— Witam pana doktora — oznajmił i zwrócił się do Joanny: — Tym razem specjalnie dla pani zamierzam się dowiedzieć, co to za dźwięk.
— Myśli pan, że się uda? — Joanna sprawiała wrażenie zainteresowanej.
— Nie wiem. — Mrugnął do niej. — Nigdy nie wiadomo, dopóki się nie spróbuje. Olie Jorgensen zwykł tak mawiać. Był intendentem na Yorktown. Zawsze kombinował, jak ominąć przepisy. Któregoś razu komandor…
— Możemy zaczynać — przerwał Richard. — Proszę założyć panu Wojakowskiemu słuchawki i maskę na oczy. — Dostrzegł, że Joanna się do niego uśmiecha.
Oślepiony i ogłuszony białym szumem pan Wojakowski okazał się znacznie spokojniejszy. Richard pomyślał, że następnym razem powie Tish, aby zaczęła przygotowania od założenia niesfornemu ochotnikowi słuchawek i maski.
— Gotowy? — spytał Richard i nakazał Tish podać pacjentowi środki uspokajające i dithetaminę. Sam wrócił do pulpitu, żeby obserwować skany.
Pan Wojakowski niemal natychmiast zapadł w stan śmierci klinicznej, a Richard przyglądał się pomarańczowo-czerwonym plamom, wskazującym na aktywność płata skroniowego, hipokampa i przypadkowym rozbłyskom w korze czołowej. Powiększył obraz na receptorach endorfin, lecz nie dostrzegł zmniejszenia aktywności. Wszystkie miejsca aktywne podczas poprzednich sesji przybrały pomarańczową lub czerwoną barwę, poza tym pojawiło się kilka nowych.
Sesja pana Wojakowskiego trwała trzy minuty.
— Rozpoznałem dla pani ten dźwięk, pani doktor — oznajmił, kiedy okres monitorowania dobiegł końca i Tish zdjęła elektrody.
— Naprawdę?
— Powiedziałem, że to zrobię. Przypomina mi to czasy, kiedy…
— Niech pan zacznie od początku — przerwała Joanna, pomagając mu usiąść.
— No dobrze, więc leżę sobie z zamkniętymi oczyma i nagle słyszę dźwięk, więc nieruchomieję i uważnie słucham, jestem w tunelu i usiłuję przypomnieć sobie, z czym kojarzy mi się ten dźwięk, i po minucie wreszcie mi się udaje. Taki sam odgłos słyszałem, kiedy moje skrzydło ostrzelano podczas bitwy na Morzu Koralowym. Opowiadałem państwu o tym? Tropiliśmy Shoho i wtedy za mną pojawił się zero…
— A dźwięk, który pan usłyszał w tunelu, przypominał odgłos kul uderzających o skrzydło samolotu? Może pan opisać ten dźwięk? — spytała pośpiesznie Joanna, usiłując przerwać panu Wojakowskiemu, lecz było już za późno.
— Mój drugi pilot i strzelec pokładowy dostali podczas ataku, a lewe skrzydło było kompletnie podziurawione. Usiłowałem doprowadzić samolot z powrotem na Yorktown, ale brakowało mi paliwa, a kiedy wreszcie zobaczyłem lotniskowiec, wszędzie wokół latały zera, a stary Yorky dostał w rufę. No i, cholera, nie mam benzyny, żeby wylądować, nie mówiąc już o rozprawieniu się z tymi wszystkimi zerami, i usiłuję wykombinować, jak usiąść na pokładzie, kiedy bam! — Mocno klasnął nakrapianymi ze starości dłońmi. — Yorktown dostał w sam środek pokładu. Momentalnie mogę się przestać przejmować lądowaniem, bo za parę chwil nie będzie lotniskowca, który mnie przyjmie. Ze środkowej części okrętu bucha dym i jednostka nabiera przechyłu, wiec uciekam najdalej jak się da, żeby wylądować na wodzie, a kiedy następnego dnia trafiam na brzeg na wyspie Malakula, tubylcy mówią mi, że słyszeli, jak Japonce chwaliły się, że Yorktown poszedł w nocy na dno.
— Zdawało mi się, że mówił pan, że Yorktown zatonął pod Midway — zauważyła Joanna.
— Bo to prawda. Wtedy nie zatonął. Dopłynął do stoczni w Pearl, ale ja tego nie wiedziałem. To ci historia, mówię państwu. Okręt z trudem pruje po wodzie, olej napędowy cieknie z niego jak przez sito, wreszcie pakują go do suchego doku i…
O nie, pomyślał Richard, zanosi się na następną opowieść. Spojrzał na Joannę, aby dać jej znak, żeby zadała kolejne pytanie, ale ona nie odrywała wzroku od pana Wojakowskiego.
— …mówi: „Ile zajmie naprawa?”, a kapitan portu odpowiada: „Pół roku, może osiem miesięcy”, a komandor: „Ma pan trzy dni”. — Zachwycony pan Wojakowski walnął ręką w kolano. — Trzy dni!
— I naprawili go w ciągu trzech dni? — spytała Joanna.
— No jasne! Załatali grodzie, zespawali kotły i wysłali pod Midway. W ciągu trzech dni wyciągnęli go z grobu. A niech mnie, Japonce wyglądali, jakby zobaczyli ducha, kiedy przypłynął Yorktown i zatopił trzy lotniskowce.
Ponownie klepnął się w kolano.
— Ale wtedy o tym nic nie wiedziałem. Myślałem, że okręt poszedł prosto na dno, i sądziłem, że jestem ugotowany. Japonce byli już na Malakuli. Namówiłem tubylców, żeby przeszmuglowali mnie do Vanikalo, ale japońska marynarka lądowała na wszystkich okolicznych wyspach, więc rąbnąłem jakąś dłubankę i trochę kokosów i popłynąłem do Port Moresby. Tak sobie wykombinowałem, że lepiej umrzeć na morzu, niż dać się złapać Japońcom. No i niemal przeniosłem się na tamten świat. Zabrakło mi jedzenia i wody, wokół mnie krążyły rekiny. Myślę: „Koniec ze mną”, kiedy widzę coś na horyzoncie.
Pochylił się, wskazując palcem na punkt za plecami Joanny.
— Okręt. Najpierw uznałem, że to zwidy, ale on się zbliża, coraz bardziej i bardziej, i widzę, że ma pomost wyspowy. Sterczą z niego maszty i anteny. No, jedyny okręt z takim pomostem to lotniskowiec, a jeśli to japońska jednostka, to lepiej się wynosić. Staram się wypatrzyć wschodzące słońce na banderze, ale nic nie widzę, bo słońce ustawiło się idealnie za pomostem, więc wiem tylko tyle, że płynie prosto na mnie. I wtedy zauważam oznaczenie dziobowe, CV-5, i wiem, że to Yorktown, wrócił zza grobu. I wtedy pomyślałem, że tego okrętu nic i nikt nigdy nie zatopi.
— Ale jednak poszedł na dno podczas bitwy o Midway, zgadza się? — spytała Joanna.
Pan Wojakowski spojrzał na nią uważnie.
— Najpierw zatopił trzy lotniskowce i wygrał wojnę, tak to wyglądało.
— Przepraszam, nie chciałam…
— Nie ma sprawy — uspokoił ją pan Wojakowski. — Prędzej czy później wszystkie okręty idą na dno. Ale nie tego dnia. Nie tego dnia. Wtedy wyglądał tak, jakby na zawsze miał pozostać na powierzchni. Nigdy w życiu nie widziałem piękniejszego widoku. — Wbił wzrok w przestrzeń, pogrążony we wspomnieniach, a jego piegowata twarz się rozpromieniła.
— Myślałem, że zatonął, że nigdy go nie zobaczę. Uznałem, że jestem skończony, a oto zjawił się on, prujący fale w moją stronę, oflagowany, a na pokładzie stali wszyscy marynarze, wychyleni za burty, każdy w białym mundurze, wymachiwali czapkami w powietrzu i krzyczeli, żebym wszedł na pokład. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. — Spojrzał promiennie na Joannę, a potem na Richarda. — Najpiękniejszy cholerny dzień w moim życiu.
Przez następne dziesięć minut Joanna usiłowała naprowadzić pana Wojakowskiego na właściwy trop i wreszcie dowiedziała się od niego, że tunel był w rzeczywistości przejściem, a na jego końcu znajdowały się drzwi. Za nimi świeciło intensywne światło i stali ubrani na biało ludzie.
— Światło tak się od nich odbijało, że zupełnie nic nie widziałem.
Joanna spytała go, jak się czuł podczas śmierci klinicznej.
— Czuł? Nie wiem, czy cokolwiek czułem. Zbytnio skoncentrowałem się na wpatrywaniu w to, co się działo. Było tak jak wtedy, gdy Japonce po raz pierwszy zaatakowali nas na Morzu Koralowym. Wydawało mi się, że powinienem bać się jak jasna cholera, ale nie czułem strachu. Obok mnie stał Mac McTavish i… — Joanna wykorzystała wszystkie swoje umiejętności i poświęciła dziesięć minut na powstrzymanie swojego rozmówcy przed opowiedzeniem kolejnej historii. Nie udało się jej ustalić, co czuł pan Wojakowski.