzwi, za którymi leżała pani Woollam. Pacjentka spędziła w szpitalu przeszło siedem godzin. Pan Mandrake miał wystarczająco dużo czasu nie tylko na to, aby udaremnić Joannie możliwość przeprowadzenia rzetelnego wywiadu. Mógł wręcz zdążyć zmienić panią Woollam w drugą panią Davenport. Chyba że pani Woollam otrzymała zakaz przyjmowania gości — wówczas także Joanna nie miała szans z nią porozmawiać.

Okazało się, że owszem, panią Woollam można odwiedzać, co potwierdziła Luann. Pacjentka miewała się dobrze. Zatrzymano ją w szpitalu na dwa dni na obserwację.

— Czy pan Mandrake przyszedł z nią porozmawiać? — zaciekawiła się Joanna.

— Usiłował, ale pani Woollam go wyrzuciła — objaśniła Luann.

— Wyrzuciła?

— To twarda sztuka. Niech pani wejdzie. — Luann uśmiechnęła się szeroko.

Joanna delikatnie zastukała w otwarte drzwi.

— Pani Woollam? — spytała cicho.

— Proszę wejść — odezwał się łagodny głos. Joanna przekroczyła próg i zapatrzyła się w kruchą staruszkę, niewiele wyższą od Maisie. Jej siwe włosy były cienkie i rzadkie, jak puch na dmuchawcu, a sama pani Woollam wyglądała tak, jakby mógł ją porwać mocniejszy podmuch wiatru. Z całą pewnością nie wyglądała na osobę, która by kogokolwiek wyrzucała, nie wspominając o upartym panu Mandrake’u. Siedziała na łóżku, połączona licznymi przewodami z rzędem urządzeń kontrolnych. Czytała książkę w białej okładce. Gdy ujrzała Joannę, odłożyła lekturę do szuflady w nocnej szafce.

— Nazywam się Joanna Lander — przedstawiła się Joanna. — Jestem…

— Przyjaciółką Vielle — dokończyła pani Woollam. — Powiedziała mi o pani. — Uśmiechnęła się. — Vielle to cudowna pielęgniarka. Jej przyjaciele są moimi przyjaciółmi. — Ponownie się uśmiechnęła, wyjątkowo uroczo, a w jej policzkach pojawiły się dołeczki. — Podobno zajmuje się pani badaniami doświadczeń granicznych.

— Zgadza się — potwierdziła Joanna. Wyciągnęła z kieszeni formularz zgody na przeprowadzenie wywiadu, wyjaśniła treść dokumentu i wręczyła go pacjentce, aby się z nim zapoznała.

— Nie zawsze doświadczam takich samych przeżyć. — Długopis w dłoni pani Woollam zawisł nad formularzem. — Nigdy nie unosiłam się nad swoim ciałem ani nie widziałam aniołów, więc jeśli ciekawią panią tego typu opisy…

— Nie chodzi mi o nic konkretnego. Chciałabym tylko, aby opowiedziała mi pani, czego pani doświadczyła.